02/2021

Radosław Romaniuk

Proteusz z ulicy Wiejskiej

„Przyszły biograf”, sekretarz, impresario, tłumacz, redaktor, zastępca i w końcu następca. Jerzy Lisowski potrafił zmieniać charakter związków łączących go z pisarzem, zachowując przy tym niezmienną ich temperaturę i będąc dlań stałym istotnym punktem odniesienia. Dlatego w życiu Jarosława Iwaszkiewicza, bogatym w intensywne relacje z ludźmi, jego miejsce było doprawdy wyjątkowe. Uświadamia to obejmująca trzydzieści dwa lata ich korespondencja, jak również owoce tej przyjaźni zbierane po śmierci pisarza – rola Lisowskiego i „Twórczości” najpierw w procesie wychodzenia dzieła i osoby Iwaszkiewicza z „literackiego czyśćca”, później w niemającym precedensu renesansie zainteresowania, jaki obie przeżywają. Rola na prawie niepisanego testamentu trwająca do dziś, co pokazuje zawartość kolejnego lutowego numeru, honorującego nieodmiennie miesiąc urodzin autora Mapy pogody.

W jednym z późnych wierszy Iwaszkiewicz umieścił frazę o „czwartym Stasiu”. Jerzy Lisowski nie był też pierwszym ani ostatnim „Jurkiem”. Wcześniej był Jura Mikłucho-Makłaj, gimnazjalny przyjaciel, który w barwnym życiowym przykładzie pokazał zmierzch formacji kulturowej rosyjskiej arystokracji. Stał się pierwowzorem „kuzyna Jerzego” z powieści Księżyc wschodzi i wszystkich postaci „złych młodzieńców”, które zaludnią dzieło pisarza ze Stawiska. Drugim „Jurkiem” byłby może Jerzy Liebert, blisko zaprzyjaźniony z Iwaszkiewiczami, w którym ten znalazł podziwianego poetę i archetyp postaci młodzieńców skazanych przez los na krótkie, gorączkowo przeżywane życie. Jerzy Andrzejewski – którego zbliżenie się do Iwaszkiewicza przypadało na okres wojny – byłby „Jurkiem” trzecim. Jerzemu Lisowskiemu wypadło więc być czwartym „Jurkiem” – przed piątym, Jerzym Błeszyńskim, który wszedł do literackiej i biograficznej legendy jako „Jurek numer jeden”, i tak go pisarz określił w pewnej dedykacji.

Rachunki te skłonić mogą do kilku wniosków. Przede wszystkim ich relacja, nie wydając się w pierwszej chwili wyjątkowa, wyróżnia się długim trwaniem – kończy ją dopiero śmierć pisarza, a ostatecznie zamyka odejście Jerzego Lisowskiego. Na fundamencie intensywnie przeżywanego uczucia Iwaszkiewiczowi nie udało się z nikim zbudować tak istotnych wartości, gdy to uczucie zgasło. Nie udało się zastąpić miłości, czy ściślej mówiąc tęsknoty za miłością, niczym, co miałoby realne życiowe znaczenie. W tym przypadku owych „zamienników” jest kilka – to nie podlegająca żadnym fluktuacjom przeszło trzydziestoletnia przyjaźń, to wkład Lisowskiego jako tłumacza w obecność utworów Iwaszkiewicza w kręgu języka francuskiego i w końcu wspólne dzieło, jakim stał się miesięcznik „Twórczość”.

Wszystko zaczyna się standardowym listem opatrzonym nagłówkiem „Wielce Czcigodny Mistrzu!”. Nadawca i adresat poznali się kilka tygodni wcześniej w Warszawie – listu nie opatrują więc żadne objaśnienia, a jego techniczny, kontaktowy charakter nie zapowiada, w jaki sposób rozwinie się ta relacja. Autorem był dziewiętnastoletni student polonistyki i romanistyki uniwersytetu w Lille. Polak po ojcu, po matce Francuz, urodzony i wychowany na polskich Kresach, wyedukowany we Francji. Łączy zalety przedstawicieli obu kultur, narodów i języków. Podwójność nosi nawet jego list – nadany z Zielonej Góry, gdzie odwiedzał rodziców, krótko przed powrotem do Francji. Iwaszkiewicz będzie widział w przyjacielu „ostatni odprysk starej kresowej, tak przyjemnej kultury” – jak napisze w jednym z listów, dodając później retorycznie: „że też Polska jeszcze wydaje takie typy, jak ty”. Jak to się zwykle zdarza, emigracyjna diaspora zachowuje jakości niespotykane w kraju, wzbogacone o egzotyczne wpływy. Unikalny konglomerat, jakim była kultura Jerzego Lisowskiego, pozwoli mu kiedyś stać się we Francji ambasadorem literatury polskiej i też do polskiej kultury przenieść wiele artystycznych i intelektualnych walorów literatury francuskiej.

