04/2020

Waldemar Siemiński

Recykling

Zaglądanie w kosze na śmiecie przestało sprawiać mi przykrość. Za którymś razem zadałem sobie nawet pytanie, co łączy rzeczy tam wrzucone. Czy tylko objętość miejskiego kosza? Chyba i to, że okazały się niepotrzebne. Czy takie ich położenie to kwestia przypadku? Stawanie się niepotrzebnym to nie przypadek, dotyka prawie wszystkich i wszystkiego.

Skurcz wstrętu przed brudem kosza na śmiecie to przesada. Mojej teściowej zaginęła kiedyś obrączka. Po bezowocnych poszukiwaniach w mieszkaniu zaczęto przeczesywać podwórze. Pogrzebaczem i długim kijem miotły sondowano wielkie pojemniki na śmiecie. Otwarty pojemnik z jego lepką, gnijącą treścią wywołał entuzjazm i ulgę, gdy okazał się oprawą figlarnie połyskującego z jego dna złotego klejnocika.

Tylko stary poeta z Milanówka poświęcił wiersz koszowi na śmiecie. Widział go pewnie tysiące razy na stacji podmiejskiej kolejki dojazdowej, zanim usłyszał „…w tym koszu olaboga! Jaki lament! Jakie jęki! Jaka trwoga! Ile istnień! i papierów! i nicości! Jaka ciemność, ale skryta tam w ciemności. Puszki plastik dwa psie gówna i milczenie śmiecie – jest w tym jakieś Boże tchnienie. Jakieś Boże miłosierdzie – Boże trwanie. Coś co jest mi tutaj bliskie niesłychanie”.

Nad koszami na śmiecie Bóg mi się jakoś nie objawiał. Podglądałem podchodzących ludzi. Szybkie kroki do altany śmietnikowej, rzut pęczniejącą od zbędnej treści plastikową torbą w okienko altany, automatyczny, bez zwracania uwagi, czy był celny. Tak zaczynający się dzień witał salariat i prekariat mojego bloku, spiesząc do pracy.

Na wygonku za śmietnikiem z ranka zbierała się zaś grupka starszych mężczyzn, którym się już nie spieszyło. Gwarzyli cicho koło trzepaka na dywany, dokarmiali ptaki. Wyrzuceni przez życie na słabo zaludnioną wyspę emerytury, szukali kontaktu z kimkolwiek, kto do nich się zbliży i zwróci na nich uwagę. Pewnego dnia na pniu drzewa pośrodku wygonka przybito obwieszczenie. Właściwie był to apel Wydziału Ochrony Środowiska, akt bardziej perswazyjny niż urzędowy:

„Szanowni Mieszkańcy – pisano… – Przypomina się, że dokarmianie ptaków w okresie innym niż zima jest działaniem sprzecznym z naturą i potrzebami awifauny… Niedopuszczalne jest wyrzucanie ptakom pieczywa czy innych pokarmów… Takie pożywienie wywołuje u ptaków choroby przewodu pokarmowego i bardziej im szkodzi niż pomaga. Nie można traktować karmnika jako miejsca pozbywania się odpadków ze stołów”.

Dozorca, który przedtem też wyrzucał tu okruchy, krzyczał teraz, że gołębie zasrywają mu teren. Za śmietnikiem zrobiło się porządnie i cichutko.

Kiedy po północy wychodzę na spacer, mam do czynienia z zupełnie inną publicznością. O tej porze na osiedlu nic się nie dzieje. Z po wręby wypełnionego parkingu, z tablic rozdzielczych aut dochodzi bezgłośne, przerywane rytmicznie pulsowanie niebiesko lub rubinowo świecących czujników. Przy niektórych śmietnikach wre jednak cicha praca. Jest przeznaczona przede wszystkim dla mężczyzn wysokiego wzrostu. Na czubkach palców sondują pojemniki skonstruowanymi przez siebie długimi szczypcami z twardego, grubego drutu. Panuje podział pracy. Jedni grzebią za makulaturą – to arystokracja, na którą gdzieś w pobliżu czeka przeważnie samochód z obszerną bagażówką. Inni poszukują puszek po piwie i „energetykach”, koniecznie aluminiowych. Ładują je do plastikowych reklamówek na rowery i jadą dalej.

Te scenki znają wszyscy. W nocy nabierają one intensywności. Szperacze pracują pełną parą, przechodząc do kolejnych altan śmietnikowych.

Tamtej nocy, w altanie na wprost mojego bloku wokół kontenerów poruszała się postać zupełnie nietypowa. Prawie ulatywała wokół pojemników. Odbijała się od ziemi, lądowała ze zdobyczą i znowu do góry… Zjawa była chuda, niska, białe włosy spływały jej na ramiona i plecy. Kostucha – strachliwy chłód zmroził mi grzbiet i nogi, hamując oderwanie się od drzwi klatki schodowej.

