09/2020

Leszek Bugajski

Szachy literackie

Rafał Marszałek przez większą część życia zajmował się – jako krytyk – filmem i grał – z sukcesami – w szachy. Potem został dyplomatą, a teraz debiutuje jako prozaik tomem interesujących opowiadań znanych czytelnikom „Twórczości”, na łamach której pojawiały się od 2007 roku. Kiedy czyta się te opowiadania jedno po drugim, bez kilkuletnich przerw, jak to było dawniej, nasuwa się myśl – może słabo uprawniona, ale jednak – że dla autora szachy są najważniejsze, że są szkołą życia, że odwzorowują na planszy ludzkie namiętności, dążenia. Że są grą w stanie czystym, w której odbijają się gry realne, zwłaszcza wojenne, ale jest tu i opiekuństwo, i chytrość działania, i długodystansowe przewidywanie zdarzeń. I co najważniejsze, są gracze, ludzie, którym szachownica stwarza możliwość decydowania o losie – łącznie z jego końcem – obecnych na planszy figur. To forma zabawy w wodza, ale też i w boga, którym się jest na tym kwadracie. Boga walczącego przy użyciu swoich figur z szatanem, który ma taką samą moc. Tak to Marszałek opisuje w ostatnim opowiadaniu, o partii rozegranej przez dwóch „dziwaków”, jak ich nazywa narrator utworu, spoglądając na nich z perspektywy młodego pokolenia szachistów. Ci młodzi są nastawieni na sukces, liczenie punktów rankingowych, kolejne nagrody i profity, nie myślą o pięknie gry, o elegancji – to nowe pokolenie, wytwór nowego świata. Tamci dwaj to dla nich „stare łazęgi z marginesu”, ale właśnie w ich partii zderza się dobro i zło. Jeden jest zawodnikiem ceniącym stylowość gry, zasady, a drugi nazywany jest Rzeźnikiem, bo jest szachowym bandytą, bezlitośnie i z pominięciem jakichkolwiek zasad, ale w ramach przepisów, wykańczającym przeciwników. To jest gra ostateczna, świetnie opisana przez Marszałka jak wielka historyczna bitwa, ale jest jednocześnie ostatnim starciem w „starym stylu”, na dodatek o znaczeniu zupełnie niedocenionym przez innych. Jego wagę znają tylko sami uczestnicy i płacą za to cenę.

Szachy stanowią klamrę tomu Marszałka – także pierwsze opowiadanie ich dotyczy, ale to utwór przede wszystkim o nadziei, jaką młody człowiek wiąże z szachami, i o wielkim sportowym marzeniu nieznanego boksera. Ta koincydencja szachów i boksu jest tu znacząca: to mimo oczywistych różnic sporty walki, a także zawiera się w niej sugestia, że znaczenie szachów jest daleko bardziej rozległe niż tylko to, co dzieje się na sześćdziesięciu czterech polach planszy do gry. A w każdym razie, że to, co się na niej dzieje, jest odwzorowaniem tego, co się odgrywa w prawdziwym życiu. Że – nawet – to, co zamknięte w szachowej klamrze, to są szachy, jakie rozgrywa wymyślonymi przez siebie postaciami narrator, dysponujący w ich świecie boską władzą, bo jest stwórcą ich świata.

Może nadmiernie ulegam szachowemu klimatowi, ale odnoszę wrażenie, że proza Marszałka jest rozgrywana właśnie po szachowemu, że jej narrator patrzy na jej bohaterów z dużego dystansu, że kieruje ich ruchami z widocznym namysłem, że opisuje ich z ostentacyjnie „zewnętrznej” perspektywy, niejako na zimno. To nadaje opowiadaniom klimat tajemniczego wyrachowania, nawet wtedy, gdy na przykład tematem jednego z nich jest miłość do dziwnej, odległej artystki meksykańskiej. Jego narrator w ani jednym momencie nie zbliża się do swojego bohatera, obserwuje go z dystansu, chłodnym okiem i wysyła na niezrealizowane spotkania z Meksykanką, zwodzącą go na najróżniejsze sposoby. Trwają podchody, aż w końcu pojawia się inna kobieta i tak historia o niezrealizowanym marzeniu kończy się finałem szczęśliwym, choć nie bohaterskim ani wzniosłym.

Dystans jest znakiem firmowym narratora opowiadań Marszałka. Szczególnie dobrze pokazuje to Opera biurowa, najdłuższe opowiadanie tomu. To opis rozległej, kombinacyjnej gry o awans „wicedyrektora w jednym z Centrów Promocji Polski za granicą”. Grę prowadzi jego żona, o wiele lepiej od niego ustosunkowana i wpływowa w świecie polityki. Marszałek przy tej okazji kpi z rytuałów rządzących światem dyplomatów, z całej jego hierarchicznej struktury, pełnej dworskich zależności, nienawiści, personalnych podchodów, tchórzostwa, kunktatorstwa. Tworzy obraz sztucznego świata, zgodnie z tytułem jakby operowego, gdzie w dekoracjach dziwni ludzie odgrywają niby prawdziwe intrygi i każdy odśpiewuje na proscenium swoją arię, by się dobrze zaprezentować publiczności. Tajemnicze intrygi to napęd operowej narracji i narrator tego opowiadania przesuwa figurami tak, by siła tych intryg narastała aż do przewidywalnego finału.

Oprócz wymienionych są jeszcze w tomie dwa opowiadania, trybem „wychłodzonej” narracji dopasowane do całości, choć opisują ważne i poruszające zdarzenia z życia bohaterów. Jedno o spotkaniu dwóch przyjaciół po wielu latach niewidzenia. Ale zamiast radości wspólnego wspominania dawnych czasów zaczyna dzielić ich skrępowanie i cały tekst jest opisem wzajemnego przyciągania się i odpychania, które w końcu przynosi ulgę i uspokojenie, że nie trzeba niczego udawać. Drugie opowiada o pełnej przeszkód podróży muzyka na koncert i powrocie do domu, gdzie wychodzi na jaw dramatyczne zdarzenie.

Narrator opowiadań Marszałka dysponuje analitycznym – i trzeba chyba jeszcze raz użyć tego określenia – szachowym umysłem, który precyzyjnie przewiduje i układa zdarzenia, lecz jednocześnie ukrywa emocje. Ale one są cały czas obecne pod jego opisem, wyczuwalne i niepokojące, tak jak przedzierająca się przez opis partii szachów wizja krwawej bitwy podsuwana przez wyobraźnię jednemu z grających w opowiadaniu Acheron. I tak jak na obrazie Jana Corneliusza Vermeyena, którego fragment pokazany jest na okładce Niedoczasu. W jego centrum znajduje się szachownica, jakby podświetlona w tajemniczy sposób, bo to centrum wydarzeń. Gracze zastygli z kamiennymi twarzami w hieratycznych pozach, a przecież tam się dzieje wiele, bo jeden to uwięziony i skazany na karę śmierci elektor Saksonii Jan Fryderyk I Wspaniałomyślny (później – w 1552 – zwolniony, ale tu przecież jeszcze o tym nie wiedział), drugi to uzbrojony, pilnujący go gwardzista. O co grają? Nie wiadomo, pewnie dla zabicia czasu. Ale można sobie wyobrazić, jakie musiało być między nimi napięcie, emocje. A na zewnątrz nic.

Rafał Marszałek: Niedoczas.
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria,
Gdańsk 2019, s. 200.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.