03/2020

Adam Komorowski

Przedwiośnie i potop

Największy kłopot z pisarstwem Andrzeja Mencwela polega na tym, że zmusza nas do myślenia w kategoriach ciągłości, długiego trwania, dziedziczonych po poprzednikach uwikłań. Dla własnej wygody oczekujemy od krytyka doraźnych opinii i ocen współczesności zredukowanej do teraźniejszości. Natomiast dla Mencwela źródłowym fundamentem naszej współczesności jest mutacja polskości dokonująca się od drugiej połowy XIX wieku. Być może nawet nie sama mutacja, ale nasz opór wobec oswojenia konsekwencji wyczerpania się wzorca kulturowego, którego podmiotem był naród szlachecki.

Znaleźliśmy się w sytuacji, w której prestiż wyłaniających się nowych podmiotów dziejów narodu (mieszczaństwa, proletariatu, chłopów, inteligencji i Żydów) uzyskiwano na zasadzie kamuflażu albo też afiliacji do anachronicznego szlacheckiego wzorca kulturowego. Ta uległość nowych podmiotów nie dziwi, sam jej ulegam, gdy siedzę w „Vis à Vis” na krakowskim Rynku, czytam Kochanowskiego czy przechodzę obok Colegium Maius w kierunku Wawelu. I nie ma w tym winy Sienkiewicza. Zostaliśmy uwięzieni w Renesansie i Baroku, na Akropolis. Ziemiański dworek był tego Akropolis emanacją i emblematem, choć już bohaterka Szalonej Józefa Ignacego Kraszewskiego, odrzucając oświadczyny hrabiego Ewarysta, wiedziała, że jest to rezerwat, miejsce, gdzie z nieróbstwa można zanudzić się na śmierć. Aury wielkości tego wzorca, jego estetycznej atrakcyjności nie mogły przesłonić przędzalnie Łodzi, pałace lodzermenschów, Gdynia, Pałac Kultury i Nauki, Nowa Huta czy budowane gorączkowo dzisiaj wysokościowce. Zastępy jego apologetów w literaturze polskiej były i są bardziej liczne aniżeli krytyków, na dodatek obfitują w talenty, których jakby wśród krytyków nieco mniej.

Nie jesteśmy jedynymi w Europie, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Tak było w Hiszpanii czy Portugalii, ale tam stan szlachecki nie był tak liczny, jak u nas, nie obdarzono go uniwersalnością, nie było tam żadnej demokracji szlacheckiej. Idea, że demokracja ma fundament szlachecki i powinna wykluczać, mógł zrodzić się tylko w Rzeczypospolitej. Narodowa demokracja może być przykładem przywoływanego przez Mencwela „prawa retrospekcji przewrotowej” Kazimierza Kelles-Krauza. Dla Romana Dmowskiego plemienna/narodowa dystynkcja miała zastąpić szlachectwo. Fundamentem demokracji miała być nie wywalczona emancypacja, ale genetyka. Obywatelem państwa nie miało się stawać, ale być z urodzenia. Przywileje stanowe miały zostać zastąpione przywilejami plemiennymi/narodowymi.

Większość krytyków Dmowskiego (nie Mencwel czy Andrzej Walicki) nie dostrzega, że antysemityzm (fakt, rzecz wyjątkowo obrzydliwa) bynajmniej nie jest źródłowym fundamentem jego projektu dla Polski, ale jego konsekwencją. Dmowski uważał, że przekształcenie charakteru narodowego z biernego na czynny i twórczy może dokonać się jedynie poprzez wyłonienie silnej klasy średniej, która wypromuje wzór nowoczesnego przedsiębiorczego Polaka. Dla Dmowskiego w wyłanianiu się klasy średniej jako podmiotu narodowego odrodzenia Żydzi byli największą przeszkodą.

