01/2020

Agnieszka Kumor

Sprawa Sigrid
(fragment powieści)

6

Kopenhaga, połowa grudnia 1864

Laura Paczulska siedziała w zimnym jak szpital i równie aseptycznym holu i zaczynała powoli żałować, że nie wynajęła pokoju na mieście. Marzyła jej się teraz jakaś przyjemna stancja z widokiem na port, miska z gorącą wodą, czuła już niemal szorstki dotyk płóciennego ręcznika na gołej skórze, wyobraziła sobie, jak po trzydniowej podróży zanurza się w czystej pościeli, a po godzinie, dwóch budzi się, pochłania śniadanie, po czym zjawia się, pachnąca, wypoczęta i rześka, na umówione spotkanie zamiast tkwić tu jak kołek w płocie, od pół godziny wyczekując hipotetycznego chlebodawcy! Niestety, nie zdążyła podjąć odpowiednich kroków przed wyjazdem. Przyjechała prosto z Kvæsthusbroen, potężnego mola w centrum Kopenhagi przeznaczonego dla statków podróżnych przypływających z Europy. To tam rano przycumował jej parowiec przybyły wprost ze Szczecina.

Dorożkę znalazła bez trudu, właściwie posłała po nią bagażowego, pokazując mu na migi, czego potrzebuje. Blondyn z początkiem zarostu na chłopięcej twarzy nieco zdziwiony, uśmiechnął się głupkowato, ale polecił jej iść za sobą. Trzy minuty później siedziała przykryta grubym kocem w dorożce. Młody człowiek pomógł fiakrowi załadować z tyłu pojazdu ciężki kufer, puścił do niej oko i nie czekając na napiwek, zniknął. Zupełnie zbita z tropu (skąd, u licha, ma wiedzieć jak wygląda w Danii bagażowy?!), nie zdążyła jeszcze ochłonąć, kiedy dorożkarz już ją o coś nagabywał w tym swoim dziwnym, przypominającym gulgotanie indora języku. Domyśliła się w końcu, że chce wiedzieć, gdzie ma ją zawieźć. Zawahała się, ale nie znajdując żadnego logicznego powodu, dla którego miałaby tracić dodatkowo czas, podała mu kartkę, na której widniał zapisany niecierpliwym charakterem pisma ciotki adres: Strandgade/Sankt Annæ Gade. Część pieniędzy Laura wymieniła przed wyjazdem (cały jej obecny majątek stanowiło te trzysta rubli zabranych jeszcze z domu, bo ciotka, zgodnie z zapowiedzią, nie dała nic), więc kiedy dojechali na miejsce, odliczyła sumę, którą fiakier nagryzmolił na odwrocie kartki, wyłuskała się z dorożki i zakołatała najpierw cicho, a potem może trochę zbyt natarczywie do drzwi budynku, który jej wskazano. Był to otynkowany na biało, dwupiętrowy dom kupiecki z poddaszem. Jego prostej, klasycznej formy nie zakłócał żaden zbędny szczegół, o statusie majątkowym właściciela świadczyły jedynie dwa splecione ze sobą rogi obfitości wykute w metalu. Wisiały nad wejściem niczym dyskretna aluzja do wysokości płaconych przez niego podatków. Otworzyła jej służąca. Otaksowała Laurę z zawodową wprawą i nie patrząc jej w oczy, odsunęła się z drogi, przepuszczając tę dziwną, z obca ubraną osobę, a następnie człowieka z kufrem, którym zatarasował przejście, po czym wskazała bez słowa krzesło i znikła za nieokreślonego koloru drzwiami. Laura podejrzewała, że poszła się gdzieś ogrzać.

