02/2018

Leszek Żuliński

Powieść o „dziwnej Polsce”

Henryk Waniek to osobliwa postać. Przede wszystkim malarz – i to ceniony – kojarzony z surrealistami. Jednak po uszy wpadł także w literaturę – do tej pory wydał osiemnaście książek. Ta, którą tu recenzuję, jest jego przedostatnią książką.

Specyfika Wańka to jego „śląskość” (choć od wielu lat mieszka w podwarszawskim Brwinowie). Ale wcześniej mieszkał w „oku swojego cyklonu”, czyli w Katowicach, i zapewne tam tą „śląskością” się nasycił, oddając tamtym ludziom literacki obraz rzeczywistości i osobliwości. Jednak sprawa nie jest taka prosta, bo Waniek-prozaik się zuniwersalizował, tzn. niekoniecznie poddał „śląskości”, jaka go otaczała.

Przykładem tego jest ta właśnie książka. Jej fabuła zaczyna się od tego, że niemiecki dziennikarz z „Die Zeitung”, pochodzący z Górnego Śląska, przyjeżdża do Polski, i to w czasach transformacji politycznej, kiedy ze Wschodu przemieszczaliśmy się na upragniony Zachód. Lata osiemdziesiąte minionego wieku!

Martin, ów dziennikarz, najpierw musi przebrnąć przez własne zdziwienie. Podróż na niedaleki Wschód jest przejmującym doznaniem innego świata. Już tytuł mówi sam za siebie: obcy w kraju urodzenia to jakaś hybryda. Już w przeddzień wyjazdu jego przyjaciel, Peter, uprzedzał go: „Na miejscu, to znaczy na Dworcu Centralnym w Warszawie, uważaj na kieszenie i w ogóle na swoje bagaże”.

W końcu podróż została uwieńczona powodzeniem. A zaczęło się wielkie rozpoznawanie tutejszej, osobliwej rzeczywistości – na przykład hotel MDM pomieszał się Martinowi z MGM, czyli z Metro Goldwyn Mayer. No, ale zostawmy te drobiazgi na boku. Wystarczy, bym powiedział, że Martin w pełnym zdziwieniu zaczął się aklimatyzować w Warszawie. Zderzenie Europejczyka z Zachodu z Europą ze Wschodu to było jednak przeżycie. (Na marginesie powiem, że zdarzyło mi się to samo (tyle że „na odwrót”), gdy po raz pierwszy byłem w latach siedemdziesiątych na Zachodzie).

Pierwsze zadziwienia Martina zaczęły eskalować – na przykład wystąpienie generała Kiszczaka w TV. Ale jego przyjaciel poucza: „Pierwsze wrażenie, jakie robi Warszawa, nie jest budujące. Ale to pozór. Wiem, tak mówią wszyscy. Ale pozór, na który nie wolno się nabrać. Znam już ten świat. To, co tutaj widać na wierzchu, to tylko politura, bajer i pułapka zastawiana na głupich. Trzeba się przebić przez tę mylącą powierzchnię, żeby zrozumieć, o co w tej Polsce chodzi. I odkryć, że poza tym, co widać, jest naprawdę wesoło”.

No więc Martin zacznie się uczyć Polski.

Powieść nie należy do cieniutkich, tak więc będę „iść na skróty” w tej recenzji. Martin się uczy – krok po kroku, dzień po dniu. A mamy w fabule dość skrupulatny zapis tamtego czasu. Peter uczy Martina Polski lat osiemdziesiątych.

Konteksty polsko-niemieckich relacji są tu fundamentem wszystkiego. Czy ta powieść jest par excellence polityczna? W dużej mierze tak, ale – po pierwsze – dokumentująca tamten czas i mentalność, a – po drugie – uświadamiająca, że „Polska była krajem nie dość zdefiniowanym, zawieszonym na wątłych nitkach powojennych gier politycznych jak pisklę, zdane na kwokę gwarancji sowieckich, i chronicznie szukającym potwierdzenia swej realności”.

Ja tu wyciągam sedno sprawy, lecz Waniek w fabule drobiazgowo opowiada rozmowy i szczegóły tego, co tu spotyka Martina. Tym samym obraz jego „uczenia się Polski”, „zrozumiewania” jej losów i ich przyczyn, jest bezcenny. My zaś pojmujemy, co trzeba było wyjaśniać obywatelom zza „żelaznej kurtyny”. Ciekawe są też wątki o polskiej tożsamości, mentalności, uwikłaniach. No i o naszej „naturze politycznej”, jakże egzotycznej dla Zachodu. W to wszystko wcierają się tutaj nie tylko wątki lat osiemdziesiątch. Kawał naszej historii jest przywoływany. Nawiasem mówiąc, ta książka koniecznie powinna być przetłumaczona, zwłaszcza na język niemiecki, by uświadomić sąsiadom Źródła, przyczyny naszej politycznej tożsamości i „osobliwości”.

Nie brnę już dalej w kolejne zadziwienia powieściowego Martina. Tak czy owak zwłaszcza relacje polsko-niemieckie są tu znakomicie opowiedziane. Martin wytrwał w tej fabule do czasów „okrągłego stołu”. Jego relacje wysyłane do swojej prasy były cenne. W końcu nadszedł czas powrotu do kraju. Nareszcie „poczuł, że de facto siedzi już w samolocie. I wreszcie – bo teraz jak z wysoka – widzi piękną tajemnicę, której spodziewał się po tym kraju i ludziach. Oddalała się, malała, traciła realność, aż nie było już słów, które mogłyby ją nazwać”.
Hm, powieści o polskim przełomie, o polskiej transformacji za dużo nie mamy. Ta jest arcyciekawa, mądra, wyważona. Henryk Waniek napisał książkę ważną, dokumentującą historię, choć fabularnie atrakcyjną. Książkę o trudnej i dziwnej Polsce.

Henryk Waniek: Obcy w kraju urodzenia.
Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej i Silesia Progress,
Kotórz Mały 2016, s. 344.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.