12/2019

Miłosz Waligórski

Serbia

Czuję się jak ktoś, kto stracił…
Literatura często podejmuje ten temat. Wymienię cztery tytuły z ostatnich lat. Sedem dní do pohrebu (2009) Jána Roznera, Rzeczy, których nie wyrzuciłem (2017) Marcina Wichy, Umarł mi: notatnik żałoby Ingi Iwasiów (2013), Bez dziadka (2018) Jolanty Jonaszko. Żona, matka, ojciec, dziadek. O dzieciach nie wspomnę. Poezja żałobna, proza funeralna. Gatunek datuje się od początku świata, chociaż w obliczu tragedii nie myślimy przecież o procesie literackim. Ważna jest synchronia życia i śmierci. Ich współobecność. I stopniowe meblowanie leja po wybuchu, przechodzenie od „cierpię” do „trzeba żyć”. Opisać je trudno, ponieważ, jak zawsze w takich sytuacjach, „to, co indywidualne, staje się odmianą ogólnego wzoru”, ale trzeba dokładać starań, w dłoni mieć pożyczony szablon, a w piersiach swoje serce.


On i A.
Sabo je stao (2014, Sabo się zatrzymał) Oto Hor­vata (rocznik 1967) to najbardziej osobista książka w dorobku tworzącego w języku serbskim Węgra z Wojwodiny, która spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem krytyki – znalazła się w ścisłym finale prestiżowej nagrody czasopisma „NIN” i przyniosła autorowi nagrody Biljana Jovanović i Mirko Kovač – doczekała się trzech wydań w Serbii i została przełożona na niemiecki, słoweński, macedoński i węgierski. Opowiada o chorobie, powolnym umieraniu i śmierci Aleksandry Đajić-Horvat (1966–2011), żony pisarza, a także – może przede wszystkim – o tym, jak jej mąż, rekapitulując swoje i ich wspólne losy, porządkuje przeszłość w nadziei, że w ten sposób utoruje sobie drogę ewakuacji z żałoby, z „tej pustyni, która skrusza umysł i wysusza myśli”. Wspomnienia jednak nie są mu uległe, odkładają się w jego głowie jak „odmiecione na pobocze drogi odpadki”, „wyplute przez morze szkiełka” czy „rozsypane po szopie drewno na opał” – słowem, nijak nie dają się uformować w spójną, linearną opowieść.


Zawsze fragment
Narrator sięga więc po strzępy. Poszarpana jest zarówno struktura jego pamięci, jak i kompozycja całej powieści. Przypomina ona porozrzucane wokół bohatera zdjęcia z albumu rodzinnego. Każde z nich podpisane jest innym pytaniem: „Czy Miłość niebiańska i miłość ziemska Tycjana niepokoi pana od dziecka?”, „Czy ekfraza utrzymuje pana w stanie pobudzenia?”, „Na jakim motywie literackim opiera się pańskie życie?” itd. Kilkadziesiąt pytań, należących raczej do porządku poezji niż porządku prozy realistycznej, to jednocześnie tytuły poszczególnych rozdziałów. Próżno jednak szukać w tekście odpowiedzi na nie. Bo Horvat, mimo że nie zna Leśmiana, zna go bardzo dobrze i wie, że w kontekście śmierci, tak samo jak w kontekście miłości, „wszelkie pytanie / jest wrogiem mimowolnym własnej odpowiedzi!…”. Dlatego narrację konstruuje inaczej.