Na lśniącą, wywoskowaną już na Adwent podłogę wpłynął podłużny kontur okna. Kiedy ostatni raz tak ostro świeciło słońce? Był jeden taki moment, przypomniała sobie, na początku podróży, zaraz po wyjeździe z Warszawy, ale potem nic, tylko noc albo pochmurne jak noc stalowe niebo. A ten tutaj bladoniebieski kwadrat za oknem epatował nowością. Poczuła, że ów niezdrowy napęd, który pobudzał ją od rana (a właściwie to zaczął się wcześniej, dużo, dużo wcześniej), zwolnił, zachłysnął się, jak pożyczona niegdyś ojcu młockarnia, i stanął. Bezruch i cisza panujące w przedsionku, a podejrzewała, że i w całym domu, zaczęły udzielać się i jej. To jeszcze nie był spokój, którego od tak dawna pożądała, którego szukała, a który (wiedziała to dobrze) mogłaby odnaleźć dopiero wraz z nowym domem (albo co swoim domem mogłaby nazwać), ale był to bez wątpienia ważny etap na tej drodze przybliżający ją do celu. Poczuła się raźniej. Rozejrzała się po skąpo umeblowanym wnętrzu. To, co zrazu wzięła za brak koloru, było wszechobecną bielą. Stolik z zieloną emaliowaną paterą ustawiony na wprost wejścia, dwa tureckie pejzaże w pozłacanych ramach, spoglądające na siebie z przeciwległych ścian, i krzesło, na którym siedziała, odcinały się ciemnymi kształtami w białej pustce ścian jak luterańskie zasady życia wyznawane przez gospodarzy. W swej granatowej sukni podróżnej i płaszczu, którego wciąż nie zdjęła, Laura poczuła, że nie pasuje do tego otoczenia. Podniosła głowę, wstrzymała oddech, próbując uciszyć wzbierający trzepot myśli: jakim człowiekiem był Eduard Cornelius Jordt, właściciel firmy spedycyjnej, u którego miała pracować, czy podpiszą od razu kontrakt, czy też będzie musiała się zgodzić na okres próbny…?

W tym momencie otwarły się drzwi, ale inne niż poprzednio. Stała w nich znana już Laurze milcząca służąca. Miała na sobie szarą suknię, a na niej długi biały fartuch na szelkach, ciemne upięte z tyłu włosy podtrzymywała sztywna biała przepaska. Wyglądała, jakby ją całą ktoś z tym rynsztunkiem wykrochmalił. Nie mogąc zdecydować, czy Laura jest równego z nią, czy może jednak wyższego stanu, obdarzyła wreszcie nowo przybyłą nerwowym spojrzeniem, po czym spuściła wzrok i odwróciła się na pięcie, zostawiając drzwi otwarte. Po krótkim wahaniu (dziewczyna nie wyglądała na zziębniętą) Paczulska zostawiła płaszcz na krześle i ruszyła za nią.

Szły długim korytarzem z dwoma oknami i mnóstwem drzwi. Tu również wisiało kilka obrazów; Laura nie zdążyła im się przyjrzeć, gdyż służąca otworzyła kolejne drzwi, prowadzące do antyszambru czy też salonu, a potem znów kolejne, tym razem do jadalni. Ich pielgrzymka wydawała się nie mieć końca. Laura pomyślała, że ten dom stanowił idealną kryjówkę dla kogoś, kto nie chciał, aby jego tajemnice wydostały się na zewnątrz. Tymczasem pokojówka, świetnie widać zorientowana w tym labiryncie, zwolniła kroku, tak że Laura nieomal na nią wpadła, zapukała i, nie czekając na odpowiedź, wpuściła ją do środka, a następnie cicho zamknęła za nią drzwi.

– Entschuldigung… (Przepraszam) – siedzący za ogromnym biurkiem mężczyzna podniósł się i wyszedł jej naprzeciw.

Wbrew temu, co mówił, nie wydawał się w najmniejszym stopniu zażenowany półgodzinnym czekaniem, jakie jej zafundował. „Od razu po niemiecku”, pomyślała niezrażona. „To dobrze”. Na tym gruncie czuła się pewnie. Wyciągnęła do mężczyzny rękę, wypowiadając powoli i wyraźnie swoje imię i nazwisko.

