06/2019

Anna Spólna

Szept i lament

Tom poezji Urszuli Honek Pod wezwaniem to zbiór wierszy oczyszczonych. Nie ma w nich wielosłowia (które zdarzało się autorce w debiutanckim Sporyszu), nie ma kokieterii ani – równie drażniących u młodych poetów – kuglarskich popisów językowej zręczności. Urszula Honek pisze, jakby była medium dla opowieści, głosem z głębi pamięci. Jest w jej tomie jakaś konieczność, wewnętrzny przymus niecofania się przed tym, co trudne, drastyczne, bardzo intymne. Katarktyczne, bo przerażające i uwalniające jednocześnie, wyznania bohaterów są jednak poddane starannej kontroli – książka ma przemyślaną, wariacyjną kompozycję, współgrającą z narracyjnym charakterem wierszy.

Bo w tomie krakowskiej poetki najważniejsza okazuje się tajemnicza (i w tych niedomowieniach źródłowo romantyczna) historia jakiejś traumy czy traum, opowiedziana tak, jak jest dostępna wspominającym: w strzępach, nawrotach, refrenach. W wiejskiej scenerii, pomiędzy domostwem, które nie chroni, a lasem i wodą – przestrzenią nieoswojoną – rozsiane są niepokojące ślady czegoś trudnego do wysłowienia. Wszyscy to znamy: „Słuchaj, dzieweczko…”, „Zbrodnia to niesłychana…”, „Co to ma znaczyć? Różni różnie plotą…”, „Widzę, oni nie widzą…”. U Honek także, jak u Adama Mickiewicza, groza miesza się z sennym majaczeniem i legendą: ze spalonego domu wynosi się trupy (nigdy, o świcie), bohaterkę nawiedza topielica z dna rzeki (lato. koniec), trumny zabija się gwoździami, a twarze zakrywa kocem (z bliska), pohańbienie jest winą, choć powinno być krzywdą (lato. początek).
Bohaterowie, a zwłaszcza bohaterki, tych wierszy są naznaczeni doświadczeniami granicznymi, widzieli i słyszeli zbyt dużo. W onirycznej atmosferze niedopowiedzeń odpominają śmierć, gwałt, poronienie, krzywdzenie ludzi i zwierząt. Opowiedziane zdarzenia dotyczą przeszłości, nie do końca pamiętanej i rozumianej, osadzonej w wiejskiej wspólnotowości, która – tak jak przed dwustu laty nad Świtezią – radzi sobie z tajemnicą zaklęciem i przysłowiem, wróżbą i zabobonem, szeptem i lamentem:

mówiły: kiedy mężczyzna

całuje kobietę, trzeba zasłonić oczy, kiedy mężczyzna

dotyka kobiety, trzeba schować się za szafę, pod podłogę,

do pokoju, w którym biegają szczury, pójść do paryi,

znaleźć wydrążony kamień […]

(namaszczenie)


moje kobiety wołają: zostaw, wypluj, połknij,

moje kobiety podchodzą do łóżka,

gdy w nocy trzeba wstać i zapalić światła,

by ci, którzy wrócili, znaleźli drogę.

(oślepiło)


będziemy się modlić, żeby wszystko minęło

albo ty.

(lato. koniec)


W świecie zachowującym pierwotną wspólnotowość trwa pamięć ścisłej separacji tego, co męskie i kobiece, sakralne i świeckie, dzienne i nocne. Jednak – zgodnie z paradygmatem romantycznym – niezwykłe, a przez to naznaczone odium choroby czy dziwności jednostki poruszają się swobodnie w obu sferach doświadczeń, jak w przepowiedni:

rozmawiałaś ze zwierzętami i dziećmi,

wtulały się w ciebie. nie prowadziłaś ich

na zmarnowanie. jeżeli przytrafi ci się miłość,

będzie obłąkana.


Dlatego „głupia, brzydka dziewczyna” może lżyć mężczyzn i śpiewać lub wyć, niczym oszalała Ksenia z Zamku kaniowskiego Seweryna Goszczyńskiego, zanim zostanie uciszona raz na zawsze (moja mała). Czujne nasłuchiwanie sygnałów ma w sobie coś zwierzęcego, czysto instynktownego: „cała jesteś / w piórach, gdy w nocy słychać pukanie do drzwi. / stroszysz się” – czytamy w knutach. Dlatego stan, w którym bohaterka przestaje być nawiedzana przez nocnych gości, traktuje się w jej świecie nie jako normę, lecz przełom – przesilenie: „nie zapalam światła, choć słyszę szelest w kuchni. / nikogo tu nie ma. / nikt tu nie przyjdzie”.

