01/2020

Katarzyna Szkaradnik

Światło ostrzegawcze?

„Teksty pochodzą z tomu Całkowita historia sekretnego ślubu i siedem innych opowiadań, który ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego”. Taką adnotacją opatrzyła redakcja trzy opowiadania Jerzego Pilcha zamieszczone w „Twórczości” z grudnia 2018 roku. Od tamtej pory do opublikowania zapowiedzianej pozycji we wrześniu sporo się zmieniło: począwszy od tytułu, przez liczbę składowych, na wydawcy skończywszy. Niewątpliwie jednak ci, którzy zapoznali się z pierwodrukiem, mogli poczuć przedsmak całości, ba, więcej niż przedsmak: owe trzy teksty to w wydaniu książkowym aż cztery spośród dziewięciu. Oprócz podziału jednego z opowiadań przesunięciu uległa granica pomiędzy innymi, a w ich obrębie doszło do przetasowań akapitów i eliminacji niektórych fragmentów. (Skądinąd dzięki temu czytelnicy „Twórczości” otrzymali szansę wglądu w proces pisarskiej cyzelatury).

Rzeczone przetasowania niejako symbolicznie potwierdzają przekonanie, bodaj powszechnie towarzyszące lekturze książek autora Wielu demonów, że obcujemy z elementami układanki pod hasłem „uniwersum Pilcha”, stale mieszanymi, odsłanianymi zgodnie z aktualną dominantą i łączonymi w rozmaite konfiguracje. Jak tłumaczy Gustaw ze Spisu cudzołożnic: „Kilka zdań może krążyć wokół ciebie przez całe życie. […] Reszta zaś – wszystko, co powiesz i usłyszysz – będą to wariacje na ich temat”. Za każdym razem dostajemy więc wycinek zawierający inaczej rozłożone akcenty i zbiór częściowo odmiennych (lub tylko przemalowanych) detali. Ułomki te jednak mają strukturę fraktalną – w kawałku przegląda się całość.

Żółtym świetle na plan pierwszy wysunięte zostały niezależne od siebie wątki: wiwisekcja relacji protagonisty z rodzicami oraz jego nowe małżeństwo z partnerką młodszą o dwa… pokolenia. Tematy te poniekąd się przeplatają i w rezultacie poruszamy się wahadłowo między przeszłością a teraźniejszością; ale oscylacja zachodzi nie tylko na płaszczyźnie czasu. Cytując zdanie z „Twórczości”, nieobecne w książce: „[P]owiedzieć, że [główny bohater – KS] był przyzwyczajony do podwójności, to nic nie powiedzieć”. Pilch kreuje tu bowiem kolejne alter ego, obudowane łatwo rozpoznawalnym zestawem sygnałów autobiograficznych. Czy można mówić o jakimkolwiek kamuflażu, skoro już na pierwszy rzut oka Ariel Poschukal stanowi byt szeleszczący papierem? Sam narrator kokieteryjnie zaznacza, że w przypadku jego danych to, „co znamy, jest jedynie – jak zwykle u Ariego – niezbyt fortunnie dobranym pseudonimem literackim”.

Niemniej warto pamiętać o przestrodze autora wyrażonej w wywiadzie Śliska, róg Jana Pawła II („Przekrój” 2000, nr 48): owe sygnały są na tyle „ostentacyjnie autobiograficzne, że informują czytelnika, aby miał się na baczności”. Istotnie, prozaik z Wisły w swoim stylu uprawia mistyfikacje i maskarady, szczególnie że instancja alter ego nie wyczerpuje dualizmów. Następny manifestuje się w przełączaniu narracji z trzeciej na pierwszą osobę i odwrotnie, nawet pomiędzy akapitami (por. prześlizgnięcie się od „Krótko przed śmiercią ojciec…” do „Słowem, stary Poschukal…”). Co jasne, opowieść pierwszoosobowa jeszcze wzmaga iluzję podmiotu „odautorskiego” – utożsamienie ryzykowne dla głównego zainteresowanego ze względu na drażliwość poruszanych kwestii. I nie, nie chodzi o obscena związane ze stosunkami płciowymi, lecz o stosunki z rodzicami.