– Świetnie zna pan niemiecki – stwierdziła trochę na wyrost i natychmiast pożałowała swoich słów. – Mój trochę kuleje – dorzuciła.

– Rodzinne tradycje – nie odwzajemnił się komplementem, zamiast tego wskazał jej krzesło.

Jego akcent był wyraźnie odmienny od pruskiej odmiany niemieckiego, do której przyzwyczaiły ją nauczycielki z siedleckiej pensji. Nie umiałaby określić, na czym polegała różnica, był po prostu inny, ale rozumiała go. Mężczyzna mówił powoli, jakby cedził słowa.

Laura zauważyła, że byli równego wzrostu. On też to zauważył. W ciemnym gabinecie, którego ściany kontrastowały z wcześniejszą bielą przedsionka, jego płaskie policzki wydawały się niemal pozbawione krwi. Do połowy łysa czaszka pokryta była z tyłu głowy wianuszkiem prostych ciemnych włosów. Gładko wygolona twarz w obramowaniu równo przystrzyżonej siwiejącej brody zaczynającej się na granicy z żuchwą skojarzyła jej się z pyszczkiem małpki. Przypominał zdziwioną małpkę. Przygryzła wargę, żeby się nie uśmiechnąć. Pokrzepiona niewybrednym skojarzeniem spojrzała wyczekująco na gospodarza.

Mężczyzna odwrócił się do okna, jakby tam szukał przyczyny dziwnego rozdrażnienia, jakie nawiedziło go tego ranka. „Kolejna nieprzespana noc!”, podsumował, patrząc na budzącą się do życia ulicę, wreszcie zapytał Laurę, jak minęła jej podróż. Odpowiedziała zgodnie z faktem, że była długa. Myślała, że na tej zdawkowej wymianie uprzejmości się skończy, ale ukłuła ją obojętność, jaką wyczuła w jego głosie (a może tylko ją sobie wyobraziła), wyższość, z jaką zwracał się do niej jak do cudzoziemki przybyłej z tej dzikszej części Europy. Pociąg z Mysłowic odchodził o wpół do dziesiątej rano, zaczęła, i wlókł się przez Gliwice, Opole, Brzeg aż do Wrocławia. Sądziła początkowo, że tam przenocuje, ale zmieniła zdanie i postanowiła jechać dalej. Wykupiła bilet przez Frankfurt do samego Berlina. To był błąd, dojechała półżywa. Noc za to spędziła w przytulnym hotelu przy Unter den Linden, iluminowanym z okazji nadchodzących świąt Narodzenia Pańskiego. Opuściwszy Berlin, już o wpół do trzeciej po południu była na dworcu w Szczecinie. Niestety jej parowiec odpływał dopiero następnego dnia. Kupiła w porcie bilet i, nie mając nic lepszego do roboty, wynajęła pokój w pierwszym lepszym hoteliku, ale okazał się kiepski, z dziwnie nieuprzejmą służbą. Potem dopiero musiała przyznać, że nie byli tacy źli, tylko dziewczynie nie zamykały się usta, stąd pewnie nieprzyjemne wrażenie, jakie zrobili na niej na wstępie. (Dlaczego podawała mu te drugorzędne szczegóły? Bała się, że potraktuje ją z góry? I dlatego chciała zaznaczyć, że pomimo dzielących ich różnic, są sobie w rzeczywistości równi?). Parowiec cumujący całą noc do nabrzeża u wylotu Junkerstrasse (skinął głową na znak, że zna to miejsce) wypłynął dopiero nazajutrz rano. Kolejny dzień i noc, spędzone tym razem na morzu, i tak oto stanęła w porcie w Kopenhadze.

– Rzeczywiście długa podróż… – westchnął Jordt. – Eeee, list profesorowej Folod… keficzowej polecający mi pani osobę dostałem ledwie wczoraj. Jeszcze nie zdążyłem się z nim zapoznać. Ale, skoro jest już pani przy głosie, to proszę mi coś więcej opowiedzieć.

