06/2019

Grażyna Obrąpalska

Stany Zjednoczone

Wybór esejów Jonathana Franzena ukazuje się w interesującym dla tego autora momencie. Miejsce zajmowane przez pisarza w hierarchii amerykańskiej literatury uległo przesunięciu. Taksonomie zmieniają się w kulturze i naturze. Kanon jest inny. Franzen – biały mężczyzna, przedstawiciel klasy średniej, heteroseksualny – niezupełnie pasuje do aktualnej narracji. Zarzuca mu się elityzm, mizoginizm, a nawet kwestionowanie globalnego ocieplenia. Ale – po przeczytaniu zbioru – łatwo jest stwierdzić, jak powierzchowne są te oceny.

Wielokrotnie powtarzane jest w różnych kontekstach stwierdzenie, że oznaką inteligencji najwyższej klasy jest zdolność do uznawania przeciwstawnych idei jednocześnie. W wypadku Jonathana Franzena jest to bodaj więcej. W imię uczciwości pisarskiej podejmuje się analizowania problemów wzbudzających najsilniejsze namiętności. W każdym temacie, który analizuje, szuka wartości w skomplikowaniu, nieuproszczaniu, unika łatwych konkluzji. Pisarska uwaga poświęcona jest temu, co stoi przed nami, twarzą w twarz, z miłością dla zagrożonych i konkretnych.

Jest o przyjaźni, o rodzinie, o zagrożeniach klimatycznych, ale w większości esejów fruwają nad głowami autora i czytelnika ptaki. Pisarz jest zamiłowanym ornitologiem, obserwacje ptaków są ważnym elementem jego życia. W bodaj najważniejszym lejtmotywie pisarz zastanawia się, co możemy zrobić natychmiast, aby ocalić populacje ptaków.

W jednym z esejów, Save What You Love, powołuje się na przykład z Allenowskiego filmu Annie Hall. Jego neurotyczny bohater, Alvy Singer, przeczytawszy, że wszechświat się rozszerza i w rezultacie czeka nas wielkie rozdarcie, odmawia uczestnictwa w życiu i odrabiania lekcji. Na ziemię sprowadza go matka: jesteśmy na Brooklynie, a Brooklyn się nie rozszerza.

Franzen chciałby spowolnienia ekologicznej klęski; wskazuje więc na prozaiczne zagrożenia dla populacji ptaków: – dziko żyjące koty i kolizje z lśniącymi elewacjami budynków, farmy wiatrowe budowane na trasach migracyjnych. Zwraca uwagę, że czerwone oświetlenie nocą przeszkadza ptakom mniej niż używane jasne, białe. Ale wiemy, że wycinanie lasów i używanie pestycydów, te codzienne klęski, są zagrożeniem stojącym za naszymi drzwiami czy raczej za każdym gniazdem. Ptaki tracą codziennie naturalne siedliska. Zmiany klimatu są niepodważalne, ale ptaki mają też fantastyczne zdolności adaptacyjne. Autor polemizuje z National Audubon Society, organizacją podkreślającą, że największym zagrożeniem dla ptaków są zmiany klimatyczne. Według niego w 2014 roku większym zagrożeniem dla ptaków w Ameryce była utrata naturalnych siedlisk oraz koty. Silna niechęć do kotów jest artykułowana kilka razy. Zastanawia się także, czy dyskusja o ptakach nie jest obsceniczna, kiedy dzieci w Bangladeszu umierają z głodu. Ale utrzymywanie populacji ptaków i szacunek dla nich jest według pisarza najlepszą wykładnią zdrowia naszych etycznych wartości.

To prawdziwie franciszkańska miłość do ptaków, tu i teraz. Franzen patrzy na ziębę siedzącą za oknem i przypomina, że ptak jest produktem ewolucji szybujących dinozaurów.

Pisarz zwiedza świat głównie śladami ptaków. Odwiedzanych przez niego miejsc jest wiele. Na Jamajce jego zadaniem było zobaczenie wszystkich żyjących na wyspie endemicznych ptaków. Z dwudziestu ośmiu istniejących udaje mu się zobaczyć dwadzieścia sześć, i to wszystko w tydzień.