Stwierdzenie Czesława Miłosza „jest spadkobiercą ONR PZPR” oparte jest na nieporozumieniu. PZPR była daleka od promowania klasy średniej. Do pomysłu, że wyłonienie silnej klasy średniej będzie dla Polski zbawienne, sięgnęła opozycja. I to był jeden z powodów, dla których tradycje polskiej lewicy, o którą upomina się nieustająco Mencwel, po ustrojowej transformacji zostały zamiecione pod szafę. Ludzie stamtąd mieli nadal ustępować miejsca Rodzinie Po­ła­niec­kich i zostać tam, gdzie byli, w czworakach, dalej byli zbędni. Bezkrytyczna wiara w zbawczą moc klasy średniej do dziś wyznacza nie tylko agendę politycznego dyskursu, lecz także ton kultury wysokiej (skądinąd wspaniałe pisarstwo i poezja Adama Zagajewskiego) i popularnej (seriale Na dobre i na złe, M jak miłość).

Wielkość Stanisława Brzozowskiego polegała na odkryciu, jak destruktywne dla życia jest takie myślenie. Nie był sentymentalnym filantropem roniącym łzy nad ludzką biedą i nędzą. Emancypacja nie mogła być darem, a tym bardziej plemiennym czy narodowym przywilejem. Miała być wywalczoną podmiotowością. Rewolucja 1905 roku była dla niego potwierdzeniem, że potencjał proletariatu w tej walce o upodmiotowienie jest realną siłą. Hegemonia szlacheckiego wzorca kulturowego ten proces upodmiotowienia emancypujących się klas i mniejszości (głównie Żydów) hamowała i fałszowała. Wokulski, Borowiecki i Niechcic to wysadzeni z siodła przedstawiciele stanu szlacheckiego i oni stają się bohaterami zbiorowej wyobraźni. Nie jest źle, skoro szlachcic, jeśli tylko zechce, potrafi sobie poradzić w warunkach konkurencyjnych kapitalistycznych rynków nawet przy braku suwerennego państwa. Ku pokrzepieniu szlacheckich serc i ukojenia nostalgii pisał nie tylko Henryk Sienkiewicz.

Mencwel, wczytując się w debaty i polemiki przełomu XIXXX wieku, a w Brzozowskiego w szczególności, uchwycił inwariant wzoru kultury polskiej, wyjątkowo odporną na historię i krytykę osobliwość tego, co nazywa postawami polskimi. Dostrzegł błąd w przekonaniu, że głównym przedmiotem ataków Brzozowskiego i lewicującej inteligencji przełomu XIXXX wieku była szlachta i ziemiaństwo jako klasa. Pisze: „Nie chodzi o szlachtę jako grupę społeczną, ale o szlachetczyznę jako formację kulturową. Szlachetczyzna będąca zmorą Brzozowskiego i «Głosu» – całej tej świetnej formacji radykalizmu społecznego przełomu tamtych wieków. W ich oczach – Krzywickiego, Dawida, Nałkowskiego, Brzozowskiego – szlachecki rzekomy klasycyzm był realnym dekadentyzmem”.

Jest oczywiste, że Sienkiewicz nie był już żadnym arystokratą, szlachcicem czy ziemianinem, choć z „wieloplemiennego tłumu” (o tym dalej), będącego matecznikiem narodu szlacheckiego, się wywodził. Był inteligentem, utalentowanym pisarzem, któremu nie były obce nowoczesne strategie marketingowe. Sienkiewicz nie musiał zabiegać o potężnego mecenasa, doskonale wiedział, że sukces rynkowy wśród czytającej publiczności wystarcza dla zabezpieczenia bytu i jest gwarantem pisarskiej suwerenności. Paradoks polegał na tym, że z ową publicznością komunikował się, wykorzystując anachroniczny zasób symboliczny, któremu on sam jako człowiek niekoniecznie hołdował.

