04/2020

Anna Spólna

Rozmowy poza czasem

Wielcy malarze zapraszają nas do rozmowy. Twarze świata Kazimierza Brakonieckiego są poetycką próbą odpowiedzi na podobne wezwanie. Najlepiej czytać tę książkę, mając pod ręką albumy z arcydziełami światowego malarstwa, ale internetowa wyszukiwarka też spełni swoją funkcję. Idealna edycja byłaby oczywiście ilustrowana i szkoda, naprawdę szkoda, że realia rynku wydawniczego spychają te oczekiwania w sferę marzeń. Nawet okładka z reprodukcją (skądinąd pięknej) pracy Tomasza Bohajedyna nie odnosi się do żadnego z obrazów komentowanych wierszami zbioru. Z kontemplacji blisko sześćdziesięciu dzieł, zestawionych chronologicznie, powstała seria poetyckich ekfraz wykraczających daleko poza opis. Najnowszy tom Brakonieckiego to raczej inspirowana estetycznym poruszeniem medytacja nad własnym losem i ludzką kondycją. Wbrew kulturze selfie, hurtowo umieszczanych dziś na instagramowych czy facebookowych profilach, proponuje odwrócenie perspektywy – uważną kontemplację obrazów, przeglądanie się w nich i próbę odpowiedzi, ułomną, bo zapośredniczoną przez słowa.

Już kiedy na przełomie XVXVI wieku powstawały epigramatyczne wiersze-komentarze do obrazów (in picturam, sub imagine lub icones), ich twórcy wchodzili w dialog z materią plastyczną. Tradycja ekfrazy rozumianej jako poetyckie zmaganie się z obrazem, rodzaj spersonalizowanego intersemiotycznego przekładu została niepomiernie wzbogacona zwłaszcza w XX wieku. Na gruncie polskim trzeba tu wymienić choćby twórczość Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Jarosława Iwaszkiewicza czy Anny Pogonowskiej. Do poetów „mieszkających w galeriach” należy także Brakoniecki, którego Obrazy polskie, wydane w 2017 roku, można uznać za pierwszą część domkniętej właśnie dylogii. Nie dziwią zatem, przywoływane przez poetę jako motta poszczególnych wierszy, klasyczne sentencje: „Ut pictura poesis” Horacego czy zdanie Blaise’a Pascala „Cóż za czcza sztuka malarstwo, która ściąga podziw przez podobieństwo do rzeczy, których oryginału nie podziwiamy”.

O tym, że autor Twarzy świata nieprzerwanie myśli sztuką, świadczy jego dorobek eseistyczny i kuratorski, ale także przywoływane w niektórych wierszach fragmenty prozatorskiego dziennika z podróży do Francji w 2003 i 2006 roku. Te notowane na gorąco wrażenia, choć wydają się obcym wtrętem, stanowią punkt wyjścia do poetycko-filozoficznych komentarzy w kolejnych partiach utworów. Dobrze pokazują też proces namysłu nad obrazem, który, zapamiętany, przez lata pracuje w umyśle i obrasta nowymi znaczeniami („Autoportret w niebieskiej marynarce” oraz kilka wcześniejszych. Max Beckmann; „Martwa natura z butelką”. Nicolas de Staël).

Choć układ tomu jest chronologiczny – od trzynastowiecznych chińskich dzieł Liang Kai i Mu Qi do obrazu „Jak skóra na bębnie dudni ziemia” Anselma Kiefera powstałego zaledwie osiem lat temu – to można na niego nałożyć kilka innych, przecinających się porządków doznawania i przetwarzania sztuki słowem. Na przykład porządek podróży bohatera po miastach, muzeach, kościołach:

Lato 1991 Pacyfik Wyspa Vancouver przed nami Japonia

West Coast Trail […]

(„Las w Brytyjskiej Kolumbii”, „W głębi lasu”. Emily Carr)


Deszczowy grudzień w Paryżu Trzy dni na muzea galerie ulice księgarnie

Rue de Seine Galerie de l’Europe […]

(„Portret kobiety”. Paul Abbott)


– a także podróży imaginacyjnych, jak ta nostalgiczna i gorzka jednocześnie, do Wenecji Guardiego:


Idę wzdłuż giętkiego brzegu i tańczących domów

dotykam chybotliwych wrót świątyni Łucji

popatruję na powyginaną wieżyczkę baśni

stoję przed portalem delikatnym jak uda młodości

oddycham powietrzem pełnym marzenia i barwy

przyszedłem pożegnać się z Europą Guardiego

(„Wenecja: widok na Wielki Kanał oraz kościół św. Łucji”. Francesco Guardi)


Brakoniecki prowadzi nas tropem osobistych wspomnień i skojarzeń. Te autobiograficzne fragmenty są szczególnie poruszające. Zaprasza do swojego pokoju dziecinnego, by ukazać w skrócie proces odchodzenia od wiary wyuczonej w rodzinnym domu do prywatnych zmagań z dogmatem odkupienia („Chrystus w Ogrodzie Oliwnym”. Eugène Delacroix ). Dopuszcza nas blisko starego ojca, który krążył po domu tak jak dzisiaj jego syn, przemierzający przestrzeń mieszkania, w centrum którego króluje „jaskrawy katafalk” łóżka („Między zegarem a łóżkiem”. Edward Munch, s. 63). W nagim „Autoportrecie” Alice Neel poeta dostrzega zarówno bezkompromisowy akt odwagi osiemdziesięcioletniej artystki, jak i odbicie niegdysiejszego spojrzenia swojej teściowej i zapowiedź losu jej córki, gotowej zmierzyć się ze starością.

