06/2018

Miłosz Waligórski

Słowacja / Serbia

Dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu, 4 maja 1919 roku, w Ivánce pod Bratysławą rozbił się trójsilnikowy dwupłat Caproni 450 z generałem Mi­la­nem Ras­ti­sla­vem Šte­fá­ni­kiem na pokładzie. Nikt nie przeżył. Z czasem katastrofa obrosła w teorie spiskowe, podobne do tych, które znamy z własnego podwórka, choćby z historii generała Sikorskiego. Jakkolwiek było, bez jubileuszowej przesady (wszakże stulecie dopiero za rok) można powiedzieć, że tego dnia Słowacja straciła najbardziej twórczego męża stanu. O inwencji Šte­fá­ni­ka – astronoma, obieżyświata, pilota i namiętnego kochanka w jednej osobie – świadczy chociażby dokonany przez niego zakup wyspy koralowej Tupai na Oceanie Spokojnym, która miała zostać zasiedlona Słowakami. Generał zamierzał sprowadzić tam mieszkańców rodzinnej wsi Ko­ša­ris­ká, spełniając w ten sposób ogólnonarodowe marzenie o zamorskiej kolonii, ale i polityczny postulat wyzwolenia swoich ziomków spod władzy wąsatych Węgrów. (Sam wąsów nigdy nie nosił. Golił się na wysoki połysk).

Za Štefánikiem – nomen omen ojcem narodu czechosłowackiego – ciągnął się sznur kochanek i nieślubnych dzieci, atoli, Bogiem a prawdą, był on raczej brzydkim, a już na pewno niskim mężczyzną o dziobatej twarzy i odstających uszach. Do zdjęć i do pomników pozował zawsze we francuskim kepi, które dodawało mu wzrostu i powagi, a przy okazji zasłaniało iście schopenhauerowski „przedziałek”, obejmujący czoło i ciemię aż po czubek głowy. Mimo usilnych starań nie udało mu się ukryć tej kompromitującej łysiny. Zdemaskował go rzeźbiarz La­di­slav Ma­jer­ský. To za jego sprawą pod dzwonnicą w Starej Sásovej (dzielnica Bańskiej Bystrzycy) postawiono rzekomo jedyne w świecie popiersie naszego „Polinezyjczyka” bez czapki. Nad rzeźbą i nad całym miastem króluje zaś Pan­ský diel, góra, która z wygolonym pasmem łąki na szczycie dzień w dzień chyli przed Šte­fá­ni­kiem czoła.

Tę górę widzę ze swojego okna. Jest daleko, ale dzięki znacznemu wypiętrzeniu i południowej ekspozycji w jasne dni świeci tak trawiastozielono, że można liczyć źdźbła. Mam ją na wyciągnięcie ręki, w linii prostej („na wizirlinii”, rzekłby kto z c.k. armii). Daje mi się głaskać jak Ural Mi­lo­šo­wi Crnjan­skie­mu, odległy, a jednak, dzięki ekstatycznym porywom wyobraźni, bliski.

Probudimo se noću

i smešimo, drago,

na Mesec sa zapetim lukom.

I milujemo daleka brda

i ledene gore, blago, rukom

Budzimy się w nocy, uśmiechamy miło

do księżyca z napiętą cięciwą,

pieścimy szczyty dalekich masywów

i góry lodowe ręką miłościwą

(przełożył Grzegorz Łatuszyński)


– pisał poeta w słynnej Sumatrze (1920), kładąc podwaliny pod wizję świata zwaną właśnie sumatraizmem, w której wszystko, co dzieje się w kosmosie i jego okolicach, splata się ze sobą tajemnymi nićmi. Każdy drobiazg ma wpływ, nawet suche ziarnko.

Obserwując na Tahiti kometę Halleya, Šte­fá­nik z troską myślał o rodzinnych stronach. Trzepot skrzydeł motyla na Bora-Bora z pewnością nieraz wywoływał burzę nad Rzymem, Ti­mi­șo­arą, Korfu, Lizboną czy wyspą Krk. Upadek trójmotorowca wszczął niejeden lament nad Belgradem. W maju 1919 roku Crnjan­ski – żołnierz, obieżyświat i dyplomata – w listach do An­dri­cia i Be­ne­ši­cia dawał wyraz swojemu nabożeństwu do kobiet, któremu ani chybi przyklasnąłby Štefánik, gdyby żył. Dlatego błyszcząca glaca góry i lśniąca głowa pod dzwonnicą to jedno, a Sumatra znajduje się rzut kepi od atolu Tupai. Co z tego, że na mapie dzieli je dwanaście tysięcy kilometrów? Jeśli chcemy (albo jeśli nie znamy geografii), obie wyspy umieścimy na linii zmiany daty. Odrzutowa moc skojarzeń pokonuje bowiem wszelkie bariery: dźwięku, koloru, dotyku i dobrego smaku. Cherlawy Šte­fá­nik (1880–1919) włazi na Crnjanskiego (1893–1977). Zeus porywa Europę. Serbia leży na Słowacji.

Sásová, 22 kwietnia 2018 roku

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.