Przemogłem się jednak. Z bliska zobaczyłem starszą, szczupłą panią w estetycznym skafandrze z mnóstwem kieszeni i kieszonek. Siwe włosy były starannie umyte. Niezlepione, swobodnie powiewały na powietrzu.

– Dobry wieczór – przemogłem się. – Czego pani szuka? – zagadnąłem z pełną świadomością idiotyzmu tego pytania.

– Zbieram puszki. Ale obrusiki, koszule też. Piorę, prasuję i sprzedaję na bazarku. Buty też ludzie kupują. No tak… – zwolniła trochę swój szybki wywód. – A po co pan pyta?

– Bo mógłbym pani pomóc – wypaliłem nieoczekiwanie dla samego siebie. – Wychodzę nocami na spacery i przy okazji…

Spojrzała na mnie uważniej.

– Proszę pana – zaczęła po przerwie. – Mieszkanie mam osiemdziesiąt metrów. Syn skończył szkołę specjalną i nigdzie, jak to usłyszą, nie chcą go zatrudnić. Jest ze mną. Czynsz tysiąc złotych, a renty mam osiemset. Dwa tygodnie temu w szpitalu serce i żyły mi drenowali. Co rok się badam. Muszę mieć operację…

– Po co pani tak wielkie mieszkanie? Sprzedać, mieszkać w mniejszym i zarobić.

– Tak chciałam. Ale jak zobaczą, w jakim jestem położeniu, dają grubo poniżej wartości. Hieny…

Zaczęła szczegółowo opowiadać o swoim stanie zdrowia i szpitalu. Głupio było jej przerwać, ale czas było wracać do domu.

– Gdzie mam odkładać to, co znajdę dla pani?

– Tam – rozejrzała się i pokazała zieloną, plastikową skrzynię na piasek potrzebny w zimie do posypywania oblodzeń.

I tak to się zaczęło. Od tamtej pory przez prawie rok odkładałem dla niej puszki znalezione w okolicznych koszach na śmiecie. Robiłem to przeważnie nocą, ale niekiedy i za dnia, wracając z pracy do domu. Z początku łowiłem w spojrzeniach ludzi zdziwienie, niechęć, niekiedy wstręt, ale przestałem na to zwracać uwagę.

Któregoś letniego popołudnia stałem na swoim balkonie. W zielonej skrzyni piaskarki na dole tkwił mój ostatni nocny urobek dla starszej pani. Nagle w alejce pojawił się rosły, zarośnięty, opalony i najwidoczniej pijany facet. Parł beztrosko przed siebie. Podszedł do piaskarki, otworzył z hukiem wieko i zagarnął do worka na plecach wszystko, co ukryłem w środku. Zaniemówiłem z wrażenia. Krzyczeć, zbiec i protestować? Co by to dało?

Przez kilka tygodni czułem, jak zapał i zbieracka determinacja schodzą ze mnie jak powietrze z przekłutej dętki. Poczułem nawet ulgę. Gdy spotkałem starszą panią, wyjaśniłem, że nie będę już jej pomagał. Po co? Przecież lumpy wiedzą o naszej skrytce.

– A może pod winorośl przy wejściu do pana klatki schodowej? – zaproponowała nieśmiało.

Lato się skończyło. Liści winorośli starczyło na maskowanie przez miesiąc, półtora. Potem zwiędły. Ostatni mój dorobek odkryła dozorczyni i wyrzuciła do śmietnika. Siwą panią przestałem widywać. Mówiła gdzie, mniej więcej, mieszka, ale nie podała nazwiska ani numeru mieszkania.

Po operacji usunięcia opornego kamyka, który nie chciał mi spłynąć moczowodem, a potem po resekcji nerki, lekarze nakazali, bym w nocy wstawał co najmniej kilka razy i pił jak najwięcej wody, zmuszając do pracy układ moczowy. Grzeczne położenie się z powrotem do łóżka i sen często były niemożliwe. Wychodziłem wtedy na spacery.

Okolica, którą machinalnie przedeptywałem za dnia do pracy i do domu lub z domu do sklepu i z powrotem, w reflektorze księżyca nabierała nowej, innej, pełniejszej przestrzeni, wolnej od nadmiaru samochodów i przechodniów. Obiekty pojawiające się w niej o tej porze niespodziewanie nabierały nowych znaczeń, wzbudzały uwagę, stawały się niemal wydarzeniami. Zwierzęta, podobno na całej planecie, uciekają w noc. Ja też wyprowadzałem na nocny spacer nie do końca oswojone zwierzę – siebie. Można było odetchnąć.