Wystarczy wziąć do ręki Listy z Ameryki Sienkiewicza i porównać je z Za Atlan­tykiem Ludwika Krzywickiego, by przekonać się, że jako obserwator rodzącej się nowej cywilizacji potrafił być bardziej przenikliwy aniżeli ten drugi. Listy z Ameryki są dziełem niezwykłym i zmuszają do nieco bardziej stonowanego traktowania jego anachronizmu (o czym Mencwel wspomina, choć tematu nie rozwija). Jest nieprzeanalizowaną osobliwością literatury polskiej, że nasi pisarze w podróży i za granicą uwalniali się od szlacheckiego wzorca. Osoba znająca jedynie Listy z AmerykiZa Atlantykiem nie domyśliłaby się, że autorzy tych dzieł w kwestiach krajowych byli ideowymi przeciwnikami. Namysł nad zagranicą Sienkiewicza, Krzywickiego, Wacława Sieroszewskiego, Adolfa Dygasińskiego, Marii Konopnickiej, J.S. Sztolcmana, Witolda Szyszłły, Ferdynanda Ossendowskiego, Ksawerego Pruszyńskiego, Andrzeja Bobkowskiego, Jerzego Stempowskiego, Czesława Miłosza, Marcina Czerwińskiego zadziwia przenikliwością, która kulminuje w twórczości Ryszarda Kapuścińskiego. Nie jest przypadkiem, że to reportaże Ossendowskiego i Kapuścińskiego należały do najczęściej przekładanych na świecie książek polskich autorów. Ernest Gellner, analizując fenomen socjologicznej empatii Bronisława Malinowskiego wobec tubylców, wiązał ją właśnie z tym, co Mencwel nazywa polskimi postawami. Z namysłem nad Polską bywało gorzej.

Nieszczęściem było, że tradycja krytycznego lewicowego myślenia w Polsce niepodległej była systematycznie zarzucana i marginalizowana nawet przez tych, którzy, jak legioniści, w niej wyrośli. Tradycja ta, akcentując konieczność emancypacji i demokratyzacji jako warunku rozwoju ekonomicznego i kulturalnego kraju, rezygnowała z pojęcia wroga. Pamiętano, że kryzys wielkości Rzeczypospolitej zaczął się w momencie, gdy wroga wewnętrznego zaczęto obsesyjnie poszukiwać. Wasyli Rozanow miał rację, twierdząc, że rozbiory, finis Poloniae, powstrzymały proces depolonizacji. Przywoływane przez Mencwela prace Tadeusza Łepkowskiego potwierdzają, że brak własnego państwa w XIX wieku nie hamował procesu narodotwórczego „mimo germanizacji i rusyfikacji, strat biologicznych i licznej po 1870 r. emigracji zarobkowej”. Niestety, w II Rzeczypospolitej – trudno się tutaj nie zgodzić z diagnozą Henryka Grynberga – polityka wobec mniejszości, wobec Żydów polskich w szczególności, tylko ten proces pogłębiła. Możemy się pocieszać, że gdyby rządziła nie sanacja, ale narodowa demokracja, mogło być jeszcze gorzej.

Chichot historii polega na tym, że zainstalowana przez Armię Czerwoną nowa władza komunistyczna z koncepcji wroga wewnętrznego uczyniła jeden z mechanizmów swojej legitymizacji. Tym razem, przynajmniej w pierwszych latach, nie byli to Żydzi. Walka z wrogiem wewnętrznym sprawiła, że pomimo rzeczywistych procesów emancypacji dziedzictwo lewicy, o które upomina się Mencwel, było nieprzydatne politycznie. Nie można było walczyć z wrogiem wewnętrznym (stygmatyzować i kryminalizować AK, przesiedlać Łemków, w 1968 roku wyganiać Polaków jako Żydów, niemal przez cały okres PRL pokątnie stymulować emigrację Mazurów i Ślązaków jako Niemców) w oparciu o idee powszechnej emancypacji obywatelskiej bliskie Krzywickiemu czy Brzozowskiemu. Emancypacja miała miejsce obok oficjalnej ideologii, jej motorem była industrializacja, urbanizacja i zasiedlanie Ziem Odzyskanych. Nadzieja Tadeusza Krońskiego, że „rosyjskimi kolbami wybijemy Polakom z głowy alienację”, zaowocowała tylko ludzką krzywdą arbitralnie stygmatyzowanych jako „wrogowie ludu”. W konsekwencji immunizowała ową alienację, fantasmagorię kultury szlacheckiej jako ostoi polskości, utopii polskiego dworu na kresach, gdzie „z polską szlachtą polski lud”.