W 1947 roku, kiedy odezwał się do Iwaszkiewicza jako redaktora „Nowin Literackich”, czuł już ten potencjał mediacji między literackimi światami – proponując publikację przekładu fragmentu dramatu Muchy Sartre’a. Od razu też jego oferta napotyka zewnętrzne przeszkody. Sartre jest owszem, mile widziany w charakterze lewicowego sympatyka komunistycznego eksperymentu, ale Muchy ukażą się w Polsce dopiero w 1956 roku. Iwaszkiewicz też niekoniecznie podziela fascynacje literackie młodego korespondenta, choć widzi w nich więcej niż intelektualną modę. Traktuje je jak inspirację – sposób ujęcia rzeczywistości, który domaga się odpowiedzi i wypracowania odmiany odpowiedniej doświadczeniu mieszkańców kraju nad Wisłą. Tendencja ta przyniesie Wzlot, natychmiast przełożony zresztą przez Lisowskiego. Po ważnym dla nich spotkaniu w Paryżu pisarz przywozi egzemplarz Dżumy. Fermentowi uczuciowemu towarzyszy ferment intelektualny i literacki.

List studenta z Lille padł na podatny grunt. Iwaszkiewicz przeżywał dolną fazę po niezwykle intensywnym 1945 roku, w którym zaczął redagować poznańskie „Nowiny Literackie”. Miesiące upływały mu wolniej i nudniej, bracia Zakrzewscy z Konina stracili swój niedawny czar, tamtejsze małżeństwo Mikusińskich, z którym się zaprzyjaźnił, rozpadło się z powodów, które przenikną wkrótce do opowiadania Młyn nad Kamionną. Kolejny raz – za każdym razem mocniej – odczuwał zbliżającą się starość. Grunt pod natychmiastowe nadzieje i gwałtowne realizacje był więc przygotowany. „Raptem stałeś się dla mnie jakąś najbliższą osobą, której chcę się zwierzać i gadać, jakbym miał osiemnaście lat i jakbyś był moim rówieśnikiem” – pisał miesiąc po poznaniu młodszego odeń o trzydzieści cztery lata Lisowskiego. „Odnalezienie Ciebie po tylu właściwie nieudanych «przyjaźniach» ostatnich moich lat jest czymś bardzo cennym i radosnym, promieniem, jakim obdarzyło mnie zachodzące słońce mojego życia. Chodzi mnie o to, że mnie nie tylko bardzo lubisz, takich może trochę miałem ostatnio, ale że mnie rozumiesz i że jesteś na takim stopniu inteligencji, że nie tylko możemy rozmawiać jak równy z równym. Ale jeszcze niejednego mogę się od Ciebie nauczyć”. I choć stwierdzenie, że „właściwie na całym świecie ty jeden mnie trochę rozumiesz” adresat tych słów mógł przyjąć jak poprzeczkę ustawioną zbyt wysoko – zdawał się widzieć w nich apel, nie zaś konstatację faktu.

Młody mężczyzna, choć skrępowany gwałtownością wyznań i stremowany poziomem literackim listów „Mistrza”, odpowiadał w sposób dowcipny, inteligentny i przede wszystkim prosty. „[…] Przyjaźń ta jest zbyt ważna dla nas obu (przynajmniej dla mnie), zbyt głęboka i zbyt cenna, byśmy jej nie potrafili obronić – przeciw zakusom czasu, odległości, granic…” – stwierdza. „Dawno już nikt – może nigdy – tak do mnie nie pisał” – odpowiada Iwaszkiewicz. W ostatnich trzech miesiącach 1947 roku wymienili siedemnaście listów. W roku następnym siedemdziesiąt dwa.

