01/2020

Janusz Drzewucki

Prawdziwe życie, życie zwyczajne

1. Zastanawiające, Adam Zagajewski jest autorem tak osobistych wierszy, twórcą tak oryginalnej i wyjątkowej poezji, właścicielem tak charakterystycznego i rozpoznawalnego lirycznego stylu, a przecież w swoich utworach w pierwszej osobie zabiera głos rzadziej niż rzadko. Zbiór Prawdziwe życie wydany w pięć lat po Asymetrii przekonuje o tym wyjątkowo dobitnie.

Zamiast liczby pojedynczej poeta woli mnogą, a więc zamiast ja – my. Kiedy poeta mówi my, rzadko kiedy ma na myśli my pokoleniowe, jak bywało przed laty, narodowe czy społeczne; zaimkiem my od dawna już określa najbliższą sobie wspólnotę duchową, rodzinną, przyjacielską, tak czy owak – prywatną. Kiedy zaś wybiera liczbę pojedynczą, to częściej niż w pierwszej wypowiada się w drugiej bądź trzeciej osobie; a więc zamiast ja – ty, on, ona. Nie znaczy to, że w wierszach tego poety ja liryczne nie dochodzi do głosu w sensie dosłownym i ścisłym. Dochodzi. Ale od wielkiego dzwonu. Przede wszystkim wówczas, gdy mowa o tym, co najintymniejsze i jednocześnie najboleśniejsze. A zatem w wierszach poświęconych zmarłej matce, zmarłemu ojcu.

Matka i ojciec pojawiają się w Prawdziwym życiu raz osobno, raz razem. Na przykład w wierszu Drottningholm jako turyści między innymi turystami na fotografii wykonanej pół wieku temu na wycieczce w Szwecji; albo w trakcie przejazdu poety przez miasto, w którym mama przed wojną chodziła do szkoły (Sambor), albo gdy wspomina miasto, w którym spędziło się dzieciństwo i młodość (Imieniny), dom, w którym mieszkało się z rodzicami (Arkońska 7), gdy było się najpierw harcerzem i ministrantem równocześnie, co zresztą nie bez znaczenia, a potem maturzystą (Mam piętnaście lat).

Matka i ojciec goszczą w wierszach syna nie od dzisiaj. Tych wierszy jest sporo: Lotnisko w AmsterdamieZiemi ognistej (1994) poświęcone „pamięci mojej Matki”, zadedykowane po prostu „Ojcu” Siostry miłosierdziaPragnienia (1999), czy W małym mieszkaniu w zbiorze Anteny (2005), w którym ojciec w wierszu syna zostaje dopuszczony do głosu. Do tego jeszcze: O mojej matceStudniówka w tomiku Asymetria (2014) oraz Rozmowa, w której poeta wyznaje: „dopiero teraz umiałbym rozmawiać z rodzicami / ale nie mogę usłyszeć odpowiedzi”, dopiero teraz, gdy nie żyją.

2. Nie raz i nie dwa autor tych utworów wraca do czasów, gdy był właśnie i harcerzem, i ministrantem, czyli do dzieciństwa i młodości w Gliwicach. Te dwie funkcje: harcerza i ministranta symbolizują – być może pół żartem, pół serio, ale przecież jednak – dwie pasje, jakim rzadko kto potrafi się oprzeć: społeczną i religijną, obywatelską i duchową. Cóż, wszak od dzieciństwa do starości naszą wiedzę i wyobraźnię zajmuje zarazem to, co doczesne, i to, co wieczne; interesuje nas: jak to, co tu i teraz, ma się do tego, co zawsze i wszędzie.

