07-08/2020

Piotr Prachnio

Rozumiejący powiernik

Dzięki kwerendom oraz pracy edytorskiej Adama Puchejdy powstała książka o dużej wartości. Listy 1958–1997 przedstawiają powstałą w warunkach emigracyjnych korespondencję Jana Błońskiego i Czesława Miłosza. W zbiorze znalazło się niespełna dziewięćdziesiąt listów, co i tak nie stanowi sumy ostatecznej, jako że wiele wiadomości zaginęło, a przynajmniej nie weszło do prezentowanej edycji.

Panowie mieli okazję spotkać się po raz pierwszy w Paryżu w styczniu roku 1957. Przy tej okazji najprawdopodobniej wymienili adresy, a na pewno zacieśnili więzy i zdecydowali o bliższym zapoznaniu się. Początkowa dość kurtuazyjna wymiana myśli per pan w ciągu kilku lat przerodziła się w przyjaźń, trwającą ponad pół wieku. Listy 1958–1997 są świadectwem odrębności duchowej adresatów, ale też potrzeby komunikacji z kimś, ku któremu można ukierunkować swoje myśli i uczucia. Stroną adorowaną jest niewątpliwie Miłosz; adorującą i interesowną – Błoński. Temu drugiemu autor Trzech zim znany był zresztą dalece dłużej, niż wskazywałby na to wydany tom – „Miłosz był zawsze dla mnie najważniejszym poetą. Ja mam nawet na to dowód. Było to w drugiej czy nawet w pierwszej klasie liceum, 1948 rok – konkurs «Odrodzenia» «Napisz, kto jest najwybitniejszym polskim poetą». Napisałem: «Najwybitniejszym poetą jest Miłosz»” – czytamy na plecach książki. Bliższa znajomość z pisarzem daje krytykowi możliwość sprawdzenia pewnych pomysłów interpretacyjnych. Formuły krytycznoliterackie Błońskiego przechodzą tu więc być może pierwszą próbę ogniową. Miłosz do pewnego stopnia koryguje niektóre sądy, pozostawiając w zamian wiele cennych wskazówek, przydatnych w dalszych badaniach nad jego twórczością.

Zaglądając do późniejszych interpretacji Błońskiego, aż trudno oprzeć się wrażeniu déjà vu. Wiele z zawartych w listach pomysłów pojawia się w nich bowiem powtórnie i ukazuje w ściślejszych ramach naukowych oraz rozleglejszych horyzontach literackich, historyczno-społecznych czy teoretycznych. Tak oto sygnalizowana w korespondencji „proteuszowość” poetyckiej natury Miłosza powraca w eseju krytyka Lęki, sny i proroctwa – Czesław Miłosz i staje jedną z głównych tez tego tekstu, tyle że ujętą w języku bardziej dyskursywnym: „wszystko, co Miłosz napisał, powinno być rozpatrywane jednocześnie w kilku porządkach. […] jednostkowym, jakby biograficznym, zbiorowym czy historycznym, religijnym wreszcie czy metafizycznym”. Dalszej obróbce podlega również sygnalizowany przez krytyka wpływ Miłosza na powojenną poezję. Problem ten Błoński podejmuje później parokrotnie, na przykład w eseju Obowiązki poety, w którym – jak czytamy – „Jedną z polonistycznych tajemnic poliszynela jest obecność Miłoszowskiej inspiracji w znacznej części współczesnej liryki. Retorykę Szymborskiej, refleksję Herberta, klasycyzm Rymkiewicza i szyderstwo Brylla trudno zrozumieć bez Głosów biednych ludzi, ŚwiataTraktatu poetyckiego”. Listy 1958–1997 czytane od tej strony, ukazują początki kształtowania się miłoszologii w znanym nam kształcie współczesnym. Nie do pominięcia w omawianym kontekście są przemykający przez listy przyszli interpretatorzy spuścizny Miłosza – Aleksander Fiut czy Krzysztof Dybciak.

Wskazana problematyka to jednak tylko jeden z poruszanych w tomie tematów. Jak to w listach bywa – ktoś do nas pisze, a my z miejsca odpisujemy, podejmując i rozwijając za kimś wątek. Tak oto obok wskazanego wątku miłoszologicznego przewija się w omawianej korespondencji szereg innych, luźno powiązanych ze sobą dyskursów na tematy polityczne, społeczne, ekonomiczne, a wreszcie literackie i historyczne. Wartość prezentowanej epistolografii leży zarówno w jej wielostronności, jak i w kunsztowności oraz głębokości ujęcia tematu przy konieczności ograniczenia się co najwyżej do parokartkowego szkicu. Tom można z tego powodu czytać od deski do deski, albo delektować się wybranymi listami czy sformułowaniami.