– Więcej..? – zawahała się.

– No, znaczy się o sobie.

Jordt porzucił w końcu widok za oknem i patrzył teraz na Laurę spojrzeniem bez wyrazu w wodnistych oczach. Nie, mimo wszystko nie budził w niej żadnych silniejszych uczuć. Postanowiła, że zastanowi się nad tym wieczorem, kiedy już znajdzie się we własnym pokoju i łóżku, a tymczasem uznała, że wystarczy mu skrócona wersja jej życiorysu.

Kiedy skończyła, wyraz jego oczu pozostał bez zmian. Zdecydowanie nie należał do ekstrawertyków.

Rozmowa wyraźnie nie kleiła się. Należało za wszelką cenę pobudzić uwagę Jordta. Prawda była taka, że potrzebowała tej posady bardziej niż czegokolwiek innego. Pieniądze się kończyły, nie miała gdzie mieszkać. Zdecydowała, że lepiej na tym wyjdzie, jeśli pozwoli gospodarzowi mówić o sobie.

– Podobno przyjaźnił się pan z profesorem Wołodkiewiczem jeszcze w okresie studiów – powiedziała, zmieniając temat.

Oparła się wygodnie na krześle, założyła nogę na nogę.

– Znaliśmy się, to wszystko – mężczyzna wzruszył ramionami, ale jego źrenice zwęziły się nieznacznie. – Studiowali u nas na uniwersytecie młodzi ludzie z Galicji, bywali najczęściej semestr, dwa, potem wracali do siebie. Trudno mówić o zawieraniu trwałych znajomości.

– A pan? – spytała.

– Co ja? – Jordt spłoszył się nagle.

– Pańska firma świetnie prosperuje… – uśmiechnęła się, wykonując nieokreślony ruch ręką.

Zrozumiała, że zdolna jest posunąć się nawet do pochlebstw. Ale nie było odwrotu, musiała brnąć dalej.

– Zdziwi się pani, ale wcale nie wybrałem kupieckiej drogi – Jordt dał się wreszcie złapać na haczyk jej komplementów, bo nie zaprotestował, tylko poprawił się w krześle: – Urodziłem się we Flensburgu. To w księstwie Szlezwik. Może słyszała pani o niedawno zakończonej u nas wojnie z Prusakami i Austriakami. O Szlezwik i Holsztyn właśnie poszło.

Kiwnęła głową i przyjęła poważny wyraz twarzy należny polityce. Jordt parsknął z cicha:

– Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że lord Palmerston miał rację. Podobno tylko trzy osoby w Europie wiedziały, skąd się wzięła cała ta… awantura dynastyczna. Świętej pamięci książę Albert (no, ale on był Saksończykiem, to miał ułatwione), pewien profesor niemiecki, ten niestety zwariował (ciekawe dlaczego?) i sam Palmerston… ale zdążył zapomnieć. – W głosie mężczyzny pobrzmiewał sarkazm. – Hipokryci z tych Anglików, nie ruszyli palcem, żeby nam pomóc, jak zawsze skończyło się na pustych frazesach!

Już raz jej ktoś coś podobnego mówił, jakoby nic z tej wojny nie rozumiał. W przypływie wspomnień Laura ujrzała siebie w tamten mroźny wieczór na ławce na Plantach. Widziała parę uchodzącą z ust Lipińskiego, kiedy z ogniem w oczach malował jej przyszłość w nowym kraju. Wspomnienie odeszło równie nagle, jak się pojawiło.

Eduard Cornelius Jordt miał, jak słusznie podejrzewała Laura, niemieckie korzenie ze strony dziadka, kultywowane w rodzinie wraz ze znajomością języka. Co nie przeszkadzało, że uznawali się za lojalnych poddanych korony duńskiej. Syn drobnego kupca, Jordt przeprowadził się do Kopenhagi, chcąc studiować prawo. Zamierzał w przyszłości otworzyć własny gabinet adwokacki. Zmuszony jednak przerwać studia po nagłej śmierci ojca, przejął po nim interes. Ożenił się z kupiecką córką:

– Nie należy walczyć z przeznaczeniem, zwłaszcza gdy wciska nam w ręce pieniądze – uśmiechnął się kwaśno.