Misja trans
Aranżuje spowiedź. Ale spowiednika albo nie słychać – jak w Traktacie o łuskaniu fasoli Myśliwskiego czy Upadku Camusa – albo penitent rozmawia sam ze sobą. W różnych wariantach. Z kilku perspektyw. W pierwszej, drugiej i trzeciej osobie obu liczb. W mowie niezależnej, zależnej i pozornie zależnej, a nawet pozornie niezależnej, bo dialogi są tu pretekstowe, często sporządzane po to, by złamać monotonny szum strumyka świadomości i nadać narracji pozór polifonii. Właśnie tak, z wielu kamer i zakłócając chronologię, Horvat (Sabo) transmituje swoją historię, tę zewnętrzną – zmiany miejsca zamieszkania, przeprowadzki z Nowego Sadu do Berlina, z Berlina do Budapesztu, z Budapesztu do Florencji itd. – lecz także tę introspektywną. W książce pojawia się opis jego kumpli z czasów, kiedy Sabo pracował w księgarence na dworcu w Erlangen: „Są tuż obok, ale on ogląda ich na ekranie zawieszonym pod sufitem. Co pół minuty inne ujęcie. Opustoszała księgarnia i oni dwaj widziani w różnych kadrach. Takie częste zmiany perspektywy bardzo mu się podobają”.


Ciosanie kołków na własnej głowie
Konsekwencją takiej optyki jest zamknięcie się na eschatologię. Horvat (Szabo) nie pozostawia złudzeń. Nie ma u niego transcendentalnych gadek przez Styks. Jest szczerość biologii. Kiedy umiera mu ojciec, Sabo kocha się w zbożu z koleżanką. Kiedy jednak później uświadamia sobie zbieżność wydarzeń, nie czuje nic, może tylko „trochę mu głupio”. W lusterku tej prozy nie odbijają się więc para, dym i mgła, a fizyka ciał stałych, to, co ludzie zostawiają po sobie. Przedmioty. Są tu katalog książek z biblioteki zmarłej, kalendarium faktów z życia jej rodziny i inne enumeracje. Dzięki tym zabiegom A. nie odchodzi absolutnie, tylko istnieje efemerycznie w strefie cienia swoich rzeczy. Oczywiście Sabo wyrzuca sobie, że to za mało. Co rusz powtarza tę samą frazę, minorowy refren: „ty, zdrajco!”. Obarcza się winą za śmierć żony po pierwsze dlatego, że – jak mniema – mógł ją uratować, a po drugie dlatego, że chciałby mówić wyłącznie o niej, a nie o każdym, kto umiera. Jego tragedia polega na tym, że pamięta głos A., słyszy go w głowie, lecz nie potrafi go wysłowić. Jeśli próbuje, słyszy jedynie siebie. To ze­sta­wie­nie bliskości i oddalenia dobrze oddaje wewnętrzne rozdarcie żałobnika.


Współpasażerowie
Ale przecież, mimo wstępnej prowokacji, śmierć to nie temat. Nie pisze się z niej rozprawek. Wypowiadając ją, nie trzeba sadzić się na oryginalność. Gra toczy się o dużo większą stawkę. O nas, którzy chodzimy omackiem po przedpokoju czarnego domu. Jeżeli w tym błądzeniu, w tej wędrówce na oślep możemy złapać za rękę kogoś, kto ma podobne doświadczenia co my, to już dużo, bardzo dużo. Bo razem raźniej. Lektura książek o umieraniu – a są ich całe stosy – właśnie dzięki ich schematyzmowi, a nie dzięki zdolności do ekspresji jednostkowych doznań, władna jest wywieść nas z egipskiej samotni.


Mur ze sów
Ktoś, kto nie chce poprzestać na pięknym, lecz plączącym ręce i aorty chiazmie Czechowicza („pytania odpowiedzi brzmią jak odpowiedzi pytań”), będzie mimo wszystko dociekać, dlaczego Sabo się zatrzymał. Spieszę z pomocą. Otóż uzmysłowił on sobie prostą prawdę, że im bardziej chce się uchwycić piasek, tym więcej umyka go między palcami. Dlatego sam sobie przerwał w połowie zdania i zamilkł. W zagadywaniu czy raczej przegadywaniu, „przepracowywaniu” śmierci (jak nad kozetką nazwałby to psycholog) prędzej czy później dochodzi się do ściany, której nie da się pokonać, nie słowami. Wobec niej należy milczeć, długo i uparcie. Tak też kończy się ta książka, zagabnięciem, na które odpowiedzią jest cisza. Zabójcze trwanie, trwanie bez pamięci. Odtąd człowiek świadczy o sobie tylko tym, że jest.


17 września 2019, Horný Smokovec
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.