Osią centralną analizy (a po części autoanalizy) kontaktów Ariela z ojcem stają się konsekwencje przymusowego wcielenia „starego” do armii niemieckiej. Wiadomo, Pilch nie pierwszy raz podejmuje ów temat, który jawi się jako jeden z kluczowych modułów jego wyobraźniowego ekwipunku. Jak twierdzi w rozmowach z Eweliną Pietrowiak (Inne ochoty): „Zasłyszane historie czy nowo poznani ludzie zawsze wydawali mi się bledsi od moich – uwikłanych w swoje demony, w swoją wyższość, niższość, mniejszość, Wehrmacht, partię – ewangelików”. O problem ten zahacza choćby w Marszu Polonia, gdzie widmo Starego Kubicy przyznaje: „Tak jest, mój syn, a twój ojciec był w Wehrmachcie. Kazałem mu iść. Do lasu się nie nadawał. Z jego bratem Pawłem tak samo. Po co z tego rzecz robić?”. Narrator odpowiada: „Po co mi Wehrmacht? Bo był. Wasz syn nosił niemiecki mundur, fotografował się w tym mundurze, przechowywał wojenne fotografie”.

Wątek dlatego okazuje się tak ekscytujący, że pobyt we wrażej armii stanowił największe tabu Gustawa Poschukala, napawające go aż do śmierci lękiem – wszak „Samo powojenne życie było trudne, a powojenne życie kogoś, kto podczas wojny nosił niemiecki mundur, jakie było?”. Z perspektywy syna natomiast obciąża go nie tyle służba w Wehrmachcie, ile wypieranie jej ze świadomości, co przełożyło się na toksyczne relacje z potomkiem i wpędzenie go w masę kompleksów. Narrator z jednej strony – o czym świadczą serie pytań retorycznych – usiłuje zrozumieć sytuację ojca, z drugiej zaś nie bez satysfakcji imaginuje sobie spóźnione wyznanie Gustawa oraz potęgowanie w nim wyrzutów sumienia. Charakter opisów tego układu celnie oddaje kolejny bon mot z „Twórczości”, którego zabrakło w książce (dotyczący powieści Ariela, bo oczywiście para się on literaturą): „Powiedzieć, że chodzi o karykaturalną wersję Ojców i dzieci, to nic nie powiedzieć”.

Matka zresztą nie zostaje potraktowana ulgowo, lecz ukazana jako kobieta apodyktyczna, przeświadczona o własnej nieomylności i o bezbożności syna. W efekcie opowieść o atmosferze w domu Poschukalów przeobraża się w rozprawę z rodzicami – narratora-bohatera nie stać na dystans, nie kryje urazy do nich za obarczenie go swoimi sekretami i poczuciem winy. Tyle że na rozprawie sądowej przysługiwałoby im prawo do obrony i repliki. Naturalnie, autor Innych rozkoszy zdaje sobie sprawę z powierzchowności nakreślonych portretów, nierzadko też tonację serio przełamuje kpiarskimi wtrętami: „Powiedzieć, że psychoanaliza jest tu szyta szewską dratwą – to nic nie powiedzieć. […] Im dłużej trwa jego […] dzieciństwo, tym ona jest młodsza! Pamiętajcie o tym, nieszczęsne ofiary waszych matek!”. Fanom Pilcha nie trzeba przypominać, że wiele jego „wcieleń” boryka się z pryncypialną rodzicielką; niestety obdarzona niespożytą energią pani Wanda zmarła pod koniec października, wobec czego rozrachunek z Żółtego światła wybrzmiewa szczególnie gorzko. Ale uwaga – mamy tu przecież do czynienia z „matką Ariego”.

W równym stopniu „odautorskości” narratora czytelnik dopatruje się w historiach osnutych wokół małżeństwa Poschukala juniora ze studentką Weroniką. Pierwsza w nielinearny, pełen dygresji i niedopowiedzeń sposób przedstawia zafascynowanie obydwojga fotografią leciwego Marcela Duchampa grającego w szachy z nagą Eve Babitz; zafascynowanie posunięte aż do śmiałej decyzji… Drugim tekstem poświęconym sensacyjnej parze jest owa anonsowana wcześniej jako tytułowa Historia sekretnego ślubu. Formalizacja związku musiała odbyć się potajemnie z powodu komentarzy, że panna (aż nadto) młoda dała się uwieść „wyliniałemu, schorowanemu, o przeszło czterdzieści lat starszemu uwodzicielowi z bożej łaski”. Jak widać, w opowiadaniach tych znajdziemy dozę typowej dla Pilcha autoironii, a zarazem szydercze riposty pod adresem nieznajomych, nękających bohaterów inwektywami przez telefon i odsądzających ich od czci i wiary. Fabuła Historii… skupia się na perturbacjach z Urzędem Stanu Cywilnego, a choć z początku sprawia wrażenie groteskowej, dla kogoś, kto w roli petenta usiłował załatwić jakąkolwiek niestandardową sprawę, nabiera rysów realistycznych.