Małżeństwo z Helgą Nathalią Friis wydatnie przysporzyło mu klientów na rynkach europejskich, a wkrótce i poza nimi. Zaczął ze Szkocji sprowadzać wełnę, ale szybko przerzucił się na angielski węgiel, w Norwegii, gdzie upłynniał niewysokiej jakości duńskie zboże, kupował tanio drewno, z duńskich kolonii sprowadzał trzcinę cukrową, którą przerabiał na cukier w stołecznej rafinerii, część sprzedawał na miejscu, część wysyłał do Anglii, z Karaibów jego statki wiozły również do portu w Kopenhadze tytoń, kawę i przyprawy korzenne poszukiwane na rodzimym rynku. Za osobisty sukces Jordt uznał zawarcie kontraktu z pewną firmą w Norymberdze. Odtąd to właśnie u niego zaopatrywały się nowo powstające w stolicy domy kupieckie, handlujące luksusową galanterią. Firma miała osobny dział zabawkarski i wkrótce za jej pośrednictwem Jordt zaczął sprowadzać coraz to wymyślniejsze domki dla lalek. Szalały za nimi małe Dunki, którym nie mogli niczego odmówić ich bogaci ojcowie. Jordt wiedział, jak stać się niezastąpionym. Dość wcześnie zrozumiał mechanizm głębokiej transformacji gospodarczej, jaką przechodził jego kraj, opierającej się na ludziach rzutkich, idących z postępem, samowystarczalnych finansowo. Takich jak Jordt. „W interesach nie ma piekła ani nieba, jest czyściec”, zwykł mawiać, co nie do końca zgadzało się z luterańskim poglądem na życie pozagrobowe. Te nowe możliwości nie przerażały go, ale mobilizowały. Osiągnął sukces, który przekładał się na odpowiedno wysoką pozycję towarzyską. Wkrótce po ślubie spłodził córkę, potem syna. Mathilde znalazł później odpowiednią partię. Carl Valdemar nie miał smykałki do handlu, przejął za to w genach od ojca silną wolę i konsekwencję w działaniu: skończył akademię wojskową, został zawodowym oficerem, ale pomimo trzydziestki na karku do żeniaczki się nie palił. W lutym po wycofaniu się sił duńskich z Wału Danevirke ze świeżym awansem na kapitana 22. Pułku Piechoty został odesłany do twierdzy Dybbøl, gdzie objął dowództwo nad drugim bastionem z bezwarunkowym rozkazem naczelnego wodza…

– … ażeby bronić twierdzy do ostatniego człowieka. Do ostatniego!

Kupiec położył nagle dłoń na piętrzących się na biurku papierach i pochylił się w kierunku Laury:

– Pani wie, co taki rozkaz oznacza? – spytał z naciskiem. – Wyście wzniecili to wasze powstanie, w gazetach pisali… To chyba wiecie. Duńska armia to była rupieciarnia, nasze pociski nie były w stanie dosięgnąć pozycji wroga. Za to pruskie armaty waliły w naszych dzień i noc. Potężne działa wytoczyli, kaliber sto dwadzieścia, sto pięćdziesiąt milimetrów, istne potwory. Syn pisał… Jeszcze w marcu poczta polowa działała. Potem już nie. Okopali się na przedpolu przed twierdzą, ale szybko zostali zmuszeni do wycofania się za mury. A tam te ich drewniane schrony tylko pryskały jak domki z kart. Któregoś dnia, syn pisał, czterdziestu chłopa sprzątnął taki pocisk za jednym zamachem. Urządzili im krwawą łaźnię. Oni tam dzień w dzień tak tkwili, dzień w dzień tygodniami… Resztę opowiadał nam pewien szeregowy, ranny w tym samym dniu, osiemnastego kwietnia, podczas szturmu na siódmy bastion. Syn drugim dowodził.