Nadając dziesiątki listów do Lille, Iwaszkiewicz kończy pierwszy tom Sławy i chwały i odbywa podróż do Ameryki Południowej. Zaprasza Lisowskiego na wrocławski Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, podczas którego ten pełni funkcję jego sekretarza. Dwudziestolatek trafia na artystyczne i intelektualne salony. Przechodzi przyspieszony kurs twórczości autora Brzeziny, uzupełnia braki z klasyki – już wkrótce kilka ważnych utworów przełoży na francuski i opublikuje w paryskich oficynach. Pierwszym bodaj, co tłumaczy, są wydane właśnie Ody olimpijskie. Z punktu widzenia wieczności początek nie do końca fortunny, lecz w doczesności był to moment ogromnych nadziei pisarza na europejską sławę i przekroczenie krajowych opłotków, obudowywanych coraz wyższym częstokołem.

Obaj korespondenci bawią się myślą, że Lisowski napisze w przyszłości biografię Iwaszkiewicza. Póki co rzutki, pełen uroku osobistego i dyplomatycznych zdolności młody Polak stał się samorzutnie jego ambasadorem. Wierząc w szczęśliwy efekt, kreślił plany doprowadzenia do przyznania przyjacielowi literackiej Nagrody Nobla i wszczął nawet w tej sprawie współpracę z Anną Iwaszkiewiczową oraz coś w rodzaju międzynarodowej kulturalnej dyplomacji. Lisowski kontynuował także obowiązki sekretarza en exil. Zbliżył się do rodziny Iwaszkiewiczów, przyjmując zamówienia na deficytowe w kraju towary, które kierowała doń nawet seniorka Stawiska Aniela Pilawitzowa. Pieniądze zdeponowane u francuskich wydawców wymieniał na książki, lekarstwa, przybory toaletowe, perfumy, gumki do weków – odbierając obok korespondencyjnych wyznań pisarza obszerne i detaliczne listy sprawunków. „Przywieź mi także – pisał Iwaszkiewicz – mydło do golenia Fougère Royale, płaszcz kąpielowy, kupon na ubrania, dużo przyjaźni, łut mądrości życiowej, trochę spokoju, wiele powodzenia, przyjaźni, obfitość miłości ludzkiej i trochę szacunku dla samego siebie”. W okresie, w którym po spotkaniu z nim Konstanty A. Jeleński zanotował: „To nieszczęśliwy, zgorzkniały człowiek, skończony jako pisarz i zdający sobie z tego sprawę” – właśnie kogoś takiego potrzebował.

Iwaszkiewicz cenił jego spojrzenie na polskie sprawy, dylematy uczestnictwa i literackiej aktualności. Trzeba też przyznać, że opinia Lisowskiego była niezwykle dojrzała i musiało być pisarzowi na rękę, gdy zapytany o to, jak widzi jego ewentualne zaangażowanie, ten radził, by po prostu robił to, co dotychczas, i kierował się instynktem, który organizuje jego twórczość. „Pomyśl, że to głos francuskiej szkoły krytyki literackiej” – dodawał autoironicznie. Jednocześnie praktyka i teoria w jego przypadku nieco się rozchodziły. W teorii głosił dystans, w praktyce wstąpił do Komunistycznej Partii Francji, o czym zawiadomił w lakonicznym postscriptum do jednego z listów z 1950 roku. Decyzję tę podjął na wyjezdnym do kraju i ta afiliacja miała prawdopodobnie na celu wypracowanie pozycji dającej w nim większą niezależność.

Choć obecność Lisowskiego w Polsce wydawała się pisarzowi czymś niezwykle pożądanym i chętnie zamieniłby na nią wszystkie paryskie przysługi przyjaciela, temperatura relacji stopniowo obniża się. Lisowski osiada na krótko w Opolu, żeni się po raz pierwszy. Jako kierownik literacki Państwowego Teatru Ziemi Opolskiej objeżdża z przedstawieniami PGR-y. „Mam mało czasu na czytanie” – pisze. – „Od czasu do czasu biorę do ręki Lenina albo… Twoje wiersze”. W wierszach – zauważa – musi doszukiwać się aury osobowości przyjaciela w sytuacji braku dawnej intensywnej korespondencji. Iwaszkiewicz przeżywa inne uczuciowe rozterki. I tak relacja mogłaby się skończyć, gdyby nie przenosiny Lisowskiego do Warszawy i rozpoczęcie pracy jako redaktora literatury współczesnej w „Czytelniku”. Niedawną paryską „opiekę” nad twórczością pisarza zastępuje troska warszawska, choć młody redaktor niewiele jest w stanie zdziałać, by jego przyjaciel nie pisał nadal do szuflady. Powrót dzieł Iwaszkiewicza w jubileuszowym dlań 1954 roku przygotowywany jest jednak pod okiem Lisowskiego, podobnie jak kolejne czytelnikowskie publikacje. Na okres Wzlotu przypada również kolejna fala tłumaczeń – najnowsze utwory przekłada czasem „na gorąco” i ukazują się niemal jednocześnie z premierą krajową.