Takiej dynamiki amputowania od polskości nawet Brzozowski nie mógł przewidzieć. Zupełnie jakby warunkiem krystalizacji polskości był proces nieustannego amputowania. Najwyraźniejszym przykładem tej dynamiki była histeria lustracyjna, która, gdyby się powiodła, prawa do bycia Polakami pozbawiłaby, lub ograniczyła, co najmniej jedną trzecią mieszkańców naszego pięknego kraju. Znaleźliśmy się w paranoicznej sytuacji, w której sam fakt przyznania polskiemu pisarzowi nagrody Nobla, zamiast dumy, wyzwala zastrzeżenia względem jego narodowej tożsamości.

W krótkiej przedmowie Mencwel pisze: „Chciałem odsłonić źródła progresywnego polskiego reformizmu i go uobecnić, aby przeciwstawić się konserwatywnemu tradycjonalizmowi, którego nawrót [po transformacji ustrojowej – AK] wydawał mi się nieuchronny. Nie mogłem jednak przypuścić, że nawrót ten po latach zaleje nas potopem, a tytuł Sienkiewicza uzyska gnębiącą dosłowność”.

Przyznam, że mnie osobiście alternatywa progresywny reformizm – konserwatywny tradycjonalizm nigdy specjalnie nie niepokoiła. Gdyby było tak, że progresywny reformizm znalazł się w defensywie i zapanował konserwatywny tradycjonalizm, nie byłoby powodów do zmartwienia. Czytelnicy i autorzy „Czasu” i „Naprzodu” dosiadali się do siebie w kawiarni, zwłaszcza gdy znaleźli się w Wiedniu. Czytelnicy i autorzy „Wiadomości Literackich” i „Prosto z mostu” raczej nie, choć zdarzało się, że jedni i drudzy czytywali i drukowali w „Pionie”. Czytelnicy i autorzy „Gazety Wyborczej” i „Gazety Polskiej” to dwa światy, choć może niekoniecznie wrogie sobie plemiona.

Zamieszanie obecne, co potwierdza lektura tej książki, związane jest z naturalnym poczuciem zachwiania tożsamości w globalizującym się i uniformizującym świecie. Wyzwala to potrzebę esencjalnego formatowania tradycji, która staje się czymś w rodzaju fantomowej genealogii. Dobrym przykładem jest Antologia Niepodległości przedłożona i zaproponowana przez parę prezydencką, Andrzeja Dudę i Agatę Kornhauser-Dudę, w czasie obchodów stulecia niepodległości. Mencwel poświęca jej sporo miejsca, bowiem „Antologia zapisana wielką literą także w tekstach towarzyszących oznacza, że nie jest to wybór zwyczajny, jeden z wielu możliwych, lecz kanoniczny, a właściwie ewangeliczny, czyli zwiastowanie Dobrej Nowiny”.

Mencwel nie darmo się znalazł w innej antologii, dwudziestowiecznego pamfletu polskiego „Chamuły”, „gnidy” i „przemilczacze”… Doroty Kozickiej. Tam zajął się Kazimierzem Brandysem (Jak być kochanym). Ogólnie można powiedzieć, że najbardziej go denerwuje i złośliwość wyzwala przymilność. „Kochajmy się” i „byle polska wieś spokojna”, które z rugowania twórczego znaczenia konfliktu, sporu i tragizmu ludzkiego losu (więc też narodowego losu) czyni strategię przetrwania. Wszystkiego, co dla Brzozowskiego składało się na „Polskę zdziecinniałą”.