Tak czy owak, to co się dzieje z nami, z każdym z nas z osobna, to tajemnica. Każdy na swój rachunek i na własną odpowiedzialność próbuję tę tajemnicę rozwikłać, poznać, chociaż, jak wiadomo, nie da się uchwycić w słowie tego wszystkiego, co z natury niepochwytne i właśnie jako takie – intrygujące i fascynujące, ale także niepokojące. Dlatego też poznanie tajemnicy odkłada się z dnia na dzień. Tyle tylko, że przyszłość to zawsze jedna wielka niewiadoma, przyszłość jest nieznana. W odróżnieniu od przeszłości, o której owszem wiemy ciągle za mało, ale jednak więcej niż o przyszłości. Nic więc dziwnego, że bohater wierszy Adama Zagajewskiego, i tych z Prawdziwego życia, i tych z wcześniejszych tomów, nieustannie porusza się na granicy tego, co się stało, i tego, co się stanie, niezależnie od tego, co jest teraz. Wraca więc do czasów szkolnych, gdy w jednej kamienicy mieszkał z aktorem in spe Wojciechem Pszoniakiem, gdy zaczytywał się w Dzieciach kapitana Granta Juliusza Verne’a i marzył o podróży na Wyspy Wielkanocne, tymczasem „Miesiące wchodziły i wychodziły / dyskretnie po angielsku” (Arkońska 7), gdy pod wpływem „pana od polskiego”, ale to nie jest jednak oczywiste, zaczął pisać pierwsze wiersze, bo chciał w poezji „znaleźć mądrość (bez rezygnacji) / i także pewien rodzaj spokojnego szaleństwa” (Oświecenie).

To, co pojedyncze, w pewnym momencie życia okazuje się wspólne, stąd właśnie tak specyficzna dla Prawdziwego życia zamiana liczby pojedynczej na mnogą. My: „zwycięzcy i przegrani” (Deszcz we Lwowie), „Jesteśmy bezpieczni, ukryci / w betonowych pudłach, w lęku” (Kardamyli) i chociaż nie wszyscy jesteśmy poetami, to wszyscy „Wciąż zapominamy czym jest poezja” (Wiatr), w efekcie „My nic nie wiemy. Żyjemy w ciemności” (Niedziela) i jeszcze:

I wciąż nie wiemy za co wygnano Owidiusza

z Rzymu i dlaczego Rzym

o wszystkim zapomniał

i dlaczego my zapomnieliśmy

o wszystkim

(Listopad)


Również w liczbie mnogiej zostało wypowiedziane ostatnie zdanie ostatniego wiersza tej książki, mianowicie Erraty sprzed wielu lat, skierowanej do przyjaciela poety z młodości, współautora Świata nie przedstawionego – Juliana Kornhausera: „Nie wiemy, czy takie życie jest możliwe / i czy errata jest naprawdę wolna od błędów”. Takie życie, czyli jakie? Moje, twoje, nasze? Życie w ogóle, życie jako takie?

3. Akcja liryczna wierszy Adama Zagajewskiego zmienia się niczym w kalejdoskopie. Podmiot tych utworów wydaje się być w nieustającej i niekończącej się podróży. A jest to podróż nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie, w rzeczywistości i w marzeniu, w fantazji. Przeglądam raz jeszcze Prawdziwe życie wiersz po wierszu, strona po stronie i wynotowuję: pola Pikardii, Wisła, w pobliżu Sztokholmu, Santiago de Compostela, między Belgradem i Nowym Sadem, we Lwowie, w Londynie, w Samborze, w Sienie, w Drohobyczu, nad Sekwaną, w Istambule, w Zamościu, w Kolbuszowej, w Bełżcu, w Rzymie, w Kordobie, w Nowym Jorku, pod Lukką, w Ziemi Świętej, w Paryżu, nad Atlantykiem, oczywiście także w Krakowie.

Podróżując, poeta porusza się rzecz jasna własnym tropem, ale równie często tropem innych poetów, tropem wielkich pisarzy, malarzy kompozytorów, filozofów. To zaskakujące, że w wyciszonej, refleksyjnej, a bywa, że konfesyjnej liryce tego autora jest tak tłoczno. Kogo tu nie spotkamy? I znów wiersz po wierszu, strona po stronie: Lew Tołstoj i Bruno Schulz, „wielki poeta Bashō”, Wincenty Faber i Ewa Demarczyk, Ostap Ortwin i Stanisław Brzozowski, Andrzej Bursa, Alfred Cortot interpretujący Fryderyka Chopina, Leśmian, Gałczyński, Cioran, André Frenaud i jego tłumacz Zbigniew Herbert, Ezra Pound, Jean Améry (jego śladem poeta udaje się do więzienia w Bayonne i twierdzy Breendonk), poza tym Rembrandt i Schubert, Charlie Williams i Tomaž Šalamun. Ale także Emmanuel Lévinas jako autor motta do całego tomu oraz Tadeusz Różewicz, Vladimir Holan, Wisława Szymborska jako autorzy mott do poszczególnych wierszy.