Najważniejszym wydarzeniem, które zwiąże ich już, właściwie mówiąc, na zawsze, jest zaproszenie Jerzego Lisowskiego do współredagowania „Twórczości”, której stery pisarz ze Stawiska objął w ostatnich miesiącach 1954 roku. Pismo współtworzyło „odwilż” i korzystało z kreowanych przez nią możliwości. Jedną ze sztandarowych jego inicjatyw były obszerne przeglądy prasy kulturalnej najważniejszych obszarów językowych i szeroki wachlarz przekładów, wychodzących niekiedy daleko poza literaturę – w stronę eseistyki filozoficznej i antropologii kultury. Szerokie horyzonty Lisowskiego i to, co kiedyś mogło wydać się różnicą gustów, nagle zaprocentowało w pracy redakcyjnej. W bogatym w indywidualności zespole stał się on człowiekiem, który najgłębiej związał sens swojej twórczej pracy z redagowaniem miesięcznika. Była to świadomość bliska Iwaszkiewiczowi, który już po kilku latach od objęcia redakcji oświadczał: „Jeżeli mnie jeszcze coś interesuje na tym świecie, to jeszcze «Twórczość» – no, i trochę twórczość”.

Przywołane zdanie pochodzi z 1957 roku, kiedy pismo zdążyło już nabrać poodwilżowego kształtu i znaczenia. Poważne kłopoty zdrowotne, jakie pisarz przeżywał na początku lat sześćdziesiątych, stały się dla redakcji próbą samodzielności, która ustaliła kształt późniejszej pracy. Wielka sekwencja korespondencji z ostatnich dwóch dziesięcioleci będzie rodzajem sprawozdań kierowanych do przebywającego w sanatoriach lub zagranicznych wojażach naczelnego. Wobec Iwaszkiewicza Lisowski staje się rzecznikiem zespołu. W siedzibie redakcji przy Wiejskiej dba o to, by kwalifikowane teksty nie budziły dyskomfortu naczelnego. Trzeba przyznać, że ten prezentuje się jako szef wyjątkowo mało dogmatyczny, tolerancyjny dla poglądów innych, swoje własne antypatie wyrażający przede wszystkim w formie żartu. Redakcja nie ma z nim także większych kłopotów jako z autorem – editoriale nadsyła regularnie, a swoimi tekstami nie dzieli się z „Twórczością” na zasadzie wymuszonej wyłączności. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że opublikował na łamach miesięcznika swe najlepsze powojenne utwory i to również budowało artystyczne znaczenie pisma. Niejednokrotnie zresztą posyłał Lisowskiemu wiersze bez intencji ich publikacji. Chciał podzielić się nimi z osobą, w której talent rozumienia wierzy. Było w nim też trochę przesądnego lęku przed nagłą śmiercią – w tym przypadku jego ostatnie słowa dotarłyby za pośrednictwem przyjaciela do czytelników.

W gąszczu spraw redakcyjnych, związanych z życiem publicznym i twórczością pisarza niezwykle pomocne są przypisy Agnieszki i Roberta Papieskich. Wcześniejsze ich publikacje stworzyły pewien kanon opracowania, w przypadku Iwaszkiewicza wyjątkowo funkcjonalny. Tu jednak trzeba zaznaczyć rzecz jeszcze jedną. Bodaj żadna z edycji korespondencji pisarza nie wykorzystuje tak obszernie tekstów spoczywających w jego archiwach: innych niepublikowanych i publikowanych listów, kalendarzy podróżnych, notatników. W tym sensie Listy 1947–1979 są koroną dotychczasowych publikacji Iwaszkiewiczowskich dokumentów osobistych.

Wróćmy do wątku obecności w nich „Twórczości”. Główne problemy z miesięcznikiem są dwa. W coraz większym wymiarze redaguje go cenzura. „Sprawozdania” Lisowskiego stają się w tym aspekcie unikalnym świadectwem, zarówno w warstwie formy, ezopowego języka, jakim korespondenci się posługują, jak i treści – ukazując kapryśność cenzorskich wyborów, które równie dobrze mogły dotknąć tekst autora objętego „zapisem”, jak i fragmenty dzienników Żeromskiego. Wizyty „na ulicy, gdzie myszki mieszkają”, czyli w siedzibie cenzury przy nieodległej od Wiejskiej ulicy Mysiej, kończyły się zwykle pozorną kapitulacją. Pozorną, bo wypracowano konsekwentny zwyczaj przedstawiania zdjętych materiałów w spisie treści kolejnego numeru, co przynosiło niekiedy pożądany efekt.