We wczesnej korespondencji wydatnie rysuje się problematyka emigracyjnego życia i codziennej adaptacji do nowych warunków – Miłosza do amerykańskich, Błońskiego do francuskich. Przy tej okazji poruszony zostaje przez korespondentów drażliwy problem niechęci do Polaków za granicą, np. ze strony Żydów. Zważywszy na sposób ujęcia, trudno w tym miejscu nie przytoczyć niemal w całości opinii autora Romansu z tekstem:

rządził Rosjanin, miał rzeczywistą potęgę, bił Żyda i Polaka. Polak był wszakże (z żyd. punktu widzenia) Pierwszym z Lokajów, puszył się i wynosił, czuł także uprawniony do bicia Żyda, wyciągał czasem stare papiery, z których wynikało, że dom do niego niegdyś należał. Żyd, bity przez wszystkich, bardziej nienawidził Pierwszego Lokaja niż Pana: ten miał siłę i prawo bicia, ten je sobie uzurpował. […] Zapewne, grzechy nasze wobec Żydów są bezmierne. Ale najmniejsze wobec tych, którzy ocaleli, bo ci ocaleli tylko dzięki Polakom. I wyobrażam sobie, ilu – przy podobnym natężeniu prześladowań – Żydów ocaliliby na przykład Francuzi.


Krytyk – nieco w duchu Stanisława Cata-Mackiewicza – polskość (a w zasadzie jej percepcję) traktuje ogólniej jako wypadkową historycznych relacji z Rosją, ale też z Niemcami. Zarówno Błońskiego, jak i Miłosza zastanawia do tego uobecniające się u polskich emigrantów poczucie swoistości lub inności. Szukając źródeł tego stanu rzeczy, obaj przyglądają się „polskiemu produktowi”, jakim był mesjanizm, słusznie chyba doszukując się w nim prototypu postawy, z którą stykają się na zachodzie.

Korespondując, autorzy starają się zarazem zarysować obraz miejsc, z których piszą. Ameryka w listach Miłosza zdaje się być z początku krainą nieodgadnioną, nieomal bezpostaciową. Przybyły doń poeta opisuje ją w dużej mierze przez pryzmat wyobrażeń oraz doświadczeń wywiezionych z Polski i Europy. Fenomeny społeczne oraz literackie kontynentu tłumaczy więc za pomocą diagnoz Stanisława Ignacego Witkiewicza, a w prozie Henryka Sienkiewicza doszukuje się odblasków znajomych przestrzeni kalifornijskich: „Moim zdaniem Ogniem i mieczem jest transpozycją amerykańskiej przyrody i stosunków, jakie [Sienkiewicz] oglądał, jadąc przez równiny Dzikiego Zachodu do Kalifornii. Nie wiem, czy ktoś o tym pisał. Lednicki sugeruje, że także lasy w Krzyżakach to lasy kalifornijskich Sierras”. Polskość stanowi tu swoistą siatkę, narzucaną na nowy, nieznany bliżej świat. Zachowując perspektywę Polski i Europy, zapewne łatwiej Miłoszowi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, choć wydaje się też, że niekiedy coś z tego powodu umyka. Widać to choćby wtedy, gdy próbuje opisać swoje miejsce w porządku społecznym Ameryki i przekonuje Błońskiego, że „profesor to szczyt społecznej piramidy w opinii publicznej, nie pieniężny, ale estymy”. Przeciętny Amerykanin zapewne nie przychyliłby się do głoszonej opinii. Fundacyjny dla Ameryki bootstrap myth – zakładający, że każdy może osiągnąć sukces, byle wystarczająco ciężko pracował – kwestionuje w zasadzie potrzebę szkolnictwa wyższego, przyczyniając się do otaczania estymą przede wszystkim tych, którzy odnieśli sukces ekonomiczny.

Miłosz z czasem zmienia swoje pojęcie o Ameryce. Korespondencja odsłania stopniową ewolucję jego poglądów w kierunku diagnoz skrajnie pesymistycznych, znów nie do końca sprawiedliwych… (podobną przemianę zapatrywań można zresztą zaobserwować w dziennikach innego emigranta z Europy, Sándora Máraia). W liście z roku 1975 autor Zniewolonego umysłu wyznaje – „istnienie literatury tu, w dzisiejszej Ameryce, między bajki trzeba włożyć”, a kilka stron dalej, w podobnie zawiedzionym tonie, dodaje: „Ameryka = upowszechnienie chamskich instynktów i nadanie im rysów standardowego zachowania się”.