Teksty są ponumerowane, co mogłoby sugerować, że mimo wszystko stanowią rozdziały całości, którą spaja postać Ariela. Za takim odbiorem przemawia też sygnalizowane już przemieszanie pewnych fragmentów (notabene, kolejność akapitów przyjęta w „Twórczości” wydaje się mniej zagmatwana). Częściowa autonomia cechuje „rozdział” o konstrukcji szkatułkowej: zapisaną przez protagonistę rubaszną historię księgarza-atlety („Napoleona”) z Sigły i jego niewczesnego uczucia do lokalnej piękności oraz wynikłych stąd wstydliwych perypetii. Natomiast za zupełnie odrębne można uznać pierwsze opowiadanie, pozbawione wzmianek o Poschukalu. Z łatwością jednak odkrywamy w nim następny frapujący Pilcha temat, nawet bardziej prowokacyjny niż erotyzm, mianowicie samobójstwo – narrator jawi się jako swego rodzaju voyeur, który podgląda desperatów dyndających naprzeciwko dobrze nam znanego mieszkania na Hożej. Opowiadanie to wieńczy zgrabna literacko, metaforyczna puenta, w której znowu zachodzi oscylacja między dwoma punktami… zawieszenia.

Gdy omawiam kolejne pozycje powiększające dorobek Pilcha, zadaję kardynalne pytanie, czy od danego tytułu warto rozpocząć znajomość z jego twórczością. Niemniej skłaniam się do stwierdzenia, że dawno utraciło ono sens – autor Miasta utrapienia zwraca się do wtajemniczonych, do których może puszczać oko i którzy dali się już złapać na lep jego gawędy. Także w Żółtym świetle Pilchowy gawędziarz wchodzi z nami w komitywę („dajcie spokój!”, „ubawicie się setnie”), zajmuje nas paradoksami („Kto nie ukradł Pisma, nie nocował w hotelu. Kto nie nocował w hotelu – godzien jest literatury”), hiperbolami, anegdotami, przekornymi żartami („[W]ciskanie nastolatkowi, […] że długowłosy i ogólnie wysubtelniony trzydziestolatek go kocha i domaga się natychmiastowej wzajemności, musiało budzić popłoch – i budziło”). Ale czy globalny efekt dorównuje najlepszym książkom prozaika z Wisły? Choćby nawet Żółte światło było światłem meteoru, który przemknąwszy przez nieboskłon, spali się przed dotarciem do powierzchni Ziemi, raczej nie przejdzie ono bez echa ze względu na markę nazwiska autora. Skądinąd imię „Ariel” znaczy „ogień Boży”, co ponownie wprowadza dualizm: mówimy o sile kreacyjnej albo niszczącej. Tak czy owak – robiącej dużo zamieszania.

Zamieszanie wydaje się pewne, zważywszy na „demaskatorskie” nastawienie narratora i rozmaite niedyskrecje. Tymczasem Pilch drwiąco igra z etykietą gorszyciela: „Próbował skandali, wydał pospiesznie i nawet jak na niego niechlujnie ułożone Abecadło Poschukala. Dopieroż się zbłaźnił, powszechnie sądzono, że niżej już się nie da, że tylko stygnący umysł może takie miazmaty wydalać”. O powiastkach Ariela na kanwie – a jakże – epizodów z życia krewnych dowiadujemy się zaś, iż bazowały na… konfabulacjach; pomimo to wszyscy mieli do niego pretensje. Ciekawe światło na ten paradoks rzuca następny fragment obecny w „Twórczości”, ale ostatecznie wycięty: otóż bohater „uchodził […] za wulgarnego werystę, ekshibicjonistę, który nie wie, co cudzysłów”, a przecież „Co przeżyte, stawało się sekretem, co zapisane, stawało się nadsekretem, co przeczytane, przestawało być sekretem […]”. Narrator przekonuje, że wszystko jest literaturą, stąd odczucie déjà lu, „już czytanego”: „Pod koniec życia Joseph błąkał się tu i ówdzie, potem definitywnie wyniósł się z domu i zamieszkał w wagonie kolejowym na dworcu. Podobieństwa do ostatecznych decyzji Tołstoja zbyt liczne, by brać je serio”.

