05/2020

Sławomir Jankowski

Spisz

Spisz, widziany z Góry Mariańskiej (z widokiem na Lewoczę) albo z murów Spiskiego Hradu, w majaczącym świetle skwarnej lipcowej niedzieli, kiedy pejzaż wycisza się w bezczynności świątecznego dnia, jest plastyczny jak pastele przedszkolaków, na które przy odrobinie szczęścia natrafisz w poczekalni prawie każdej przychodni dziecięcej. Lepiej oczywiście, by była to przychodnia dzieci zdrowych. W matowym od upału letnim powietrzu krajobrazy Spiszu przypominają „kratkowane lasy” i (przede wszystkim) rozsłonecznione „pola szachownicowe” doliny Popradu, narysowane szkolnymi akwarelami i kredkami przez skromnego łemkowskiego geniusza, Nikifora. Niki‑for od Niko Pirosmanaszwili?

Wspominam Słowację 2008 roku, wracam pamięcią do sielskich dioram, porozwieszanych na błękitnym firmamencie nieba nad Lewoczą, nad Spiskim Hradem, nad Starą Lubowlą, kiedy bardziej poddawałem się zmysłom niż myślom, kiedy raczej odmalowywałem, niż analizowałem. Spojrzeń na zielone słowackie lato nie zaprzęgałem w kierat refleksji. Nie miałem zresztą ku temu narzędzi. Nie miałem wyobraźni. Nie umiałem rysować wymyślnych myślowych figur. Do tej pory przychodzi mi to z trudem. Ale czasami przychodzi, jak dzisiejszy kwietniowy zimny deszcz, który powolnie, kropla po kropli, spływa po zaparowanych szybach, zamazując widok na nowy cmentarz na wzgórzu. Kropla po kropli spływa z deszczem życie, ocieka melancholia, a ten cmentarz po drugiej stronie dobrzyńskiej doliny, który majaczy za zasłoną z sinej szopenowskiej mgły, odgrywa rolę mementa, wpędza w ślepy labirynt tęsknotę za niepowracalną młodością, którą zostawiłem w rozsłonecznionych panoramach Spiszu, gdzie obserwacje unosiły się wraz ze słodkawym zapachem lipy i białymi motylami, niesione lipcowymi zefirkami. Ostatnie lato młodości przeminęło wolne od firanek dżdżu Ádáma Bodora.

Niby wiedziałem, że tamta, pierwsza podróż na Słowację była przemijaniem, odchodzeniem, ale za nic nie potrafiłem wyobrazić sobie bezpowrotności. Liczyłem, że pożegnalne lato młodości nadejdzie jednak choćby o rok później i wszystkim się zachwycałem, naiwny nuworysz. Chyba nawet zdawałem sobie sprawę, że licząc na otwarte ramiona wybranych literatury, co najmniej odrobinę przesadzałem. A jednak czerpałem szczęście z prostodusznego spojrzenia na zastaną nową rzeczywistość jak w dzieciństwie ożywczą wodę z cembrowanej studni u sąsiadów na wsi. Słowacja emanowała świeżością jak nowalijki na wiosnę albo papierówki u progu wakacji. Przyciągała powabem podlotka.

Upajałem się życiem na trawertynowym wzgórzu, spacerując po murach obronnych Spiskiego Hradu. Wiejskie pejzaże Spiszu działały na mnie kojąco jak na Herlinga umbryjskie mgiełki, gdy tymczasem młodzieniaszek citroen wygrzewał swój błyszczący tors koloru piasku pustyni w międzynarodowym towarzystwie innych aut u stóp monumentalnego wzniesienia. Niby miałem świadomość znajdowania się na zakręcie przed ostatnią prostą do granicy czterdziestego roku życia, ale w otwartym słońcu lipca więcej płynęło z niej bufonady, efekciarstwa niż rzeczywistych lęków egzystencjalnych. Liczyłem, że docieranie do owej granicy człowieczego istnienia, jak auto zjeżdżające górską serpentyną ku przejściu granicznemu, wykreśli głębię przemyśleń nęcącą i atrakcyjną jak krwistowiśniowe zachodzące słońce nad Karlskroną, kiedy stojąc na górnym pokładzie promu, odpływasz w gąszczu malowniczych wysepek w drogę powrotną na południe. Liczyłem, że głębia egzystencjalna przekraczania granicy nieco dłużej wypełni tło moich przemyśleń. Czterdziesty rok życia nie mógł wprawdzie jak horyzont oddalać się przede mną w nieskończoność, a jednak gdyby tak zbliżanie się do niego zechciało zwolnić do prędkości owego potężnego szwedzkiego promu, wypływającego wytyczonym korytarzem na otwarte morze z Karlskrony do Gdyni, identycznej z powolnością zanurzania się w Bałtyku północnego zachodu słońca. Ale przecież na mój powrót ze Spiszu nie czekała już babcia. Unosiła się po drugiej stronie istnienia od pół roku. Na Słowację moja młodość dotarła siłą rozpędu.

Zanim kilka lat później popłynąłem do Szwecji dla oswojenia melancholii drogi powrotnej w nicość, jeśli ktoś nie dowierza, miejsce poezji musiały zająć lęki. Tak, to śmierć najbliższych najbardziej nas postarza. To są owe momenty zwrotne. Po zejściu swoich mężczyzn stare kobiety jeszcze mocniej kurczą się w sobie. Zgon babci stanowił cezurę beztroskiej młodości wnuka. Odtąd zaczęło się staczanie w dół. W dół… Erozja życia, łuszczenie się i odpadanie fasady codzienności. To śmierć najbliższych uderza w nas najdotkliwiej. Stacza nas we własny niebyt. Godzina zejścia każdego bliskiego istnienia otwiera nową epokę w życiu pozostałych przy życiu, jednocześnie czyniąc to, co minione, zamkniętym i starym. I tylko Lewocza w wakacyjnym niedzielnym słońcu, widziana z Góry Mariańskiej, na której 3 lipca 1995 roku modlił się pielgrzym Jan Paweł II, wydaje się wciąż arkadyjska i pastelowa, a zachodzące słońce nad Karlskroną zanurza się w krwistowiśniowym Bałtyku z powolnością odpływającego promu.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.