Rzecz nie tylko w tym, że z prezydenckiej antologii zostały wyeliminowane lewicujące teksty „pokolenia niepokornych”, nad czym Mencwel boleje, ale w tym, jak sugeruje antologia, że w Polsce spory (kwestie społeczne, prawne, polityczne, z kontrowersjami religijnymi włącznie) zostały rozwiązane. Jak pisze: „Natręctwo sarmackich odwołań w prezydenckiej antologii nie jest poetyckim ozdobnikiem, lecz ideowym przesłaniem: Polacy od stworzenia świata dzielą się na sort lepszy i gorszy. Gorsi nie mogą się polepszyć, bo «zacni rodzą się z zacnych i cnotliwych»”.

Antologia prezydencka jest drukiem okolicznościowym. Może niepokoić, że będzie inspirować pedagogów. Nie przesadzałbym z zasięgiem jej oddziaływania. Kancelarie prezydenckie w Ameryce Łacińskiej mają wręcz obsesje na tle wydawania podobnych wizytówek „zacności” tradycji. Problem w tym, że fantomowe formatowanie tradycji jest w Polsce niemal odruchowe i wykracza poza polityczne lakiernictwo. Oto przykład; w ciekawej książce Stanisława Wójcika Naród polski w publicystyce PRL autor, zastanawiając się na przyczynami uległości polskich intelektualistów nowej władzy (stalinizmu), stwierdza: „Ten napór na poniewieraną historię Polski odpierali, początkowo nieliczni, publicyści i pisarze polityczni, ale jednocześnie ujawniła się ogromna pasywność kręgów intelektualnych, przeważnie wywodzących się ze środowisk robotniczych i chłopskich, a nawet przechodzenie pewnej ich części na służbę nowej władzy”. Dwie strony wcześniej jako przykład takiej uległości wskazuje Wisławę Szymborską. Cóż, tylko zacni mogą rodzić zacnych, a Szymborska i bohaterowie Zniewolonego umysłu musieli być chłopskiego lub robotniczego pochodzenia. Zapewne byli podrzutkami adaptowanymi w zacnych rodzinach, o czym nie wiedzieli. Okazuje się, że sarmackie DNA nie tylko nobilituje, ale i immunizuje przeciw „heglowskiemu ukąszeniu” i innym ideowym perwersjom.

Dyskusja z podobnym narodowym esencjalizmem jest trudna, czego książka Mencwela dowodem, ponieważ angelizacja narodu, do którego się przyznajemy, zaspokaja potrzeby psychiczne i rekompensuje traumatyczne doświadczenia, a tych w ostatnich stuleciach nie brakowało. Nie jest przypadkiem, że w Polsce psychoanaliza nigdy nie była tak popularna, jak w innych krajach Europy. Szlachecki wzorzec kulturowy promował wzmacnianie wypierania traumy, a nie jej analizę. Mencwel polemizując z Prześnioną rewolucją Andrzeja Ledera, pisze: „Wielbiąc Ferdydurke Gombrowicza, nie wychodzi Leder poza jej świat przedstawiony. Ani Ludzie stamtąd Dąbrowskiej, ani Kordian i cham Kruczkowskiego do niego nie dotarli. Nie mówiąc już o Pałacu Myśliwskiego”.

Fascynacja Gombrowiczem i podziw dla jego pisarstwa był u Mencwela, od początków jego działalności krytycznej, związany z zaniepokojeniem ryzykiem związanym z apologetyczną recepcją (Anty-Gombrowicz z 1967 roku). Gombrowicz jest dla niego niepewnym sojusznikiem nie dlatego, że ostentacyjnie obnosił się ze swoim hrabiostwem (co tak denerwowało J.L. Borgesa), ale ponieważ krytyka sarmackich stereotypów polskości dotyczy sfery gestów. W Ferdydurke, TransatlantykuPornografii forma polskości to repertuar gestów i min. Można stąd wyciągnąć wniosek, że zmiana wzorca kulturowego to zastąpienie jednych gestów i min przez inne. W tym sensie można powiedzieć, że Leder pozostaje w obrębie gombrowiczowskiego świata przedstawionego. Leder oczekuje od polskiego chłopa – który zerwał mezuzę z framugi drzwi pożydowskiego mieszkania, do którego się wprowadził – gestu, a nie przemyślenia związków Zagłady z losami Polski. Gestu nie było – uważa więc, że rewolucja została prześniona. Być może gest bicia się w piersi był i jest potrzebny, ale nie może być tak głośny, że zastąpi myślenie. Wstydu nie należy się wstydzić. Bić się w piersi, chcąc zawstydzić innych, też niedobrze.