Po rundce dookoła domu, obserwacji księżyca płynącego przez obłoki, po śledzeniu usiłujących się zaszyć w najbliższym żywopłocie jeży, mój zapas zdolności podziwiania i kontemplowania natury się wyczerpywał. Wyjmowałem z kieszeni plastikową torbę, latarką oświetlałem wnętrze kosza i wyciągałem z niego aluminiowe puszki. Wytrząsałem z nich resztki piwa i, spłaszczając je uderzeniem podeszwy, wrzucałem do torby. W ten sposób nabierałem poczucia, że coś robię, a nie tylko romantycznie się wałkonię.

Napełnione worki wrzucałem do piaskarki pod domem. Właściwie nie obchodziło mnie, kto je odbierze. Nocne szperando po koszach stawało się moim nałogiem. Którejś nocy spostrzegłem, jak przez uliczkę osiedla sunęła facetka o gabarytach zdecydowanie bardziej horyzontalnych niż wertykalnych. Z bliska okazało się, że wyjątkowej szerokości nadawały jej dwie obszerne torby poprzecznie przytroczone do metalowego stelaża na kółkach. Jej bagaż brzęczał i podzwaniał. Pchała go, podpierając się laską.

– Butelki pani zbiera? – zagadnąłem.

– A co to pana obchodzi? – odparowała, przystając jednak.

– Przepraszam, że się wtrącam – ciągnąłem pojednawczo – ale prawie co noc wypuszczam się na spacery i, żeby nie gapić się tylko w księżyc, zbieram puszki po piwie. Dla potrzebujących. Przez rok pracowałem w ten sposób dla pewnej starszej pani, ale od pewnego czasu nie pojawia się.

– Puszki… – szersza niż wyższa niewiasta naprzeciwko mnie prychnęła. – Kto tu zbiera puszki? Zlikwidowali niedawno punkt skupu i teraz trzeba jeździć z puszkami na drugi koniec miasta. Komu by się chciało?

Od pewnego czasu obserwowałem rzeczywiście jakby mniejsze ożywienie w altanach śmietnikowych. Może to był powód?

Przyjrzałem się mojej rozmówczyni. Trzymała się czysto, malowała chyba nawet usta. Laskę miała z żywicy epoksydowej z rękojeścią rzeźbioną w czymś biało połyskującym. Chyba nie kość słoniowa?

– No to co pani zbiera? – ośmielałem się coraz bardziej.

– Butelki po piwie.

– Jakie?

– Wszystkie. Najlepiej krajowe. Ale coraz trudniej sprzedać. Od pijanego męta ekspedientka piętnaście, dwadzieścia przyjmuje, a na mnie, emerytkę, się wydziera. Po co pani tyle przynosi?!! Kolejka klientów broni mnie. Ściągają z zaplecza kierowniczkę. Ekspedientka ustępuje, ale mówi, że nie będzie ode mnie więcej odbierać w takiej ilości. A przed chwilą od zamroczonego pijaczka brała jeszcze więcej.

– On dla niej lepszy klient niż pani. Co jej sprzedał, od razu do niej wraca, bo koleś za butelki na miejscu kupuje nowe piwka i jabole.

– Ma pan rację… – przyznała ponuro. – Co za kraj! W Ameryce na śmieciach majątki robią, a u nas…?!

Pogadaliśmy jeszcze trochę. Wypytywała o moją wcześniejszą zleceniodawczynię.

– Pewnie umarła – skwitowała moje informacje. – W domu mam już sto siedemdziesiąt butelek. Ciągle się o nie potykam. Wszystko przez tę hołotę, co ściąga z całej Polski do Warszawy…

– Późno się robi. Do widzenia panu – rzuciła po chwili i ruszyła przed siebie, nie oglądając się na boki. Rogata, harda emerytka. Więcej jej już nie widziałem.

Jej rewelacje przygnębiły mnie na kilka dni. W ich świetle moje zbożne projekty dyskretnej pomocy dla porządnych, niepijących, walczących o byt na śmietnikach rodaków stawały się nikomu niepotrzebne.

Rano, udając się do sklepu i wyrzucając po drodze odpadki, zobaczyłem w altanie śmieciowej faceta z pękatym workiem sprasowanych już puszek.

Pamiętacie wiaty śmietnikowe PRL-u? Nie narzekajcie, nie złorzeczcie na Polskę Ludową. Przed moim blokiem wiata była okazem awangardowej architektury modernizmu: wielki, stalowy kojec obciągnięty drucianą siatką. Była przejrzysta na przestrzał z każdej strony. W tej pełnej przejrzystości nie widać było żadnych puszkarzy, żadnych poszukiwaczy złotówek w górach i kopalniach śmieci. Raz tylko podpity mąż dozorczyni, kompletnie znudzony nieróbstwem niedzielnym, zaczepił mnie przed wiatą i „Spierdalaj” poradził głośno, z pewnością racji, którą miała rządząca wtedy krajem klasa robotnicza.