Nie bez znaczenia i nie bez konsekwencji pozostaje ponadto fakt, że razem z poetą uczymy się na pamięć sonetu Szekspira, przyglądamy się autoportretowi Van Eycka, obrazowi Caravaggia, wertujemy album malarstwa Bruegla (ojca), odróżniamy muzykę Vivaldiego od Stockhausena, słuchamy jazzu Charliego Parkera, a poza tym Bacha i Beethovena, ulubionej przez poetę V Symfonii Gustawa Mahlera, czytamy wiersze Adama Ważyka. Spotykamy poza tym razem z nim, dzięki niemu: Miriam Chiaromonte, dziadka poety Karola prowadzącego lektorat języka niemieckiego na uniwersytecie we Lwowie, a nawet żonę poety pytającą, jak się pisze boogie-woogie; wreszcie Dawida i Goliata, składającego ofiarę Izaaka, a także nie wymienionych z nazwisk poetów i „filozofów Oświecenia”, wreszcie malarza – pojawiającego się w dwu utworach Stary malarz oraz Stary malarz na spacerze; bo to zapewne jedna i ta sama osoba – Józef Czapski, którego pamięci poświęcił poeta przed laty wiersz pod znaczącym tytułem Król (w zbiorze Pragnienie). A między nimi „pan Zajewski”, pacjent szpitala w Krakowie: „Pan Zajewski? upewnia się pielęgniarka. / Tak, odpowiadam, to ja” (Autoportret pod kroplówką), wyznaje autoironicznie i bez zbędnych ceregieli Pan Zagajewski.

4. Nie ulega wątpliwości, sytuacja podmiotu tego wiersza, ale także utworu Joga głosów szpitalnego korytarza to sytuacja graniczna, w której nie jest się wcale panem własnego losu:


Tutaj już nie ma współczucia

współczucie wyszło i długo nie wraca

nie zostawiło adresu


Oprócz leżącego na noszach starca o białej twarzy, oprócz pani Jodkowej i pana Zawadzkiego, sąsiadów z kamienicy w Gliwicach, oprócz właściciela sklepiku z figami, w świecie poetyckim Prawdziwego życia mamy jeszcze do czynienia z uchodźcami i turystami. Rzeczywistość uchodźców i rzeczywistość turystów to dwie odrębne rzeczywistości, funkcjonujące obok siebie w sposób, wydawałoby się, bezkonfliktowy. Ale tylko do czasu, bo przecież nie da się pomyśleć, że świat, w którym żyjemy, po którym podróżujemy, to przecież ciągle jeden i ten sam świat. Obydwie rzeczywistości: tych przegranych i tych zwycięskich, nawzajem się warunkują. Nie może być inaczej. Podobnie jak warunkują się dobro i zło, o czym przekonujemy się, analizując na przykład XIV-wieczne freski Ambrogia Lorenzettiego w Palazzo Pubblico w Sienie, co poeta zrobił w wierszu Alegoria Dobrego i Złego Rządu.