Argumentację Mencwela mogę uzupełnić. Urodziłem się w czasie wojny w pożydowskim mieszkaniu na krakowskim Kazimierzu. Powód był prosty, moi rodzice mieszkali z dziadkami na placu Zgody (dziś Bohaterów Getta) na Podgórzu. Ponieważ Niemcy tworzyli getto właśnie tam, moja rodzina została przymusowo wysiedlona. Przydzielone pożydowskie lokum nie było gorsze od utraconego, ale Babcia i Tato nigdy nie mogli się pogodzić z przesiedleniem z ukochanego Podgórza, gdzie na podgórskich cmentarzach (katolickim i protestanckim) mieli przodków. Jak tylko było to możliwe, w 1951 roku z Kazimierza się wynieśliśmy, czego z kolei ja żałuję.

Słusznie pisze Mencwel: „Oto mamy bowiem w latach 1939–1956 największy w naszych dziejach i jeden z największych w Europie czas prawdziwej «wędrówki ludu». Z wielkim trudem znaleźlibyśmy taką polską rodzinę, w której nikt wtedy nie ruszył się z miejsca albo nie został poruszony. Rewolucja trwała. W strukturach społecznych zachodziły zmiany szerokie i głębokie, a jej sploty były wielokrotne i wielostrunowe… Nie sprowadzają do czarnej linii eliminacji Żydów, na której skupił się autor Prześnionej rewolucji, choć ma on rację, że trzeba ją uznać i uświadomić”. Zasiedleni w poniemieckich mieszkaniach w Gliwicach rodzice autorów Świata nieprzedstawionego, Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego, na pewno by nie mordowali dawnych właścicieli, gdyby ci się pojawili.

„Problem współczesnej klasy średniej istotnie polega na tym, że pochodzi ona z tych wszystkich przekształceń, które historycznie wiążą się z Polską Ludową, ale nie jest zdolna tego przyznać i przyjąć. Ona nie śpi ani nie śni – ona się zakłamuje” – konkluduje Mencwel. Ten proces zakłamywania zaczął się w PRL, gdzie rolę dobroczyńcy odgrywała partia, po transformacji ten rodzaj legitymizacji partii politycznych nie zanikł.

Dla swojego projektu krytycznej rozprawy z wzorem kulturowym, „postawą polską” opartą na fantomowej genealogii Mencwel zawsze szukał sojuszników. W kraju takimi sojusznikami byli dla niego Wiesław Myśliwski i krąg redagowanego przez niego kwartalnika „Regiony”, a także Andrzej Walicki. Próba stworzenia własnego ośrodka krystalizacji myśli, wydawanie miesięcznika „Meritum”, została przerwana przez stan wojenny.

Krytyczny projekt Mencwela, w odróżnieniu od innych, nie koncentrował się na stworzeniu ośrodka dystrybucji prestiżu. Przekonanie, że zmian „postaw polskich”, wzorca kulturowego można dokonywać poprzez dystrybucję prestiżu, było utopią całkowicie obcą tradycji pierwszych twórców polskiej lewicy z „pokolenia niepokornych” czy Stefanowi Żeromskiemu. Była to raczej domena naszych konserwatystów. Przydzielanie dystynkcji jest reliktem szlacheckiego wzorca. Europejskość, bycie nowoczesnym, demokratą, tolerancja, nie bycie ksenofobem albo homofonem nie są żadną dystynkcją. Antysemityzm nie jest groźny dlatego, że jest „politycznie niepoprawny” i w Europie nie wypada być antysemitą.

