06/2019

Andrzej Franaszek

Raz tylko

Dla J.


1. Via dei Tribunali powitała ich obłokiem marihuany. Ich, czyli dwoje przelotnych turystów, którzy z trudem wcisnęli ten wypad w zapracowane kalendarze, a choć na kwitnącym narkotykowym polu mieli doświadczenia niewielkie, wręcz wstydliwie skromne dla osób w ich wieku, rozpoznanie tej akurat woni nie sprawiło im problemu. Był późnojesienny, prawie zimowy wieczór, ale zgodnie z włoskim rytmem Neapol nie zatrzaskiwał drzwi i nie krył się w mieszkaniach, zamiast tego wylegał na ulice i place, oblegał knajpy, stał w kolejkach do pizzerii, przepychał się w tłoku, handlował, wciskając przybyszom wycenione na dwa lub pięć euro imitacje biżuterii, śmiał się, pił wino, piwo, drinki zdobione pomarańczami. No i ochoczo palił skręty, które upajały też – tak przynajmniej w te pierwsze godziny myśleli oboje – kreśloną miękkim ołówkiem architekturę. Twarz miasta.

Budynki tańczyły tu ze sobą, okno mieszkania spoufalało się z fasadą kościoła, w bryle świątynnej krypty drążył norę sklepik. Gubiły kontur pokolenia różnokolorowych cegieł, plamy cementu i – rzadziej – marmuru, dla bezpieczeństwa wzięte w kaftan rurek i przewodów elektrycznych, gęsty niczym plecionka ratująca od rozpadu gotowaną szynkę. Wygięte blachy zardzewiałych szyldów dawały oparcie strzępom plakatów, brązy, dyskretne odcienie głębokiej zieleni, zgaszone złoto, szylkret marmurów w kościołach sąsiadowały z oleodrukowym kiczem ulicznych ołtarzyków, a wszystko to znaczyły gęstym ściegiem wykonane z drewna, fajansu lub plastiku łzy krwistej czerwieni, wszechobecne, mające odpędzać zły urok papryczki czy rogi. Neapol przypominał kadłub żaglowca obrośnięty milionami muszel, organizm na pół żywy, który jedynie z grubsza rozłupały błyskawice traktów, niczym arterie tłoczące krew w gęstwinę płuc.

Palazzo Spinelli uwodził przepychem osiemnastowiecznych klatek schodowych, gąszczem schodów i podestów, układanym przez pokolenia mieszkańców patchworkiem płytek, chłopięcym aniołem, który niegdyś podtrzymywał lampę. Niósł światło, szczęśliwie nie idąc w ślady swego poprzednika, Lucyfera. Uczepione gzymsów posągi przetrwały niejeden wybuch ludzkiej historii i tylko majolikowy zegar zamarł, nadal wskazując dawny, z pewnością już zapomniany, kwadrans po piątej. W cichym zakamarku ktoś ustawił stolik z bukietem kwiatów i maszyną do pisania, jakby zachęcając, by gość zmierzył się słowami z zawiłością miejsca. Zdaniem Ef wszystko sprawiało wrażenie operowej dekoracji stłoczonej na za małej dla ambicji scenografa scenie, fasady pałaców, portale, zdobiące je herby, muszle, końskie i lwie głowy stykały się z takimi samymi gmachami po drugiej stronie wąskich ulic, tak więc chcąc je zbadać, musieli zadzierać głowę wysoko, za podziw płacąc bólem karku. Dawna arystokracja nie miała się najlepiej, ociekające bogactwem rodowe gniazda spadły do roli czynszówek, choć nadal strzeżonych przez zamieszkujących drewniane budki konsjerżów. Jeden z nich, uwiedziony urodą Jot, doradził im nawet, by schowali się za filar, wtedy nie zdoła zobaczyć, że robią zakazane tu zdjęcia.

Neapol łuszczył się niczym puder na okrytej pajęczyną zmarszczek twarzy. Odpadał zeń tynk, wśród domostw harcował rozpad, tu i ówdzie skrywany leniwymi maźnięciami pędzla. Co prawda – stwierdzali jego nowi goście – bałagan i brud Południa jest łatwy do zniesienia, krojąca ostro każdy zaułek wymiana ciosów między oślepiającym światłem i głębokim cieniem zda się go unieważniać, przesłania jasnością lub mrokiem, głośniej od jego bełkotu krzyczą tu ochra i zieleń, zapachy owoców, podczas gdy w krainie Północy, z której oboje pochodzili, rozpad triumfalnie wytryskał oceanami błota, krzyżami bezlistnych drzew, nie dającą nadziei pleśnią niskiego listopadowego nieba.

Od pierwszej chwili poczuli się tu dobrze, zbyt naiwnie może myśląc, że potrafiliby się też zadomowić. Nie budząc zainteresowania naciągaczy i złodziei, wtapiali się w tłum, ponad którym wysoko wznosiły się głowy posągowych świętych. Kolejną kondygnację tworzyły chorągwie suszącego się prania, pomarańczowe flagi prześcieradeł, sztywne proporce dżinsów, eklektyczną budowlę miasta wieńczył strych splątanych okrzyków, wszyscy tu bowiem się nawoływali, wciskali klaksony, przy kontuarach kawiarń stukot ciężkich talerzyków kamieniował uszy. Głosy wstępowały w niebo, a wśród nich cierpliwie, wziąwszy się pod boki, w towarzystwie kilku kur, trwała siwa straganiarka w grubych okularach. Za jej plecami na zdjęciu królowały piramidy pomidorów i morel, dopiero po powrocie do domu Ef odkrył, że ktoś wyciął je z gazet i starannie dokleił, po to chyba, by pokazać swą matkę tak, jak zapamiętali ją inni. Nie pośród wiejskiego gospodarstwa, w chwili odpoczynku, ufnego spoglądania w obiektyw, ale na posterunku. Umieszczony w solidnej ramce napis wyjaśniał bowiem, że przy tym właśnie rogu ulic spędziła swe dziewięćdziesięcioletnie życie Gelsomina Cammarano, każdego dnia – tak brzmiały ostatnie słowa epigramu – nosząc Neapol w sercu.

[…]

[ciąg dalszy można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.