07-08/2020

Dominika Słowik

Przemiana

Moje ciało rzadko mnie zawodziło, chociaż nigdy o nie szczególnie nie dbałam.

Chodziłam pieszo tylko wtedy, kiedy musiałam. Z zasady nigdy nigdzie nie biegałam. Zamiast schodów wybierałam windę.

Dużo leżałam. Jadłam to, na co miałam ochotę i kiedy miałam ochotę.

Zęby prawie nigdy mnie nie bolały. Nie cierpiałam na migreny. Nie dostawałam niestrawności. Nie miałam pojęcia, ile ważyłam, bo zupełnie mnie to nie interesowało.

Sport wydawał mi się od zawsze przesadą. Nienawidziłam się męczyć, nie mogłam znieść braku tchu, który odbierałam jako osobistą krzywdę.

Nie czułam w sobie nigdy potrzeby ruchu i nie rozumiałam jej u innych, a wyjścia na spacer, do których czasem zmuszali mnie bliscy, traktowałam jak przykry obowiązek.

Ostatni raz sport uprawiałam dwadzieścia lat temu, na studiach, pod przymusem na WF-ie. Nawet nie byłam najgorsza. Zwykle wybierano mnie do drużyny gdzieś w pierwszej połowie stawki, potrafiłam całkiem nieźle odbić piłkę, byłam rozciągnięta i bez problemów sięgałam całymi dłońmi do parkietu, nie zginając kolan. Nic jednak nie irytowało mnie tak, jak nakazy. Biegnij, skacz, skłon, przysiad, szybciej! Raz, pamiętam, zasnęłam w trakcie rozgrzewki – musiałyśmy biegać wokół sali gimnastycznej i przy którymś z okrążeń schowałam się po prostu w kącie między materacami.

A jednak odkąd zaczęła się kwarantanna, coś było nie tak.

Pracowałam teraz z domu, co przyjęłam z ulgą. Nareszcie nie musiałam zwlekać się co rano, wmuszać w siebie śniadania, które o takiej porze stawało mi w gardle, i biec na autobus, żeby zdążyć na 7:30 do urzędu. Teraz wystarczyło na dźwięk budzika wstać z łóżka, przejść dwa metry i usiąść za biurkiem.

Uwielbiałam to.

Jedzenie na dowóz, zakupy pod same drzwi, brak petentów.

Tyle tylko, że chyba od niewygodnego krzesła zaczęła mnie boleć szyja. W pracy miałam porządny biurowy fotel.

Ból promieniował w stronę ramienia i wzmagał się, kiedy klikałam komputerową myszką.

W nocy ciężko było mi się ułożyć w wygodnej pozycji, musiałam leżeć na wznak, czego nie cierpiałam. Następnego dnia obudziłam się niewyspana i w złym humorze. Na dodatek szyja całkiem mi zdrętwiała, a ból rozlał się na obie łopatki i wzdłuż kręgosłupa.

W ciągu dnia rozmasowałam jakoś mięśnie, łyknęłam parę tabletek i trochę się poprawiło. Następnego dnia ból prawie zniknął.

A jednak wcale nie poczułam się lepiej.

Nie potrafiłam tego do końca ująć w słowa. Byłam ociężała. Wzdęta. Pomyślałam, że to przez zbliżający się okres, ale dla pewności sprawdziłam w apce na telefonie – do miesiączki wciąż brakowało kilkunastu dni.

Może po prostu przytyłam? Nie miałam jak tego sprawdzić, w domu nie było wagi. Stanęłam przed lustrem w samej bieliźnie. Majtki rzeczywiście zrobiły się jakby trochę ciaśniejsze? Ale równie dobrze mogły zbiec się w praniu.

Wzruszyłam w końcu ramionami. I tak chodziłam teraz całymi dniami w piżamie albo w dresie, wszystko jedno.

Dlaczego więc tak nieswojo się czuję?

Miałam wrażenie, że ciało bardziej i bardziej mi ciąży, stawałam się coraz powolniejsza. To chyba właśnie wtedy pojęłam różnicę między brakiem ruchu a bezruchem i trochę się przestraszyłam.

Zajęcia poleciła mi koleżanka. Nic dziwnego, że masz zły humor, to wszystko przez zastane mięśnie. Wiesz, że można dostać od tego zatoru?

Znalazłam za szafą starą karimatę, którą kupiłam lata temu na jakiś piknik. Z niechęcią odpaliłam wideo na youtubie. „30 dni z jogą!” krzyczał wielki nagłówek.

Idiotyczne.

Starałam się nie słuchać tego całego irytującego mambo jambo. „Poczuj wypełniającą cię energię”, „obudź swoją świadomość”, „sięgaj oddechem aż do palców stóp”. Serio…?

Zdecydowałam się na jogę, bo uznałam, że to będzie chyba najprostsze. Jakieś skłony, rozciąganie, pestka.

Urocza uśmiechnięta dziewczyna pokazywała kolejne pozycje. Łatwe. Tylko mata była trochę niewygodna. No i dziewczyna mogłaby lepiej tłumaczyć, w kółko musiałam odwracać głowę w stronę ekranu. Trochę tu ciasno. „Teraz przejdźmy do psa głową w dół – jeśli wasze pięty nie dotkną podłogi, niczym się nie przejmujcie. Wszystko przyjdzie z czasem!”

A, czyli to ten słynny pies. Zwykły skłon. I o to tyle afery?

Nachyliłam się i zaskoczona odkryłam, że nie tylko nie dotykam całymi stopami podłogi, ale nie mogę nawet wyprostować kolan. Ja? Może robię coś źle? Znowu zerknęłam na ekran, ale wtedy ręce poślizgnęły się na karimacie i wylądowałam na twarzy.

Jebana joga!