Osią programu przeorania polskiej tożsamości kulturowej staje się nie tyle krytyka, ile towarzyski szantaż. „Zdrada w Polsce to zdrada towarzystwa” – mawiał Miłosz. Wirtuozem takiej strategii był Antoni Słonimski, co mu wytykał jeden z bohaterów książki, Kazimierz Wyka, w drukowanym w „Marchołcie” z 1936 roku pamflecie Słonimski.

Największego sojusznika odnajdywał Mencwel w kręgu paryskiej „Kultury”. Kolejny raz w najnowszej książce do „Kultury” wraca, zwłaszcza do duetu swoich bohaterów, Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Bycie ośrodkiem dystrybucji prestiżu nie było celem pisma. Samo było przedmiotem towarzyskiego szantażu ze strony nieprzejednanych z emigracji. Samotność Mieroszewskiego w Londynie jest emblematyczna. W korespondencji Giedroycia roi się od utyskiwań na towarzyskie idiosynkrazje znajomych. W gruncie rzeczy zerwanie współpracy z jej współtwórcą, Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, miało źródło w pogłębiającej się u niego tendencji traktowania komunizmu jako nieusuwalnej i dyskwalifikującej skazy charakteru, która wyklucza zmianę czy ewolucję postaw i poglądów.

W dziejach polskiego czasopiśmiennictwa „Kultura” zadziwia liczebnością grona współpracowników, rozmaitością ich afiliacji politycznych, towarzyskich i ideowych genealogii. Taka była polityka personalna redaktora. Sprawą istotniejszą, dla Mencwela, była perspektywa poznawcza polegająca na uznaniu faktyczności zmian zachodzących w Polsce i na świecie. Ucieczka w nostalgię jest składnikiem polskiej postawy, którą Mencwel krytykuje. „Kultura” zawsze dużo miejsca poświęcała historii, ale nie czyniła tego w celu oceniania i kwestionowania faktyczności teraźniejszości. Zmiana granic, społeczne turbulencje, wymiana elit, ograniczona suwerenność, partia były faktami, które należało uznać, a dopiero potem zastanawiać się nad tym, co robić.

Zasadnicze było uznanie, że „powrót do sytuacji sprzed wojny nie jest możliwy, a jeśli chodzi o stosunki wzajemne narodów i państw Europy Środkowej nie jest pożądany”. Oryginalność stanowiska „Kultury” polegała na tym, że nowy powojenny kształt i mapa Europy Środkowej, zostały oderwane i uniezależnione od ustrojowej legitymizacji PRL. Trwanie przy realnym socjalizmie i zależność od Związku Radzieckiego właśnie dlatego, że redaktorzy wierzyli w trwałość powojennych zmian, nie była warunkiem ich utrzymania. Droga do pełnej politycznej i kulturowej suwerenności pozostawała dla nich otwarta. Dlatego, co Mencwel podkreśla, nie było to bierne i zrezygnowane pogodzenie się z faktami, które determinowało postawę wielu intelektualistów w kraju. Rodziło potrzebę kształtowania nowej postawy. Jak pisze: „Dla realizacji tego naprawdę historycznego dzieła należało zmienić wszystkie składniki zastanej polskiej tożsamości kulturowej w jej wymiarach społecznych i psychicznych. Mając w pamięci złożoność tego dzieła i mnogość jego przejawów, Jerzy Giedroyć i ekipa «Kultury» zawsze rozwijali bogate środki oddziaływania: poetyckie i polityczne, artystyczne i dziennikarskie, naukowe i społeczne, dokumentacyjne oraz ideowe”.

Mencwel nie analizuje postępującego po ustrojowej transformacji procesu zarzucania tego dzieła i recydywy tożsamości kulturowej opartej na szlacheckim wzorcu. Proces ten nasilił się po przyjęciu nas do UE. Z chwilą, gdy nasza europejskość została potwierdzona instytucjonalnie, przestała być zadaniem. Teraz należy Europę przekonać, że to my, wierni wartościom narodowym, religijnym i rodzinnym, właśnie dlatego, że nie byliśmy „nowocześni”, obroniliśmy Europę przed bolszewizmem i jesteśmy zdolni bronić ją przed islamem, ateizmem, LGBT i relatywizmem.