Problem drugi był w zasadzie subiektywny – dotyczył wrażenia odklejania się Iwaszkiewicza od estetyki epoki. „Twórczość” chwytała chwilę. Parafrazując wiersz poety ze Stawiska – teksty z redakcyjnego biurka przechodziły do podręczników – lecz nim się to stało, niejednokrotnie budziły kontrowersje. Iwaszkiewicz nie czuł się z estetycznego świata Gombrowicza i Miłosza (ani tym bardziej Czycza i Drzeżdżona), gorzej nawet – nie czuł się z estetycznego świata swych najmłodszych redakcyjnych współpracowników. A że pismo rozwijało się zgodnie z ich wizją – wywoływało to wrażenie, że jego obecność jest fasadowa, że pełni on – w zależności od aktualnej aury – rolę „parasola” bądź „piorunochronu” i jest w gruncie rzeczy marginalizowany i pogardzany. Poczucie bycia wykorzystywanym towarzyszyło całej jego publicznej działalności, lecz status „Twórczości” był w niej wyjątkowy. Ta była zawsze enklawą działania dla kultury. Pracy tej towarzyszyło przekonanie o europejskim znaczeniu miesięcznika – i to, jak precyzował Iwaszkiewicz, w sensie „Europy de Gaulle’a, od Atlantyku do Uralu”. Myśl, że niektóre z publikowanych tekstów kulturę psują, ulegają „dominacji języka”, pozbawione są „podszewki”, że pismo utrwala hierarchie wartości, które on uważa za fałszywe – była czymś, z czym trudno było mu się pogodzić. Podobnie jak z wizją własnego życia jako ciągu zakładów: o styl życia Stawiska, Związek Literatów, poczucie osobistej wolności, możliwej niezależności twórczej. Myśl, że miesięcznik się rozpadnie, straci niezależność lub zostanie spacyfikowany rękami narzuconego przez władze redaktora, a więc że zawali się coś, co uważał za swoje istotne dzieło – nie pozwalała mu jednak odejść i stwarzała dość nieznośną sytuację powracających spektakularnych awantur, kończących się obrzędowym hołdem zespołu, oświadczeniami o wzajemnej miłości i generalnym odroczeniem rozwodu. Tu niezaprzeczalnie funkcję „piorunochronu” odgrywał Jerzy Lisowski.

Odbłyski tych burz zachowała ich późna korespondencja, w której od początku lat siedemdziesiątych powraca wątek – określmy go jako „nie wyobrażamy sobie «Twórczości» bez Ciebie”. Przy okazji otrzymujemy barwny portret redakcyjnego zespołu i obraz realiów pracy nad literackim miesięcznikiem na różnych etapach polityczno-kulturalnej historii PRL. Przyszła monografia „Twórczości” będzie zawdzięczała tym listom wiele frapujących szczegółów. Plotki z Wiejskiej otrzymywane w Rzymie, Genewie, Palermo czy Sandomierzu miały godzić pisarza z rolą obserwatora aktywności innych, których wszak da się lubić, nawet jeśli się z nimi nie zgadza.

Polemiczne nastroje naczelnego zaowocowały estetycznym testamentem, jaki nieoczekiwanie znajdujemy w ostatnim liście. Żegnał się z Lisowskim, rozmyślając nad bolesną dlań uwagą przyjaciela, że stał się „Piotrem Rytlem naszej epoki”. Pisząc o tym w dzienniku, dodawał: „Czasem mi się zdaje, że to nie jest to, że ja przestaję rozumieć świat, ale że właśnie zaczynam pojmować, jak to wszystko znikome i nie warte uwagi, co się dzieje i co oplątuje prawdziwe znaczenie świata”. W Listach 1947–1979 takich spraw jest sporo, ale pokazują one, jak to, czemu można przypisać „prawdziwe znaczenie”, występuje w mocnym splocie z życiowymi drobiazgami. Przecież same listy są kwintesencją ulotnego drobiazgu.

Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Jerzy Lisowski: Listy 1947–1979.
Wstęp Robert Papieski.
Opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy.
Wydawnictwo Akademickie Sedno
Warszawa 2020.
Tom I, s. 576;
tom II, s. 600
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.