Na skrupulatnie prowadzonej liście pojawiają się zaliczane przez pisarza kolejne egzotyczne miejsca. Taką była dla niego podróż do wschodniej Afryki – najważniejszym argumentem były ptaki. Opisując podróż do Tanzanii, przywołuje interesującą teorię atrapy (simulacrum). Jej twórca, francuski socjolog, filozof Jean Baudrillard (1929–2007) twierdził, że realność jest zastąpiona przez jej symulacje, przez jej reprezentacje, a odbierane przez nas codziennie sygnały, obrazy, którymi jesteśmy bombardowani, zastępują fizyczną realność. Franzen dochodzi do wniosku, że ocena, czy park narodowy w Tanzanii (Serengeti) jest realną częścią natury, czy tylko jego atrapą, zależy wyłącznie od perspektywy przyjętej przez obserwatora. Twierdzi, że aby utracić postmodernistyczny kontekst, należy zacieśnić nasze pole widzenia. Pomaga, kiedy zaczniemy patrzeć na jego wąski wycinek. Na małe, pospolite, niewyróżniające się urodą ptaki. W wypadku autora były to chwastówki zwyczajne. Patrząc na nie, słuchając ich kontrapunktowego duetu, zacieśniając swoje pole widzenia, zapomniał o postmodernistycznym kontekście. W innym miejscu z czułością opisuje kolonię nurzyków dających lekcję rodzicielstwa, podziału sił w wysiadywaniu jaj i wychowywaniu potomstwa.

Kolejny esej 13 września 2001 jest i odważny, i głęboko niepokojący. Dla mieszkających w tym czasie w NYC nie sposób nie czytać go z uczuciem pewnego dyskomfortu. Pisarz stwierdza: jeśli nie jesteś dobrym człowiekiem, poza horrorem ataku w ten piękny słoneczny wtorek było także miejsce na inne emocje. Co z zakłóceniem twojego planu dnia, z egoistycznym lękiem o własne finanse? Co z admiracją dla ataku tak genialnie wymyślonego i z zachwytem – najgorszym ze wszystkich – nad jego wizualną stroną, tragicznym pięknem walących się wież? W wielu częściach świata tańczono z radości na ulicach, a dla tych, którzy wychodzili z pyłu zburzonych budynków, świat stał się na zawsze inny. Przypomina, że wkroczyliśmy w świat strachu i pragnienia zemsty. Tyle że w tę okrutną rzeczywistość, z całym katalogiem niszczących emocje sytuacji, wepchnęli nas terroryści.

Mogłeś czuć nie tylko empatię, ale także żal za życiem w mieście, w którym wszystko stało się inne. W dwa dni po tragedii, 13 września, obudzeni w na trwale zmienionym świecie, ciągle w żałobie po zmarłych, powinniśmy byli powrócić do naszych małych aktów człowieczeństwa. Także do małych codziennych przyjemności.

Dla mnie najciekawszy jest esej najobszerniejszy pod świetnym tytułem The End of The End of the World. Koniec końca świata może być rozumiany jako wyzwanie pisarza do podjęcia natychmiastowej walki z konceptem ekologicznej śmierci, nawet kosztem kociej populacji. Może być to także podróż na koniec świata, na Antarktykę. I poprzez akt uczczenia pamięci jej fundatora, wuja Walta, który zostawił pisarzowi w spadku czek na siedemdziesiąt osiem tysięcy dolarów, nie ma dla zmarłego końca świata, bo pozostała pamięć o nim.

Pisarz wybrał luksusową wersję podróży na Antarktykę – uczestnictwo w ekspedycji zorganizowanej przez Lindblad National Geographic kosztującej co najmniej dwadzieścia dwa tysiące dolarów. Trzytygodniowa podróż obejmowała Antarktykę, Wyspę Króla Jerzego, Szetlandy i Falklandy. Próby wybrania się z wieloletnią „ekwiwalentką żony” (pisarz nie znosi określenia „partnerka”), Kathryn Chetkovich spełzły na niczym. Towarzyszem wyprawy został jego brat Tom.

Jonathan Franzen kilkakrotnie wraca do wspomnień o fundatorze wyprawy. Wujek Walt, emerytowany pułkownik Air Force, i jego żona Irma, siostra ojca pisarza, byli rodzicami chrzestnymi Jonathana.

Wujek, wychowany w Minnesocie, gracz hokejowy w college’u, w II wojnie zostaje pilotem bombowca i odbywa trzydzieści pięć misji bojowych. To także pianista samouk z absolutnym słuchem. Wuj Walt to normalny, ciepły facet, optymistyczny miłośnik życia, różniący się bardzo od sztywnych, skłonnych do depresji Franzenów.

