01/2020

Jakub Szlapański

Rzeczpospolita Pławowicka

Zjazd Poetów, który odbył się w majątku Ludwika Hieronima Morstina w Pławowicach pod Krakowem w dniach 8–10 czerwca 1928 roku był na gruncie polskim wydarzeniem wyjątkowym. Był tak jaskrawie różny od atmosfery Dwudziestolecia, że już Tadeusz Januszewski, publikując w 1978 roku „Kulturze” wybór listów dotyczących tego spotkania, wyraził przypuszczenie, że ten weekend na wsi miał daleko idące konsekwencje, bo „zawarte tu przyjaźnie przetrwały lata i miały swe poważne, wielorakie następstwa”1.

Druga połowa lat dwudziestych XX wieku to czas podziałów i ostracyzmów wśród ludzi pióra. Ówczesna krytyka literacka, często wymierzona była nie w dzieła literackie, ale w pisarzy. Gospodarz zjazdu w jednym z artykułów napisze: „Zdumienie ogarnia człowieka, który przez czas dłuższy nie brał udziału w życiu literackim Polski, […] ile wysiłku zużywają dziś twórcy na pisanie listów otwartych i polemik, na obronę i ataki, rozdzieranie szat nad upadkiem smaku, sponiewieraniem świętości narodowych. Ma się ochotę powiedzieć: panowie, nie oglądajcie się na to, gdzie o was piszą i co o was myślą, tylko twórzcie rzeczy nieprzemijające i wieczne, całym wysiłkiem woli i pracy dźwigajcie literaturę z niemocy powojennej”2.

Owa „powojenna niemoc” stoi w kontraście z energią, jaką buzowało społeczeństwo. Jak pisze Zofia Starowieyska-Morstinowa, „niełatwo zrozumieć psychologię pokolenia, które przeżyło rzecz tak rzadką w ludzkim życiu: spełnienie marzeń. Jest to na pewno dla człowieka rzeczą nader szczęśliwą, ale zarazem łatwo go wytrąca z równowagi i paczy proporcje wszelkich spraw tego świata. Toteż nie należy się zbytnio dziwić, że społeczeństwo, które nagle miało ową wolność, ową niepodległość, o jakiej śnili poeci, jaką zapowiadali profeci, o którą walczyli powstańcy, było zdezorientowane. Także nie należy zbytnio potępiać nadmiernej jego skłonności do upajania się słowem «mocarstwowość»”3. Ogólnie panujący entuzjazm mógł mieć różnorakie skutki. Wolność słowa była więc ograniczana zarówno przez cenzurę państwową, jak i „wszechobecność rozmaitych tabu i nacisk społeczny kształtujący mechanizmy autorskiej samokontroli”4.

Tymczasem w Europie podejmowano działania mające na celu zbliżenie artystów i intelektualistów europejskich po rozbiciu, jakie spowodowała I wojna światowa. Jedną z takich inicjatyw była Unia Intelektualna, którą założył i której przewodniczył książę austriacki Karl-Anton de Rohan. Polska przystąpiła do niej w 1926 roku. Wówczas nawet przedsięwzięcia na tak dużą skalę były organizowane naprędce, bez dopełnienia formalności. Jednak szeroki odzew, jaki miał Kulturbund, wskazuje na to, że humaniści nie tylko z Polski, ale z całej Europy, szukali płaszczyzny porozumienia. Morstin przytacza słowa przemówienia inauguracyjnego: „Święte imperium, w którym narody znajdują swoją duchową ojczyznę, jakże od dawna ta idea błąka się w głowach poetów i marzycieli. W płomiennych listach Dantego,[…] przebija już ta myśl, że narody musi połączyć jedna wielka idea, by żyły w zgodzie ze sobą i by współpracowały dla rozwoju kulturalnego i szczęścia całej ludzkości”5.

Gdy kilka lat później Morstin będzie organizował zjazd, problemy te będą nadal aktualne. Niespełna trzydziestoletni Stanisław Baliński, mocno związany z grupą „Skamandra”, tak odpowie na zaproszenie: „Projekt Pana, Szanownego i drogiego Kolegi, bez względu na to, jakie może wydać rezultaty i wyniki, jest piękny i szlachetny. Jest również śmiały przez kontrast z życiem współczesnym – nas poetów, szczególniej poetów młodych”6. Świetnie potwierdza to również list Stanisława Miłaszewskiego:

Szanowny i Drogi Panie!
Proszę o przebaczenie, iż nie odpisywałem tak długo, ale list Pański, przyznaję, zaskoczył mię nieco. Śmiała i szlachetna myśl zbliżenia do siebie ludzi, rozdzielonych teorią i praktyką życia oraz sztuki, jest u nas czymś zgoła niezwykłym. Życzę z serca powodzenia temu Pana zamiarowi, czy jednak sam z łaskawego zaproszenia będę mógł skorzystać – nie wiem jeszcze. Po pierwsze jestem niezdrów, od kilku tygodni dolega mi prozaiczne cierpienie jelit, wymagające uwagi i spokoju, po wtóre nie jestem pewny siebie… Czyli obawiam się, że w rozmowach z niektórymi Gośćmi Pańskimi mógłbym dać się ponieść zdenerwowaniu, zamiast upragnionego spokoju, pogody, harmonii, zaostrzyłoby się jeszcze, obawiam się, stare zwady. Proszę mi wierzyć, że jeśli będę w „pełnej formie” w końcu maja, niewątpliwie na Pański apel pośpieszę; jeśli nie – uczestniczyć będę w zjeździe dobrą myślą i duchem tylko. Raz jeszcze dzięki serdecznie powtarzając, życzę Panu i Jego zamiarowi pomyślności wszelkiej. Racz Pan przyjąć najserdeczniejsze pozdrowienia i wyrazy głębokiego poważania. Serdecznie dłoń ściskam,

