12/2020

Anna Spólna

Prognozy krótkoterminowe Janusza Szubera

Janusz Szuber jest prawdziwym poetą, jakkolwiek ryzykownie by to brzmiało. Prawdziwym, bo gotowym na przepracowanie w słowie najbardziej intymnych treści, a jednocześnie zdolnym do wydobycia ze zwykłych, dostępnych każdemu doświadczeń rewelatorskiego blasku. Pozostawia mnie gdzieś pomiędzy zdumieniem, podziwem i wdzięcznością, a jeśli czasem drażni ciągłymi nawrotami pewnych wątków czy tematów, to ostatecznie każe docenić wariacyjne krążenie wobec najważniejszych dla poety pytań i zdumień. Nade wszystko jednak obcowanie z jego tekstami budzi nieodmiennie szacunek dla finezji słowa, która leży tak blisko prostoty.

Trzeci wybór wierszy pisarza z Sanoka, Przyjęcie postawy (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020) składa się z siedemdziesięciu siedmiu utworów z lat 2003–2019, skomponowanych tak, by pokazać, że w ostatnich kilkunastu latach królewskim tematem jego twórczości stała się chwiejna tożsamość tego, kto próbuje ją uchwycić i dookreślić przez zapisywanie. Tytuły wielu z nich nakreślają kierunek poetyckich dociekań Szubera: eksponują autotematyczny charakter jego twórczości (Mów, co ci ślina na język przyniesie, Narracje, Milena. Tupot samogłosek, Tymczasem tak to wytłumaczę, Selekcje, Jaki nadać temu tytuł?, stoicki w wymowie Będzie tak, jak wyjdzie) lub sygnalizują zmagania z podmiotowością. (Kto za tym stoi, za tymi drzwiami?, Był wtedy jeszcze, Ktoś do kogoś, jakby sam do siebie, My trzej, tamci trzej, Ten, który palcem wskazuje na siebie, Ten ktoś tu, coś jakby jednak, Bez „się”).

Przyjęciu postawy udokumentowane zostało wygnanie z raju niepodważalności własnej, jednostkowej perspektywy bohatera, który „raz na zawsze w tym-tu-sobie / wymienia swoje ja niesuwerenne / na jego retoryczne on” (Stać się na powrót jednym z nich). Konsekwencją, nie tylko stylistyczną, jest poetyckie eksplorowanie złudnych obietnic trzeciej osoby liczby pojedynczej lub sporadyczne ucieczki w pokoleniowe „my”. Wydziedziczone „ja” na przemian umacnia się przez udowadnianie „sobie i słuchaczom, / ile w krótkim teraz zdoła unieść język” (11.04.2006. Wasyl Machno) i osłabia przez samozaprzeczenia (Wiersz). Napięcie między integracją i tożsamościowym rozpadem doprowadzone zostało przez Szubera do punktu, w którym tekst może być tylko zapisem zapisywania, a podmiot ustanawiany jest wyłącznie retorycznie, jako Ten, który palcem wskazuje na siebie i skwapliwie „korzysta z dobrodziejstw koniugacji” (Gramatyka i teodycee).

Regularna konstrukcja tomu (siedem części liczących po jedenaście wierszy) uwydatnia wysiłek porządkowania doświadczeń, znany z poprzednich wyborów poetyckich Szubera – O chłopcu mieszającym powidła Lekcji Tejrezjasza, ale w najnowszej książce szczególne mocno skontrastowany z żywiołem przemijania ludzi i zdarzeń. Autor Czerteża po raz kolejny pokazuje, że własne teksty poświadcza ciągłą pracą pamięci, wewnętrznym obrachunkiem ze sobą, szczerością posuniętą do… przyznania, że jest ona konstruktem, fuzją wyobraźni, pragnień i okruchów doświadczenia. Przyjmowanie postawy zakłada wysiłek pozycjonowania wobec przeszłości utrwalonej wspomnieniami, kiedyś niepojętej, teraz zbyt odległej, choć dojmująco obecnej – jak gęsia skórka na pogrzebie kuzyna, wypadkowa chłodu, pożądania i milczenia (Oktostych). Minione powraca najczęściej w snach, spinających dawne i nowe. To one wprowadzają w „chybotliwe tu”, do którego dawno nie ma już dostępu, gwarantują przypadkową „obecność/ w tym tutaj” (Tu wszystko może być tytułem, Użyć ich jako argumentu).