W kontekście amerykańskości klarowniejsze widoki zdaje się przedstawiać skala mikro, gdy przyglądamy się za autorem funkcjonowaniu slawistyki albo kulisom jego pracy dydaktycznej. Miłosz nie bez pewnej autoironii mieni się „poetą będącym profesorem wykładającym po angielsku Dostojewskiego”. Kurs z literatury rosyjskiej twórca Rodzinnej Europy prowadzi „ambicjonalnie”, ze względu na większe niż na polonistyce audytorium. W wypełnionych po brzegi salach zyskuje możliwość rozwijania swoich zdolności oratorskich, jak i sprawdzenia tego, jaka dydaktyka najlepiej przemawia do amerykańskich studentów. Ciekawą próbką tych doświadczeń jest list, w którym Miłosz opisuje swoistą dla Amerykanów niechęć „do jakiejkolwiek normatywności”, przestrzegając Błońskiego: „pozwól sobie na chwilę wolności i powiedz im, że jest różnica miedzy złem i dobrem, brzydotą i pięknem, prawdą i kłamstwem, to na obrzydliwego kaznodzieję wyjdziesz”. Krytyk – dla porównania – sprawom tym poświęca mniej miejsca; obraz uniwersytetu (ale też Paryża i Francji) jest w jego listach bardziej okrojony. Tym razem to Miłosz zdaje się kierować konwersacją, prowokując uczonego choćby do przemyśleń na temat eksportowania polskiej kultury za granicę. Wiele z obserwacji i recept wówczas przedstawionych można brać za probierz. Omawiane fragmenty „okołouniwersyteckie” nie będą oczywiście szczególnie odkrywcze dla kogoś, kto ma w pamięci slawistyczne wspomnienia Stanisława Barańczaka, jednak świadczy to tylko o trafności ujawnionych tu sądów.

Spróbujmy wyciągnąć kilka innych wątków z korespondencji, a okaże się, jak wiele z nich dotyczy problematyki komunizmu w Polsce. Przemyślenia Błońskiego i Miłosza na temat bieżącej polityki w ojczyźnie – w tym polityki kulturalnej, gospodarczej, historycznej czy ekonomicznej – choć trafnie ujęte, mniej dziś ciekawią; powojenne dzienniki Marii Dąbrowskiej, Stefana Kisielewskiego czy Leopolda Tyrmanda niemal zupełnie zapełniły otwierający się tu obszar przemyśleń. Na tym tle bardziej zastanawiająco brzmią wnioski na temat wpływu komunizmu na świadomość zbiorową Polaków – na przykład w okresie małej stabilizacji, podczas której, jak zauważa Błoński:

[…] wszyscy są chorzy na uraz mniejszej wartości. Jeden wobec drugiego, nie tylko w stosunkach Wschód‒Zachód. Pod tym względem Gombrowicz był genialnie prekursorskim diagnostą. Ponieważ nie istnieją żadne hierarchie i korektorka w gazecie uważa, że powinna jeździć cadillakiem i być szanowaną, docenioną etc. jak profesor uniwersytetu, każdy uważa się jednocześnie za skrzywdzonego i za „lepszego”. Karykaturuję to trochę, ale tak jest, a zresztą przykład z korektorką autentyczny. Nie muszę Ci mówić, że z ortografią u niej nie najlepiej.


Czytając ten fragment, aż trudno oprzeć się nawracającemu wrażeniu déjà vu – głoszona bowiem teza kropla w kroplę przypomina diagnozę, jaką Tyrmand stawia w Życiu towarzyskim i uczuciowym. Błoński – w duchu prozy autora Złego – rozpoznaje w małości postaw ludzkich, a przede wszystkim w egoizmie, skutki zmian społecznych po wojnie, a przede wszystkim zaniku warstwy inteligenckiej. Dorobek tejże warstwy – jak czytamy w jednym z listów krytyka – nie przepadł jednak, lecz rozpuścił się i osiadł w warstwach niższych społeczeństwa. Przedwojenna inteligencja „nie całkiem [więc] przegrała”, ale „faktycznie zanikła w swej dawnej postaci”. Skutkiem jej zniknięcia zdaje się być dojmujące poczucie obcości we własnym kraju, o którym wspomina nieraz Błoński.

Losy ojczyzny w listach prawie zawsze wywołują, niemal jak magdalenka Prousta, newralgiczne problemy życia duchowego korespondentów. Listy 1958–1997 czytane od tej strony, okazują się czymś jeszcze innym – świadectwem nie tyle odrębności duchowej piszących, ile wspólnie odczuwanego wyobcowania w powojennym świecie, które prowadzona korespondencja zdaje się dopiero pomniejszać i uśmierzać dzięki osobie rozumiejącego powiernika.

Czesław Miłosz, Jan Błoński: Listy 1958–1997.
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria,
Gdańsk 2019, s. 352.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.