Stanisław Miłaszewski7


Pomysł zjazdu nie wszystkim przypadł do gustu. Karol Hubert Roztworowski, z którym gospodarz pozostawał w przyjaźni, odpowiedział tak:

Daleki jestem od rzucania kamieniem na różne artystyczne kierunki. Przeciwnie. W każdym, najbardziej mi obcym (nawet wrogim) widzę – o ile jest wybuchem talentu, więc i twórczej szczerości – bogactwo rodzajów sztuki: rodzaj miasta, w którym jest wszystko od katedry do rynsztoków. Ponieważ jednak miasto twórczości składa się nie tylko z żyznych ludzi, ale (co w tym wypadku konieczne) z ludzi ślepo wierzących w doskonałość swojego rodzaju i swojej celowości (bo inaczej nie byliby twórcami), uważam, że o ile zwiedzanie tego miasta jest i użyteczne i konieczne, o tyle może być nawet szkodliwym bratanie się, w celu współpracy, karpia z królikiem lub wilka z owcą. Nie wyniknie z tego nic oprócz tym większego kłamstwa, im doskonalsi przedstawiciele wykluczających się nawzajem gatunków staną we wspólnym szeregu.

Zjazd twórców z różnych beczek może się udać jedynie pod tym warunkiem, że wszyscy swoją twórczość pozostawią w domu. W przeciwnym razie brak… awantury musi być dowodem albo jednej beczki, albo zbiorowej hipokryzji, która w stosunku do sztuki nie jest postawą dobrego, lecz jak najgorszego wychowania.

Ponieważ zaś celem zjazdu w Pławowicach jest właśnie dążenie do twórczej wypadkowej, względnie do twórczego eklektyzmu (który bez uczuciowego indyferentyzmu jest nie do pomyślenia), ponieważ znając siebie wiem, że się do tego rodzaju imprez najzupełniej nie nadaję, gdyż albo przestałbym być sobą, albo mógłbym wywołać niepożądane zamącenie ogólnej harmonii, przeto nie mogąc skorzystać z Twojej gościnności ściskam Twoją dłoń i dziękuję za łaskawe zaproszenie8.


Jednak głos Roztworowskiego jest raczej odosobniony. Jak pisze Lechoń w liście do organizatora:


Z tego, co wiem o przyjęciu Twego zaproszenia, pierwszy odruch zdziwienia i niezrozumienia u tych, którzy byli nim zaskoczeni, ustąpił po namyśle, głębszym wniknięciu odwadze, aby takie spotkanie zaryzykować. Tuwim np. ma największe powody, aby nie życzyć sobie spotkania z Karolem Rostworowskim, a mimo to, jak wiem, wzięła w nim górę chęć poświęcenia tej słusznej i szlachetnej urazy dla manifestacji rzeczy głębokich.


Dalej w tymże liście poeta wysnuwa ciekawą tezę:


Mam przekonanie, że na zjeździe pławowickim zrobi się mały rachunek sumienia głupich politycznych zacietrzewień i że pomyślimy o czystości, z jaką patrzył na świat i ludzi Kochanowski, o wzniosłym oderwaniu się od świata Słowackiego, o szczytnych namiętnościach Mickiewicza. Wiem, że muszą i powinny być różnice między pisarzami, ale takie, jakie dzielą Shawa i Wellsa – i każdy, kto będzie w Pławowicach, powinien uderzyć się w piersi i zapytać się, czy nie krzywdził swoich wrogów i czy zasłużył na ich szacunek. Wyobrażam sobie, że jeśli to zebranie nie ma być fałszem – nie powinno zatonąć w fałszywej ckliwości, ale powinno być komunią z duchami wielkich poetów, która sprowadzi do serc to oczyszczenie, o jakim mówię9.


Morstin, nie zważając na środowisko, chciał zaprosić na Zjazd wszystkich, według niego najlepszych pisarzy10. Lista była więc imponująca: Tadeusz Breza, Zdzisław Dębicki, Artur Górski, Kazimiera Iłłakowiczówna, Jarosław Iwaszkiewicz, Władysław Kościelski, Jan Lechoń, Jan Lemański, Antoni Lange, Kornel Makuszyński, Artur Oppman, Maria Pawlikowska, Zenon Przesmycki, Antoni Słonimski, Leopold Staff, Maciej Szukiewicz, Julian Tuwim, Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin, Emil Zegadłowicz, Tadeusz Boy-Żeleński. Jak pisze Tuwim w liście pisanym w czasie Zjazdu: „Poetów przybyło wprawdzie tylko 8 (Lechoń, Staff, Słonimski, Wittlin, Zegadłowicz, Iwaszkiewicz, Pawlikowska i ja), reszta nie mogła się na tę wycieczkę zdecydować, ale mimo to – a może właśnie dlatego – jest bardzo przyjemnie i wesoło”11. Potwierdzają to także słowa Iwaszkiewicza: „[W pławowickim parku] doszły nas głosy nieobecnych: Boya, Kościelskiego, Lemańskiego, Makuszyńskiego, Miriama, Szukiewicza. Tam wspominaliśmy Leśmiana i Or-Ota. Wszyscy oni nie mogli przybyć, choć zjazd poetycki witali serdecznie, każdy na swój charakterystyczny sposób; każdy swoim poetyckim głosem, wymową swoistych obrazów, porównań, przenośni; każdy własnym językiem”12.


[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

Dziękuję profesor Marii Prussak, bez pomocy której moja praca o pierwszym zjeździe poetów w Pławowicach byłaby uboższa.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.