Uzmysłowiła sobie, że już jej to mówił. Tymczasem Jordt przestał zwracać uwagę na Laurę, precyzyjnie relacjonując przebieg bitwy:

– Ostrzał artyleryjski trwał sześć godzin. Bez chwili przerwy! Zaczęli o czwartej rano, skończyli o dziesiątej. Atak, który potem nastąpił, był już tylko formalnością. Dwanaście tysięcy tamtych, a naprzeciwko pięć tysięcy naszych. Do szczętu ogłuszonych bombardowaniem. Podobno szpitale pełne są żołnierzy, którzy zwariowali wtedy od huku dział. Bastion Carla walczył tak zażarcie, że Prusacy im potem kamień honorowy wystawili. Nie pojechałem, nie chciałem go oglądać. Czterdzieści pięć minut. W czterdzieści pięć minut było po wszystkim…

Jordt przerwał i spojrzał na nią badawczo:

– Dziwne…

– Co w tym dziwnego? – zaniepokoiła się.

– Dlaczego pani o tym opowiadam? Śmierć syna była jak trzęsienie ziemi dla nas wszystkich… Ale wolałbym, żebyśmy do tego więcej nie wracali. Ma pani przy sobie paszport?

Zmiana jego tonu była tak nagła, że w pierwszej chwili nie zrozumiała, o co mu chodzi.

– Tak, oczywiście – odrzekła w końcu, sięgając do torebki.

Wyjęła stamtąd paszport z dwugłowym orłem i położyła między nimi na biurku.

– Rosyjski? – Jordt zmarszczył brwi.

– Jestem poddaną rosyjską – odparła.

– No tak – mruknął. – To sporo wyjaśnia.

Nie była pewna, co takiego wyjaśniał Jordtowi jej rosyjski dokument podróży, ale wyczuła skrępowanie gospodarza i pomyślała, że spowodowała je wcześniejsza wylewność, do której mimowolnie się przyczyniła, więc nie zareagowała. Tknęło ją jednak niemiłe przeczucie, kiedy niedbałym gestem wrzucił jej paszport do szuflady i przekręcił w niej klucz. Od dzieciństwa wbijano jej do głowy, żeby się z wydanym dokumentem nigdy nie rozstawać. Głowę lepiej stracić niż carską bumagę zgubić, mawiał dziadek. Naśmiewali się z niego po kątach. A teraz…?

Zadrżała. Już otworzyła usta, chcąc zapytać, kiedy będzie mogła odebrać paszport, ale uprzedzając jej pytanie gospodarz potrząsnął nerwowo dzwonkiem i natychmiast otworzyły się drzwi, w których pojawiła się (jakby tylko na ten znak czekała) wykrochmalona służąca.

– Birte pokaże pani pokój – rzekł Jordt, nie patrząc w ich stronę. – Obiad jadamy o dwunastej – dorzucił i natychmiast pogrążył się w lekturze długiej kolumny liczb.

Kiedy został sam, podniósł głowę i długo wpatrywał się w zamknięte drzwi, jakby chciał je przejrzeć na wylot i zmusić jedną z kobiet, które za nimi zniknęły, żeby na niego spojrzała.

I raczej nie chodziło mu o służącą Birte.

