03/2018

Jadwiga Nowak

Świat

Świat zwariował. Lekarze świata mają pełne ręce roboty. Ale jak skutecznie obezwładnić olbrzyma, kiedy wiadomo, że nawet niepokaźny, lichy wariat w swoim szaleństwie jest groźny. Jak takiemu pomóc, kiedy bestia o tysiącach milionów głów wierzga i tratuje wszystko dookoła w bezmyślnym opętańczym szale.

– Nijak – brzmi jedyna rozsądna odpowiedź. – Nie ma sposobu.

Ciężko żyć z wariatem. Niektórzy długo łudzili się, że to choroba somatyczna, że da się ją leczyć i doglądać, a wyzdrowienie wnet nastąpi. Ale teraz już nie ma nadziei nawet na zarazę. Upadły domniemania, że to mutacja genowa albo nowy wirus, z którym będzie można sobie w końcu poradzić. Jest wariat. Z diagnozą wstępną – schizofrenia paranoidalna. Spodziewać można się wszystkiego. Od przebłysków geniuszu po mordy rytualne.

Wyskakuje taki geniusz zza węgła, przewraca oczami, toczy pianę i bądź tu mądry, spróbuj spokojnie dalej iść swoją drogą. Siadasz do stołu, do obiadu, mieszkanie na drugim piętrze, a tu nagle łeb między doniczkami z nożem w zębach, warczy. Usiłujesz zabrać się do pracy, zaczyna wyć pod bramą. Kładziesz się do snu, tłucze w drzwi wejściowe, pcha się do domu, szarpie łańcuchem. I tak w kółko. Dzień za dniem. – Cholerny świr!

– Można się przyzwyczaić? – Niby można.

Świat oszalał. Pędzą karetki na sygnale. Wozy straży pożarnej. Policyjne suki. Są pierwsze doniesienia o ofiarach śmiertelnych. Ratownicy medyczni liczą rannych. Ulice zamierają w oczekiwaniu. Szaleńcowi udało się zbiec. Zostańcie w swoich domach. Na wszelki wypadek trzeba przymknąć wszystkich. Dla ich własnego bezpieczeństwa.

Świat zatoczył jeszcze jedno koło, jakby zgubił drogę w gęstym lesie. Bladym świtem młodociani mordercy wychodzą z domu ofiary. Biją dla zabawy. Nudno na pustych ulicach. W świątyniach galerii handlowych ciała padają na sklepowe ołtarze. Drwal rąbie drzewa w wagonie kolejowym. Rytuał.

Wariat. Dyszy żądzą zemsty. Wyczekuje na dogodny moment. Zgoda rujnuje, niezgoda buduje. Coraz więcej ofiar, coraz więcej rannych. Grupy antyterrorystów przeczesują ulice miast. Przygarbieni mężczyźni z automatyczną bronią gotową do strzału. Zostańcie w domach. Odszukają szaleńca i zastrzelą. Nastoletni mordercy wracają pod skrzydła swoich matek. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Oni niewinni. To my, my zamknięci w domach, nasza wina.

– To nie jest chore, to jest złe. Wyegzorcyzmować szaleńca!

Zapalmy wszyscy świeczki w naszych ciemnych oknach. O tej samej godzinie. Będzie, jakbyśmy trzymali się mocno za ręce na największym rynku świata.

Świat zwariował. Sfiksował na punkcie szaleńczych ataków. W jednym z jego mieszkań znaleziono materiały wybuchowe, trzysta sztuk amunicji i książkę o planowaniu ataku szaleńca.

Szaleniec został zastrzelony. Miał przy sobie pistolet. Glock 17 kaliber dziewięć milimetrów z wydrapanymi numerami serii. Policja przypadkiem natrafiła na jego zwłoki. Zginął od kuli niewiadomego pochodzenia.

Świat jest martwy. Spod półprzymkniętych powiek śledzi cień tych, którzy wysuwają się z bram na ulice, tych, którzy lubią się bać. Widmo wolności.

– Świat nie ma sumienia. Świat nie zna miło-sierdzia.

Podrzyna gardło na oczach boskich. Nie kocha bliźniego. Niczego nie uszanuje. Stacza się z Góry Błogosławieństw w ciemną dolinę. Nie sypia po nocach. Kilka miliardów do strząśnięcia z powierzchni ziemi skutecznie spędza mu sen z powiek. Drobne strzelaniny, przypadkowe ofiary, morderstwa, samobójstwa, nawet lokalne rzezie domowe – amatorszczyzna, której właściwie się wstydzi. Palą go hektyczne rumieńce. Płoną ciemności. Świat się niecierpliwi. W gorączce szuka sposobu, jak rytualnie, jednym ruchem poderżnąć gardło miliardom. Wzywa demony.

– Liczba śmiertelnych ofiar wzrasta. Wszyscy winni!

Tańczy w światowej głowie: sarabande, allemande, gigue… Taniec miłości, taniec śmierci. Świat kocha. Instynktownie przykłada usta do zimnych ust ofiary.

– Królestwo za miłość. Miłość, która nie zna litości. – Nieodwzajemniona.

Świat leży jak martwy. Młodociani mordercy wychodzą o zmierzchu spod skrzydeł swoich matek. Czują na plecach nienawistny oddech świata. Krew zalewa oczy ofiary.

– Niech umiera! Niech ogrom światowych win pochłonie potwora!

Modlitwy szalonych. Egzorcyści mają pełne ręce roboty. Dostają esemesy od samego szatana. Pieje kur.

Świat zwariował. Wiąże jedwabny krawat na szyi ofiary. Zadaje tysięczną ranę. Bije tępym narzędziem. Okłada pięściami. W tak przerażającej ciszy, że słychać już tylko jej krzyk. Ciszy ofiary.

Kraków, w nadzwyczajnym roku świętym Bożego Miłosierdzia

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.