Wujostwo przeżyli ogromną tragedię – ich jedyna córka Gail zginęła w wypadku samochodowym w sierpniu 1976 roku. Pisarz zostaje jedynym rodzinnym łącznikiem – żona wuja spędza końcówkę życia w domu opieki, dotknięta chorobą Alzheimera. To niezwykle bolesny temat dla pisarza, alzheimer pożarł także jego ojca. W kilka lat po śmierci ojca, kiedy matka pisarza walczyła z zaawansowanym rakiem, wujek Walt zadurzył się w matce autora. On i matka Franzena byli do siebie podobni. Niestety, Irene Franzen umarła dość niespodziewanie, uczucie nie zdążyło się rozwinąć.

Ufundowana przez wuja luksusowa ekspedycja dotarła do koła podbiegunowego, a jej uczestnicy przekroczyli mityczną linię. Antarktyka okazała się doświadczeniem tak olśniewającego piękna, że pisarz nie był w stanie tego przetworzyć i zarejestrować jako coś realnego. Było to wrażenie aż do granic absurdu, kiedy wszystko wydaje się nierealne – estetyczny splendor, olśniewające kolory tak ostre, jak nie zdarzają się w naturze.

W ekspedycji znaczący był także, jak zwykle, udział ptaków. Cierpliwość stojącego godzinami na pokładzie z lornetką ornitologa została wynagrodzona – to on dostrzegł niezwykłej urody pingwina cesarskiego, największego, najpiękniejszego z rodziny. Było to ukoronowanie podróży dla wszystkich jej uczestników, członkowie luksusowej ekspedycji gratulowali pisarzowi, a on – nie sfotografował majestatycznego pingwina. Obiecał sobie, że nie będzie fotografował żadnego ptaka.

Ekspedycja nie ominęła także Wyspy Króla Jerzego na Szetlandach. W zatoce, miejscu wylęgu pingwinów, zobaczył pół miliona dorosłych i wysiadujących jaja królewskich pingwinów. Franzen przypomina smutną historię gatunku, która skończyła się szczęśliwie. Przyczyn było kilka, populacja pingwinów wzrosła dzięki brakowi fok i wielorybów. Konkurencja do jedzenia znacznie zmalała. Dwieście lat temu Rosjanie polujący na foki oczyścili z nich wybrzeża Kalifornii – popyt na modne focze futra był wielki. Prawie kompletne wyniszczenie populacji spowodowała także gorączka złota w San Francisco. Od połowy dziewiętnastego wieku miasto rosło, apetyty także, zaczęto jeść jaja pingwinów. Powstały kompanie zbierające jaja dla sklepów i piekarni. Po wprowadzeniu przepisów chroniących je, ptaki się odrodziły i przez ostatnie piętnaście lat ich populacja zwiększyła się czterokrotnie.

Siedząc w luksusowej sali statku, oferującego doskonałe espresso i palącego czternaście litrów paliwa na minutę, Franzen słuchał wykładu zalecającego wymianę żarówek na ledowe i podkreślającego zalety kupowania na lokalnych rynkach.

Autor przywołuje tu Czarodziejską górę – czuje się tak samo hermetycznie odizolowany od świata, codziennie ogląda te same twarze przy stole. Tak jak w powieści Manna na początku podróży widzi wszystko ostro, aby później obraz roztopił się i zamazał.

Co pisarzowi właściwie dała ta wyprawa? Dla niego było to zobaczenie populacji pingwinów, olśniewającego piękna otoczenia, zawiązanie nowych przyjaźni, dodanie trzydziestu jeden gatunków ptaków do prowadzonej przez niego listy oraz celebracja pamięci wuja.

Oglądając zdjęcia z wyprawy, przypomina sobie momenty niefotografowanej pamięci, tej między zdjęciami, i konstatuje: lepiej być znudzonym i zmarzniętym prawie na śmierć, oglądając ptaki, niż nie żyć. To deklaracja pisarza-mizantropa. Warto przypomnieć także artykułowaną przez Franzena od lat głęboką niechęć do mediów społecznościowych. Patrzono na to ze sceptycyzmem. Okazuje się teraz, że w tym, co twierdził Franzen-luddysta, jest bardzo wiele racji. Obecnie w USA pojawił się inny trend – twórcy Facebooków, Instagramów, Twitterów zabraniają posługiwania się nimi, albo bardzo ograniczają taką możliwość, swoim dzieciom.

The End of The End of The Earth niczego nie zamyka. Nawet w świecie umierających rodzą się nowe miłości.

Jonathan Franzen: The End of The End of The Earth. Essays.
Farrar, Straus and Giroux,
New York 2018, 240 p.

Jonathan Franzen: Koniec końca świata. Eseje,
przeł. Witold Kurylak,
Sonia Draga,
Warszawa 2019, s. 288.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.