Niezwykła jest u Szubera jednaka sensualność doznań na jawie i we śnie. Soczysty, malowany śmiałymi barwnymi plamami Celnik Rousseau, muzycznie rozedrgane Było nie było ujawniają intensywny głód piękna. Podmiot celebruje zachwyt tym bardziej, że – częściej niż w poprzednich wyborach wierszy autora Biedronki na śniegu – miesza się on z ciemnymi epifaniami (Horror metaphysicus).

Janusz Szuber pozostaje wiernym poetą karpackiej prowincji. Tej zatopionej w łagodnym pięknie jak w bursztynie, lśniącej w niezmiennej oprawie gór i spływających z nich potoków, i tej naznaczonej historią, która zostawiła blizny w pamięci Rusinów, Polaków i Słowaków. Szczególne miejsce zajmuje w niej Sanok, w którym dom dziadków Szuberów stał przy ulicy czterokrotnie zmieniającej nazwę w przeciągu życia trzech zaledwie pokoleń, wędrując, jak mówi tytuł poświęconego mu wiersza, Z czasu do bezczasu. Ten sam utwór jest znamiennym przykładem medytacji nad tworzeniem własnej historii przez zmianę: niechcianą, bolesną, wytrącającą bohaterów poza nawias oswojonego.

Najważniejszym odwróceniem naturalnego, zdawałoby się, biegu spraw, była druga wojna, a później komunistyczna szarzyzna, w którą wsiąkały resztki przedwojennego sznytu tak zwanej porządnej sanockiej rodziny. W PRL, traktowanym jako kraina wygnania (owo „co by było, gdyby/ nie trzydziesty dziewiąty” z Refrenów dzieciństwa), pozostały po tej przeszłości powtarzane z nostalgią historie, coraz bardziej przypominające baśnie, fotografie, imiona krewnych, sygnet po wuju. Podmiot jest uczniem i kronikarzem swoich krewnych, gwarantem istnienia w słowie. Dostał od nich w spadku wyczuloną świadomość nietrwałości form, w jakie przelewa się metamorficzna opowieść, wiedzę o płynnej granicy między narracyjnych kosmosem i chaosem (Długoterminowe prognozy mnie nie dotyczą). Dlatego kreuje żywoty równoległe, które mógłby się wydarzyć, gdyby nie splot okoliczności, skazujących nas na taką a nie inną ciemną ścieżkę. Oswojony z grą w projektowanie sobie innego losu, wyznaje: „Dopiero dzięki pisaniu wierszy/ poczułem wreszcie twardy/ grunt pod nogami” (Refreny dzieciństwa).

Głos Szubera brzmi pewnie i powściągliwie, gdy opowiada w Przyjęciu postawy historię wtajemniczeń i rozczarowań, rosnącej samoświadomości, cierpienia i powiększającego się cienia śmierci. Poeta pokazuje tu także pełen wachlarz swoich możliwości stylistycznych, pozwalając sobie na nurkowanie w skrzypach i szumach polszczyzny ze swobodą autora pewnego swego warsztatu. Najbliższa jest mu dykcja wywiedziona z linii Jarosława Iwaszkiewicza i Czesława Miłosza, wykorzystywana do pochwały widzialnego świata, zadawania pytań o sens bólu, opisywania nieodwracalnego losu. Nie darmo do intelektualnych partnerów Szuberowego bohatera należą w tym tomie także umierający w Bieczu Wacław Potocki, Friedrich Hölderlin obserwujący świat z wieży samotności i Francis Bacon umieszczający sponiewierane ludzkie ciała w klatce, na fotelu dentystycznym, w rzeźni.

Podmiot książki uparcie tematyzuje fakt, że w literaturze, mającej przeciw nicości tylko słowa, za trwanie płaci się zapętleniem w autofikcji. Uczestnik bycia, pogodzony z ograniczeniami ciała, pamięci i mowy, przyjmuje postawę oczekiwania na ostateczne rozstrzygnięcie – tymczasem ufając tylko krótkoterminowym prognozom.

Janusz Szuber: Przyjęcie postawy.
Wiersze z lat 2003–2019.
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2020. s.136.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.