Turyści krążą po Europie, zwiedzają, zachwycają się. Wszędzie są u siebie. Są bezpieczni. Uchodźcy nigdzie nie są u siebie, a tam, gdzie są, żyją w strachu, w poczuciu niebezpieczeństwa. Świat współczesny, świat, w którym żyjemy, to świat chaosu. „Słyszysz chaos który rośnie”, mówi do siebie samego poeta w Listopadzie, obserwując przechadzającą się w galeriach handlowych z prawa do lewa ludzkość. Tak właśnie, ludzkość. „Świat ciągle rośnie rośnie niepowstrzymanie / A jednak jest go coraz mniej” – diagnozuje artysta u schyłku życia (Stary malarz na spacerze). Tymczasem Zagajewski – na wszelki wypadek przypominam, autor wiersza Uchodźcy (w tomie Ziemia ognista) – teraz w utworze Granica katastroficznie konstatuje:

Biedni ludzie czekają na granicy

i patrzą z nadzieją na drugą stronę

[…]

Po obu stronach granicy jest wchód

Na północy jest wschód

I na południu jest wschód


A w wierszu pod tytułem nomen omen Wschód, powstałym gdzieś między Domem Centralnym w Zamościu, w którym mieszkał Bolesław Leśmian, niegdysiejszym gettem w Kolbuszowej a byłym obozem zagłady w Bełżcu – zatem w wierszu napisanym z pozycji, co tu gadać, właśnie turysty – czytamy: „zbawienia nie będzie, nie było”, a także: „stąd już blisko / do miejsc ostatecznych, do początku, do kresu, / do czarnej ziemi, do arii bez końca”. A jakby tego było mało, w Czekamy poeta dodaje: „Wszyscy czekamy / co będzie dalej / Jest wieczność / ale wkrótce się skończy”. Ponad wszelką wątpliwość, liryka tego autora nigdy nie była aż tak pesymistyczna, jak ostatnimi laty. Coraz ważniejszą rolę w jego wierszach odgrywają przymiotniki czarny oraz ciemny. A zatem: „czarna kamienica”, „czarna ziemia”, „czarne serce”, „czarne są cienie”, „czarna jest miłość”, a zatem: „ciemne słońce”, „ciemne szczęście melancholii”, „ciemny las cudzego życia”, „ciemne siły”, „fale morza / ciemnego jak wino”; naszym przeznaczeniem jest życie w ciemności (jak w cytowanej wcześniej Niedzieli), a w najlepszym razie żyjemy „w półmroku”, niczym bohaterowie obrazów Caravaggia (Powołanie Mateusza).

5. A jednak pesymistyczna diagnoza naszych czasów nie burzy wiary poety w poezję, w siłę twórczości, w potęgę sztuki, koniec końców wiary w drugiego człowieka, wiary w przyjaźń i miłość, wiary w życie, w to, co los przynosi dzisiaj i przyniesie jutro. Nawet wtedy, a może przede wszystkim wtedy, gdy temu życiu się dziwimy, gdy się nie zgadzamy na nie, gdy przeciwko niemu się buntujemy. Bo przecież buntujemy się nie tylko przeciwko światu, przeciwko władzy boskiej i cesarskiej, przeciwko społeczeństwu, przeciwko większości w imię naszej pojedynczości, wyjątkowości, indywidualności. Buntujemy się także przeciwko własnemu życiu, czyli przeciwko sobie. W tej rzadkiej chwili, gdy ogarnia nas jasność, gdy odczuwamy radość i szczęście, gdy wiemy, że kochamy i jesteśmy kochani, wtedy nie bez zaskoczenia odkrywamy, że ta chwila naprawdę trwa chwilę. I nie bez rozczarowania zadajemy pytanie, retoryczne pytanie – jakie Adam Zagajewski w wierszu Krótkie chwile zadaje aż czterokrotnie – „To ma być życie?”, spodziewając się ciągu dalszego, czegoś więcej. Tymczasem nie ma niczego więcej, jest tylko, co jest i jakie jest.

W zbiorze Anteny sprzed półtorej dekady poeta zamieścił wiersz Zwyczajne życie z wyrażonym w wygłosie przeczuciem: „Zwyczajne życie łaknie”. Czego? Więcej życia. Tym prawdopodobnie jest prawdziwe życie zaklęte w tytule Prawdziwe życie. Czymkolwiek jest, czymkolwiek okaże się prawda.

Adam Zagajewski: Prawdziwe życie.
Wydawnictwo a5,
Kraków 2019, s. 80.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.