Noc była krótka i ciężka, jak westchnienie konającego. Myśl o fizycznej bliskości śmierci nawiedziła Laurę, kiedy około drugiej wyrwały ją z płytkiego snu czyjeś szepty dochodzące z korytarza. Trwało to dobrą chwilę, głosy nakładały się na siebie, próbowały ze słabym skutkiem przekonać, aż w końcu ktoś pchnął drzwi jej pokoju, jakby natarł na nie całym ciałem, ale nie nacisnął klamki. Uniosła głowę i czekała w napięciu, próbując sobie przypomnieć, czy odruchowo przekręciła klucz w zamku, idąc spać. Serce podeszło jej do gardła, zupełnie straciła poczucie czasu i miejsca (był tylko paniczny strach, wrażenie spadania w ciemność i raptowna akceptacja tego czegoś, tej śmierci, skoro już przyszła, skoro jest), a tymczasem ten ktoś na zewnątrz zwolnił nacisk i drzwi pozostały zamknięte. Czekała jeszcze chwilę, aż ścierpła jej szyja, naciągnęła kołdrę na głowę. Tymczasem tamte kroki w korytarzu odszurały gdzieś dalej, odpłynęły w nicość, a ona pozostała z nierozwiązaną zagadką, usnąwszy dopiero nad ranem.

Myślała, że dowie się czegoś przy śniadaniu, ale Jordt milczał jak zaklęty. Podająca do stołu Birte miała podkrążone oczy, jakby większa część nocy minęła jej na czuwaniu. Tylko pani domu tryskała humorem i, jako jedyna, zdawała się wypoczęta. Helga Nathalia Jordt nie mówiła po niemiecku, skinęła Laurze głową na przywitanie i, nie mogąc prowadzić z nią konwersacji (co i tak chyba nie leżało w zwyczajach tego domu), obserwowała ją ciekawie, nieomal natarczywie, uśmiechając się zarazem niewinnie, co dość wyraźnie denerwowało jej męża. Ale poza mocniejszym dotknięciem dłoni, raz czy dwa, po jakiejś dłuższej taksacji, Jordt ignorował dziwne zachowanie żony.

Mężczyzna otarł usta serwetką, co dało znak służbie, że posiłek dobiegł końca. Birte pomagała w zbieraniu naczyń kucharka, jak ona odziana w nieskazitelnie biały fartuch do ziemi. Laura obserwowała tę pantomimę, odnotowując w pamięci wewnętrzny kod zachowań rządzący domem, który, na jakiś czas przynajmniej, miał się stać także i jej domem. Jeśli nie chce, by traktowano ją jak obcą (już kilka razy przyłapała kucharkę na ukradkowych spojrzeniach rzucanych w jej kierunku), będzie musiała stać się jedną z nich. Dlatego najpierw opanuje duński.

Odsunęła krzesło i wstała. Uśmiechnęła się, przepuszczając w drzwiach Helgę.

– Proszę na chwilę – usłyszała za sobą.

Podeszła do Jordta, który stał w narożniku jadalni. Jego ciemna postać odcinała się na tle lampy naftowej, którą służąca zapaliła przed śniadaniem. Na dworze dzień wadził się jeszcze z nocą, ale można było już rozeznać ulicę i konary drzew pokryte cienką warstewką śniegu. Ptaki wszczęły swój poranny jazgot. „Słońce wstaje tu później niż u nas”, zauważyła Laura. To było pierwsze, co przyciągnęło jej uwagę w Kopenhadze, kiedy poprzedniego dnia, jadąc fiakrem, podniosła głowę: wysokie okna wbudowane w narożniki kamienic, tak by wpuszczały do wnętrza jak najwięcej dziennego światła, chroniąc przy tym dom przed wilgocią. Spojrzała pytająco na mężczyznę, który jak zwykle unikał jej wzroku. Zdążyła się do tego przyzwyczaić. A także do tego, że prośbę wyrażał tonem nie znoszącym sprzeciwu. Co nie oznaczało, że był grubiański. Wręcz przeciwnie: po raz pierwszy musiała przyznać, że to, co brała dotychczas za dystans, mogło oznaczać nieśmiałość.

– Dowiedziała się pani przypadkiem o naszym… nieszczęściu – Jordt odchrząknął i ciągnął dalej: – Wolałbym, szczerze mówiąc, żebyśmy wpierw trochę się poznali, ale widać im wcześniej, tym lepiej. Moja żona niedomaga. Śmierć syna wywołała u niej rozstrój nerwowy. To w końcu zrozumiałe. No tak. Więc mamy z nią ostatnio trochę kłopotów. Jak tej nocy. Następnym razem proszę tak samo nie otwierać drzwi, a my już się wszystkim zajmiemy. Tak jak tej nocy.