Trochę pocieszyłam się, kiedy zajrzałam do komentarzy pod wideo. Wychodziło na to, że nikt nie potrafił na początku dobrze zrobić tego głupiego psa.

Rzeczywiście, tej nocy trochę lepiej spałam. Przez kolejne dni codziennie odpalałam nowe wideo. Musiałam przyznać, że robiłam to z coraz większą ciekawością. Sama nie podejrzewałam się o to, że jestem w stanie z własnej woli wykonywać ćwiczenia fizyczne – i to jeszcze codziennie!

Dziwne uczucie ciężkości zniknęło.

Tyle tylko, że wciąż nie potrafiłam zrobić tego psa. Pewnie przez tę głupią matę. Ślizgam się na niej, więc nic dziwnego. Sprawdziłam przed lustrem, czy na pewno wszystko dobrze powtarzam. No niby tak. Te kolana były już jakby trochę bardziej wyprostowane.

Z każdym dniem czułam się lepiej. Nie wierzyłam oczywiście w te wszystkie głupoty o sporcie „natychmiast poprawiającym nastrój”, ale rzeczywiście byłam teraz pełna energii, której wcale nie musiałam rozładowywać.

To śmieszne, ale miałam wrażenie, jakbym odkryła nagle moje ciało. Trochę jak filmowy bohater, który wychodzi z siebie i obserwuje się z zewnątrz – tylko że u mnie było na odwrót.

Ach, to tak się zginają moje ręce, tak stawiam stopę, tak napinam brzuch. Prostuję plecy, wyginam dłonie. Tu mam mięśnie. I tu, i tu, i tu. Zabawne. Po raz pierwszy ciało służyło mi do czegoś więcej niż seks i jedzenie. Fascynujące. Dlaczego nikt mi o tym nigdy nie powiedział?

Gdyby tylko nie ten durny pies…

Zawzięłam się. Zauważyłam, że w komentarzach pod kolejnymi wideo coraz więcej osób pisze „udało się”, „dotknąłem podłogi!”, „dziękuję ci, dzisiaj zrobiłam pełnego psa!”.

Już prawie wyprostowałam kolana. Ale pięty wciąż sterczały w sufit.

To chyba wtedy zaczęły mi dokuczać dziwne zapachy. Najpierw myślałam, że kupiłam jakiś felerny dezodorant. Prawie zwymiotowałam, kiedy go użyłam. Musiałam natychmiast wziąć prysznic. Ale potem odkryłam, że podobnie mam z szamponem, z mydłem, z płynem do naczyń…

Zaczęłam ograniczać kąpiel do minimum. Dwie-trzy minuty i gotowe. I tak nigdzie nie wychodziłam.

Miałam jednak wyrzuty sumienia, że nie sprzątam. Postanowiłam przynajmniej odkurzyć. Podłączyłam odkurzacz do gniazdka… i nawet nie wiem kiedy znalazłam się w drugim pokoju, schowana w szafie.

Przestraszyłam się odkurzacza?

Przez to zamknięcie naprawdę zaczynałam świrować. Niech to wszystko się już skończy, znajomi pękną ze śmiechu, jak im opowiem. Ha, ha, ha, przestraszyła się odkurzacza, to dobre.

Darowałam sobie resztę sprzątania. Cisnęłam odkurzacz do kąta, ale za każdym razem, kiedy przechodziłam przez przedpokój, mimowolnie przyspieszałam kroku, mijając opartą o ścianę rurę. Co jest?!

Z tego stresu zaczęłam chyba więcej jeść. Najchętniej gotowałam makaron. Kiedy nakładałam sobie porcję, czułam, jak ślina spływa mi z kącików ust. Jak pysznie to pachniało! Po skończonym obiedzie wylizałam miskę. Zawsze lubiłam jeść, ale takiego apetytu dawno nie miałam.

Przestałam się myć. Prysznic strasznie mnie stresował.

Czułam się jednocześnie coraz lepiej. Jak nigdy wcześniej! Gdybym miała to w jakikolwiek sposób opisać, to tak jakby moje ciało było zawsze gotowe do skoku.

Wszystko wydawało się teraz takie ostre, zapachy wypełniały całe mieszkanie. Tylko te dziwne, nieznane dźwięki dobiegające z ulicy coraz mocniej mnie irytowały – na szczęście znalazłam gdzieś starą piłkę tenisową i dla rozluźnienia zaczęłam nią rzucać o ścianę. Co za przyjemność!

Przestałam logować się do pracy. Wzięłam urlop. Miałam sporo zaległego wolnego jeszcze z zeszłego roku.

Wciąż codziennie ćwiczyłam. Pięty prawie opadały na matę!

Kiedy w trakcie ćwiczeń w mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka, aż zawyłam z irytacji. Wyjrzałam przez oczko. Listonosz. Nie cierpiałam listonoszy. Pot spływał mu z czoła. I ten jego uśmieszek. A jak on śmierdział! Czułam to nawet przez drzwi. Zmusiłam się, żeby mu otworzyć. Przyniósł jakiś przekaz. Kiedy podawał mi dokument, poczułam nagle coś dziwnego… Byłam taka wściekła! A potem, zanim zdążyłam pomyśleć, wbiłam mu z całej siły zęby w rękę. Wrzasnął, ale wyrwałam kopertę i zatrzasnęłam drzwi.

Później ktoś długo się do mnie dobijał. Skulona przyczaiłam się pod łóżkiem. Tu mnie nie znajdą.

Wieczorem wróciłam do przerwanych ćwiczeń. Wdech, wydech, wdech, wydech, teraz dyszymy, hu-hu-hu, i downward dog, pochyliłam się, wysunęłam ręce przed siebie, a tylne łapy dotknęły ziemi.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.