Skłaniając się ku refleksji opartej na osobistym przeżyciu, autor tomu zachowuje potrzebę uniwersalnego namysłu nad ludzką naturą, kruchością człowieczego losu, siłą jego ducha i nędzą ciała. Ze współczuciem wchodzi w doświadczenia graniczne, w których wszystko i nic, piękno i ból, rozsądek i obłęd są prawie tożsame (Dwie akwarele [„Z podróży po Sekwanie”, „Świt po katastrofie morskiej”]. J.M.W. Turner). Ukazuje, jak żałoba i rozpacz upodabniają do Hioba każdego, kogo dotknie niepojęte cierpienie („Hiob wyszydzany przez żonę”. Geor­ge de la Tour). Świat utrwalony przez dawnych mistrzów i współczesnych artystów pędzla konfrontowany jest z grozą dnia codziennego, z egzystencjalnym katastrofizmem łagodzonym niekiedy poczuciem chwilowego zachwytu wobec piękna, przez które prześwieca dobro.

Podmiot pożąda rozmowy poza czasem, możliwej w przestrzeni wiersza. Zwraca się do bohaterów obrazów (jak w wierszu „Nawrócenie świętego Pawła”. Caravaggio), ale przede wszystkim, w geście międzyludzkiej solidarności, do nas, czytelników:

To są korowody i płacze rzeczy

które wcale nie są smutne chociaż umarłe

zaraz wnikną w powieki zamkną nam oczy

kiedy tak idziemy wzdłuż tych klepsydr

(„Martwe natury z butelkami”. Giorgio Morandi)


Przeżycie obrazu, wsparte wiedzą z dziedziny historii sztuki i nade wszystko empatycznym wglądem w źródła malarskiej alchemii, jest źródłem siły wierszy Brakonieckiego. Ich słabością bywa wielosłowie i przeintelektualizowany styl, choć zarzut ten postawiłabym tylko kilku tekstom zbioru (na przykład pierwszej części ekfrazy „Niebo w płomieniach” oraz wcześniejsze akwarele pejzażowe z północnej Fryzji. Emil Nolde). Ich siłą – poza bezkompromisowym wglądem w lęki i pragnienia podmiotu postawionego oko w oko ze sztuką – jest swoboda, z jaką słowo partneruje obrazowi. Jak wtedy, gdy podmiot opisuje „skruszone światło na okruszkach jedzenia” („Śniadanie podane”. Jean-Siméon Chardin), Rimbauda umierającego „z trzosem złota / na poobijanej pachwinie” („Wizja po kazaniu, czyli walka Jakuba z aniołem”. Paul Gaugin) i artystę, który stoi „zwycięski jak ochłap mięsa rzucony na świadome ciężaru płótno” („Autoportret malarza przy pracy”. Lucian Freud).

W tytule książki Brakonieckiego przywołane zostały twarze. Jednym z patronów tomu jest filozof epifanii twarzy Emmanuel Levinas, litewski Żyd, emigrant, świadek okrutnego stulecia. W wierszu „Sonata gwiazd”. „Rex”. Mikalojus Konstantinas Čiurlionis poeta zestawia jego poglądy z doświadczeniem dziejowym (odzyskanie przez Litwę niepodległości) oraz estetycznym (piękno kowieńskiej synagogi i malarstwa Čiurlionisa), by w końcu za najważniejsze uznać spotkanie z drugim człowiekiem w jego cichym dramacie:

W ciemnościach ścian poszczególne prace otwierały swoje ekstatyczne Twarze

kiedy wszedłem w boczny korytarz minąłem szlochającą kobietę w muzealnym fartuchu

Która siedząc na krześle zanosiła się płaczem i odwracała głowę do ściany

na której wisiały chropowate portrety socjalistycznych literatów i artystów

i ta ludzka rozpacz której nie rozumiałem

pomogła mi zaakceptować skaleczoną historię przywróciła nadzieję.


Uwalniające spotkanie z Innym przekracza ograniczenia sztuki i pułapki ego – wprowadza bohatera Brakonieckiego w stan prawie ekstatycznej afirmacji istnienia we wszystkich jego przejawach:

Przesłanie:

Kiedyś myślałem że zabiję się dla poezji

kiedyś myślałem że poezja mnie zabije

teraz wiem że nie o mnie chodzi

ani o żadne poetyckie słowo

To co mnie zabije

nie ma jak ja sam

żadnego znaczenia

(„Portret Rainera Marii Rilkego”. Paula Modersohn-Becker)


Brakoniecki przekonuje, że malarskie portrety ludzi, miast i przedmiotów, utrwalone śmiertelną ręką, mogą być początkiem rozmowy o tym, co nas przekracza. Ekfrazy są szkołą uważności i pokory, poszanowania cudzego spojrzenia, podziwu dla mocy sztuki. Jak powiedział Hipokrates: „Życie krótkie, sztuka długa, okazja ulotna, doświadczenie niebezpieczne, sąd niełatwy”.

Kazimierz Brakoniecki: Twarze świata.
Wydawnictwo Forma,
Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy,
Szczecin, Bezrzecze 2019, s. 96
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.