Dziś wiaty zwane są altanami i szczelnie są obudowane. Komora kontenerów na odpady sąsiaduje z obszernym przedsionkiem. Stale zalega w nim cień, przez który ledwo widać w tle PRL-owski trzepak – jedynego tu i teraz świadka czasów społecznej równości. Ludzie, przechodząc obok, odwracają od tego oczy. Gdyby zerknęli głębiej, zobaczyliby może siedzących na wyściełanej tekturami podstawie trzepaka, rozluźnionych, niespieszących się nigdzie mężczyzn. Popiją Amarenę, gwarzą. Zawsze starałem się nie wejść z nimi w jakikolwiek kontakt.

Facet, którego przygnębiony wiadomościami od zbieraczki butelek dostrzegłem, idąc do sklepu, w altanie, siedział na wrzuconym do śmietnikowego demobilu fotelu. Podszedłem do niego. Fotel z rzeźbionymi w drewnie poręczami miał prawie nową tapicerkę.

Siedzący na fotelu mężczyzna zaznawał chyba chwili odpoczynku. Mimo to jego dłonie cały czas badawczo sprawdzały stan fotela. Mężczyzna najwyraźniej nie był pijany ani nawet podpity. Ubrany był nie gorzej ode mnie.

– Zbiera pan puszki, a przecież punkt skupu zlikwidowali – zgnębiony zwróciłem się do niego jako do eksperta.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Kto panu takich bzdur nagadał? Widzi pan, ile tego mam? Przyjmują jak przyjmowali. Każdą ilość. Tylko coraz trudniej o surowiec, bo ciągną tutaj obwiesie z całego miasta.

Poczułem, jak kamień spada mi z serca.

– Bo wie pan… – otworzyłem się przed nim nagle – zbierałem dla kogoś puszki i odkładałem tam. – Pokazałem na położone nieopodal zielone pudło piaskarki. – Ale jak menele zaczęli stamtąd brać jak ze swojego, przestałem.

Intensywność, z jaką mi się przyglądał w trakcie moich wynurzeń, zaraz się wyjaśniła.

– A to pan – wyraźnie się ucieszył. – Ja też stamtąd nieraz brałem. Ale ja, panie, nie piję.

Gdy wróciłem ze sklepu, nadal siedział w fotelu. Podszedłem znowu.

– Ile pan wyciąga dziennie z tych puszek? – zapytałem.

– Trzydzieści-czterdzieści złotych. Płacą cztery złote za kilo. Pan nieraz bierze puszki z grubego metalu. Niepotrzebnie. Takich nie przyjmują w skupie – pouczył mnie. – Tylko cienkie z aluminium.

– W zimie pewnie jest gorzej – sondowałem.

– W zimie jest więcej niż w lecie i płacą pięć złotych za kilo.

– Mieszkanie pan ma? – zapytałem.

– Mam. Mam pięćset pięćdziesiąt złotych stałego zasiłku. Muszę dorobić. – Wskazał na worek z puszkami pod nogami.

Twarz szczupła, ogolony. Oczy bystre, inteligentne. Wysoki. Jego dżinsowa kurtka i spodnie były mocno sprane, ale czyste. Facetów w jego wieku sporo kręciło się przy śmieciach. Wczoraj widziałem podobnego. Siedział na schodach do podziemnego przejścia pod ulicą i zastanawiał się, co zrobić z komputerowym monitorem trzymanym w rękach. Miał w twarzy jakąś zapiekłość, nie wiadomo, czy po alkoholu, czy z determinacji, żeby nie dać się zepchnąć. Rano, kiedy tamtędy przechodziłem, monitor leżał porzucony w trawie.

Mój siedzący w fotelu rozmówca nie miał w oczach gorączki ani zapiekłych warg. Miał jedną z najspokojniejszych, ostatnio widzianych przeze mnie, twarzy.

– Dziękuję panu za tamte puszki. – Nagle wskazał palcem na zieloną piaskarkę koło mojego bloku.

Nie spodziewałem się tego. Nie jego wdzięczności, ale tonu głosu, jakim ją wyrażał. Bez cienia uniżoności, przymilania się, sztuczności. Momentalnie pękłem. Jak kogoś takiego mogłem zaliczać do towarzystwa spod trzepaka? Znam się na ludziach jak na kwantach.

– To będę dla pana zbierał – zaproponowałem odruchowo.

– Dziękuję – znowu usłyszałem ten najnaturalniejszy głos wypowiadający nienaturalne w naszym kraju słowa wdzięczności.

[…]

[ciąg dalszy można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.