Odsyłaczy do cudzych utworów jest wprawdzie w Żółtym świetle mniej niż zazwyczaj, jednak odnajdziemy w nim nie tylko stałe Pilchowe lejtmotywy, lecz także smaczki dla wspomnianych „wtajemniczonych”. Napotkamy zatem nieodzowne refleksje o luterskiej pobożności (wszak Ariel „wszystko, co się w jego życiu zdarzyło, tłumaczył wyznaniowo, w czym rzecz jasna była spora przesada, ale i dowcip oryginalny”), obrazki z Sigły (przynajmniej od Wielu demonów pseudonimującej Wisłę) oraz deliberacje nad kwestią różnicy wieku między kochankami (występujące już w Zuzie albo czasie oddaleniaPortrecie młodej wenecjanki). Oczywiście musi się pojawić nazwisko biskupa Andrzeja Wantuły czy postać starki rządzącej w domu twardą ręką, podobnie jak nie może zabraknąć krytyki aktualnych „fatalnych rządów, które kraj wiodą ku ciemności”. Co wnikliwsi skojarzą wzmiankę o fińskim nożu z takim samym narzędziem przyczepionym do pasa Jerzyka z Tysiąca spokojnych miast, a fotografię szachistów – z wykorzystującym ów motyw Sobowtórem zięcia Tołstoja. W słynnej jasnowidzącej, u której córki zamieszkał „Napoleon”, rozpoznamy Agnieszkę Pilchową (zob. np. Marsz Polonia), z kolei w przyjacielu o inicjałach K.F. – Kornela Filipowicza (o jego kotach noszących zawsze imiona Kizia lub Mizia napomyka Pilch w Innych ochotach).

Jeszcze niemało aluzji pozostawiam do rozszyfrowania czytelnikom, pozwolę sobie jednak nawiązać do informacji o nigdy niezapisanych do końca ozdobnych notatnikach Ariela: „Wyprowadzony z równowagi natychmiast celem ukojenia pisał, gromadził te «pisma traumatyczne», nie miał odwagi do nich zajrzeć, ale nie wyrzucał”. Tymczasem już w felietonie (?) Kot, którzy trzyma mnie przy życiuBezpowrotnie utraconej leworęczności narrator mówi o stosie wykwitnie oprawionych kajetów: „[K]iedy bezbarwne szpony nicości biorą mnie w swoje posiadanie, sięgam po nowy zeszyt i […] daję terapeutyczną folgę psychofizycznemu nawykowi pisania”. W Żółtym świetle czynność ta również ukazana jest jako remedium na lęk. Gdyby – posługując się psychoanalitycznym żargonem – za przepracowywanie przeszłości uznać przelanie na papier stosunków z ojcem i wykorzystanie do mediacji „sobowtóra”, sukces owego przedsięwzięcia wolno postawić pod znakiem zapytania. Z tej perspektywy „żółte światło” można interpretować jako światło ostrzegawcze.

Niemniej mamy także Goetheańską „wieczną kobiecość” uosabianą przez Weronikę. Ale czy przed jej imieniem nie należy dodać z przekąsem: „tym razem”? Przecież identyczną drogę do nieśmiertelności opiewał przykładowo narrator Zuzy… W omawianej książce najwidoczniej nie chodzi wyłącznie o ognisty romans; innymi słowy, ożywcza siła miłości zdaje się przywracać bohaterowi nie tylko siły witalne („historia naszego sekretnego małżeństwa jest też historią mojego w sensie ścisłym zmartwychwstania”). Mimo to końcowy tekst, który opowiada o postępujących z wiekiem zmianach w pamięci i w codziennym funkcjonowaniu, nie przynosi jasnej odpowiedzi. Starzenie się jest w nim prezentowane bardziej prześmiewczo niż elegijnie, minorowe tony dominujące w Portrecie młodej wenecjanki czy Żywego ducha, słychać tutaj słabiej… Czy jednak na pewno? Cóż, trudno utrzymywać, żeby Weronika była tylko fantazmatem, jeśli pozostawia otwarte zakończenie.

Czy światło przy uruchomionej windzie każe wyczekiwać z obawą, po kogo jadą teraz? A może to raczej obraz z pamięci lub wyobraźni Ariela? Choćby owo światło w wiślańskim domu, który niegdyś roił sobie narrator Trupa ze złożonymi skrzydłami, opowieści o Babce Pechowej: „Żółte światło wielkiego kuchennego okna tworzy na rzecznych kamieniach podwórza równy prostokąt”. Przypominają się tu widma raz po raz nawiedzające Pilchowych „sobowtórów”, a w Drugim dzienniku nawet pukające do drzwi. Podobnie w Trupie…: „Wczoraj wieczorem dzwonek do drzwi, już byłem pewien, że stary się wreszcie – równo dziesięć lat po śmierci – zdecydował i wpada z widmową wizytą”. Biorąc pod uwagę wyrażoną w nowej książce opinię, iż rodzice są zbyt „pomieszani”, by mogli wziąć ich na warsztat Tołstoj i Flaubert, może lepiej, by nie doszło do takiej wizyty, jeśli ojciec miał mniej dystansu do siebie niż narrator.

A co z potencjalnym czytelnikiem?

Miga żółte światło. Wchodzisz do Pilcha na własną odpowiedzialność.

Jerzy Pilch: Żółte światło.
Wielka Litera,
Warszawa 2019, s. 156.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.