Książkę zamyka, napisana przed przyznaniem Oldze Tokarczuk Nagrody Nobla, apologia Ksiąg Jakubowych. Prywatnie przyznam, że nad to dzieło noblistki zdecydowanie przedkładam Biegunów. Wolałbym, żeby czytano raczej Słowa Pańskie samego Jakuba Franka aniżeli opowieść o nim Tokarczuk.

Pozostaje niewątpliwe, że wyzwolona przepowiadaniem Franka masowa konwersja sporej grupy Żydów i ich nieodwracalne przylgnięcie do polskości, dokonujące się czasach agonalnych Rzeczypospolitej, jest w Europie zdarzeniem niezwykłym. Ta polskość jest kwintesencją szlacheckiego wzorca. To wśród szlachty, arystokracji i kościelnych hierarchów znajduje Frank największych zwolenników i promotorów. Sam zmusza swoich zwolenników do golenia bród i podgalania głów, zrzucania chałatów i noszenia szabel. Oczywiście nie wszystkim się to podoba, podobnie jak obdarzanie konwertytów szlachectwem. Miało jednak miejsce i słabość oporu zadziwia.

Okazało się, że w czasach agonii Rzeczypospolitej i zamierania struktur państwa była wśród szlachty żywa pamięć „wieloplemiennego tłumu”, z którego się wyłoniła. Dla szlacheckich promotorów Franka akces jego zwolenników był potwierdzeniem atrakcyjności polskiego wzorca kulturowego, na przekór jego politycznej słabości. Konwersja Franka nie jest bowiem tylko konwersją religijną, ale przede wszystkim kulturową. Doskonale to widać, gdy się czyta Słowa Pańskie. O tym napisała Tokarczuk dobrą powieść. Nie jestem przekonany, czy wspiera ona krytykę Mencwela, jeśli w ogóle, to w tym sensie, że podkreśla pewną ambiwalencję szlacheckiego wzorca kulturowego, jego uwikłanie w ów „wieloplemienny tłum”, którym była Rzeczpospolita.

W prorokowaniu i przepowiadaniu Franka najbardziej zaskakujący jest wybór języka. Jego pierwszymi językami były ladino i turecki, znał jidysz, niemiecki i hebrajski, polskiego nauczył się jako człowiek dorosły, ale swoje nauki decyduje się głosić w tym języku, niejako sakralizując polszczyznę. Jest całkowicie świadomy (widać to doskonale w Słowach Pańskich), że jest to język państwa, które za chwilę zniknie z mapy Europy, ale dla swojego mesjańskiego przesłania wybiera polski i swoich zwolenników w tym wyborze utwierdza. Sam zdobywa w nim wirtuozerię, która zaskakuje bogactwem. Można ją porównać z językową fantazją Benedykta Chmielowskiego, który się u Mencwela pojawia.

Być może to właśnie język jest największym atutem polskości. Przykładem nie tylko Leśmian, Schulz czy Tuwim, ale wszyscy ci z „wieloplemiennego tłumu”, którzy zdecydowali się w nim zmierzyć z niewypowiedzialnym doświadczeniem granicznym, z Zagładą: Cerel Perechodnik, Adam Czerniakow, Bohdan Wojdowski, Dawid Sierakowski, Dawid Rubinowicz, Leo Lipski, Kalman Segal, Henryk Grynberg, Hanna Krall i bliżej światu kultury nieznani autorzy świadectw zebranych w pomnikowej edycji Archiwum Ringelbluma i wielu innych. Do chwili, kiedy ten język jest i będzie nieustannie sprawdzany (o czym doskonale wiedział Henryk Bereza), z polskością nie jest najgorzej. Najnowsza książka Mencwela jest dowodem.

Andrzej Mencwel: Przedwiośnie czy potop (2). Nowe krytyki postaw polskich.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej,
Warszawa 2019, s. 408.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.