Przez chwilę świdrował ją wzrokiem, być może próbował odgadnąć jej reakcję. Laura milczała, po pierwsze, sądząc, że Jordt powie coś więcej, po drugie, nie mając pojęcia, jak w takiej sytuacji się zachować, żeby go nie urazić, ale gospodarz już zakończył ten wstydliwy dla niego temat.

– Proponuję, żeby poszła pani ze mną do biura, rozejrzy się pani, przypatrzy. A po południu odwiedzimy magazyny w porcie.

– Będę czekać na dole – odparła.

Jordt syknął niecierpliwie, jakby coś sobie przypomniał, i zwrócił się do służącej po duńsku:

– Aha. Idź, Birte, i powiedz woźnicy, że dziś rano go nie potrzebuję. Ale ma być za kwadrans dwunasta pod kantorem.

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

Podziękowania
Pragnę wyrazić głęboką wdzięczność następującym osobom za poświęcony mi czas, sugestie, udostępnione dokumenty i cenne uwagi. Bez nich ta książka byłaby uboższa, a niektóre fragmenty w ogóle by nie powstały. Są to: Sigurlaugur Ingólfsson z Arbaer Museum, Kristín Gunnarsdóttir z islandzkiej Biblioteki Narodowej i Uniwersyteckiej, Bogusława Sochańska, dyrektor Duńskiego Instytutu Kultury w Warszawie, dr hab. Błażej Brzostek z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, prof. dr hab. Andrzej Chwalba z Zakładu Antropologii Historycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, Tomasz M. Piasecki, architekt i znawca żeglarstwa, prof. dr hab. Alina Kowalczykowa, profesor Akademii Teatralnej w Warszawie Henryk Izydor Rogacki, prof. dr hab. Dariusz Rott, prof. dr hab. Anna Danuta Wypych‑Gawrońska, rektor Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie, Beata Młynarska, Hubert Bojarski i Cezary Karpiński z warszawskiego Muzeum Kolejnictwa, Julien Darrasse oraz Wojciech Zabielski, licencjonowany przewodnik po Krakowie.

Dziękuję pani profesor Uniwersytetu Warszawskiego dr hab. Grażynie Szelągowskiej za udostępnienie mi cennych lektur jej autorstwa (niektórych jeszcze w trakcie ich powstawania) na temat ruchów kaznodziejskich w Norwegii, a w szczególności na temat tego, jak kształtowało się duńskie społeczeństwo obywatelskie.

Osobne podziękowanie kieruję do Kristín Hauksdóttir z Muzeum Fotografii w Reykjavíku, która z benedyktyńską cierpliwością pomagała mi w wyszukiwaniu ikonografii i czuwała nad islandzką ortografią.

Słowa wdzięczności kieruję do pastora Jensa Aage Bjørkøe i jego żony Marianne Reinhold Bjørkøe za to, że przyczynili się do pogłębienia mojej wiedzy o protestantyzmie.

Jestem wdzięczna dyrektorowi Bogumiłowi Mrówczyńskiemu i pracownikom Domu Pracy Twórczej w Radziejowicach za okazaną mi życzliwość i stworzone warunki do pracy.

Bohdanowi Zadurze, redaktorowi naczelnemu „Twórczości”, dziękuję za zaufanie i przyjaźń.

Proszę, aby Maryna i Grzegorz Turnauowie przyjęli wyrazy głębokiej przyjaźni.

Nade wszystko dziękuję mojemu Ojcu, Krzysztofowi Kumorowi, za pierwszą uważną lekturę kolejnych wersji powieści i za czujność wobec narracji. Oraz Danucie Nagórnej za nieustające pytanie: „Czy piszesz?”.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.