W utworze Pod wezwaniem ślepe kotki są topione w gnojówce, kolędnicy roznoszą choroby i lepiej odkręcić wodę, żeby nikt nie usłyszał płaczu (⁂[ byłam ufna…]; o trosce; zachorowałam). Zwierzęta (zwłaszcza psy, bezustannie towarzyszące ludziom) opisywane są na przemian z czułością, okrucieństwem i lękiem. Bezwzględność i surowość niepisanych reguł podkreślają metaforyczne przywołania chłodu – matka jest „zimna jak rzeka wieczorem” (o trosce), może dlatego marzenie o macierzyństwie jawi się jako paradoksalne pielęgnowanie śmierci – jak w wierszu bez tytułu: „chciałam żywego, ciepłego ciała, które / rosłoby we mnie po grób”.

Pierwotne, wspólnotowe doświadczenia zbiegają się w tomie z jednostkowym cierpieniem kilku poetyckich person – zaburzonych, nadwrażliwych, porzuconych, straumatyzowanych, zrozpaczonych – których tożsamości/nietożsamości nie sposób dociec. Tracenie życia i jego bezcenna niepowrotność ma więc u Honek wymiar bardzo osobisty, a jednocześnie staje się dramatycznym rozpoznaniem okrutnej zasady świata:

po dwudziestu pięciu latach pluję nad ranem do wanny

krwią. budzę kogoś, kto już może nie potrafi mnie

kochać, żeby zobaczył, jak szybko może zniknąć

życie.

po dwudziestu pięciu latach rodzą się twoje dzieci.

po mnie nic.

(zawsze)


znajdujemy koty w sianie, jeszcze ślepe.

nie ruszaj, mówię, stary zagryzie albo matka się wyrzeknie

(miot)


Tom Pod wezwaniem zbiera głosy ludzi niepewnych, przerażonych i tęskniących za bliskością. Pokazuje, że człowieczy los – nasz lęk i zawiedzione pragnienie sprawiedliwości – wyraża się w mowie naładowanej buntem, złorzeczeniem lub błaganiem, w mocnych jak ciosy zdaniach: „a wy kurwy pod wodę / albo w płacz” (o trosce), „niech już wszystko minie / mówię. spalmy ten dom” (ostatni raz).

Honek – podobnie jak w Sporyszu – wielokrotnie sięga po aluzje religijne. Wplata je w sferę profanum, po czym urywa, by porzucone rezonowały w wierszach swoim niepokojącym tonem. Bóg nie został w nich złożony do grobu, lecz „schował się w norze” przed ludźmi (widno), to w udach kobiet „jest / królestwo niebieskie” (knuty). Szczególnie obrazoburczy i żarliwy jednocześnie jest marzec. żal, pasyjny apokryf, w którym nowa Maria Magdalena szuka ukochanego, widzi jego kaźń, po czym śni taniec w obliczu kalekiego „boga z kikutami”. Ton modlitwy współgra z tytułem książki, który wskazuje jasno na inkantacyjny charakter wierszy. Co jest w nich przyzywane? Bóg, sny, duchy zmarłych, wspomnienia – te dobre i te upiorne. Ktoś upragniony, a daleki:

tęskniłaś za nim. wychodziłaś w pola

i wołałaś po imieniu.

żal, że się nie odstanie

(prognoza)


ale także, jak w tytułowym utworze zamykającym cały tom, miłość – tak trudna, że prawie niemożliwa:


kiedy śpisz, dotykam twojego ciała, leżę z otwartymi oczami,

potem wstaję, patrzę na pogrążonych we śnie mieszkańców,

szukają w ciemności czyjejś ręki albo urny z prochem.

długo czekali na miłość. gdzie jest, gdzie jest.

[…] ktoś dzisiaj przywiąże psa

do drzewa i odejdzie


Skoncentrowana energia zdań i obrazów przykuwa uwagę, wymusza namysł, wzywa do empatii. W książce Urszuli Honek, w jej zwięzłych, sugestywnych i bolesnych wierszach odnajduję opłakiwanie metafizycznej pustki, współczucie dla ludzkiej kondycji i głód usprawiedliwienia. Jest w niej wezwanie, ujęte raz w szept, raz w głośny lament. „I ja to słyszę, i ja tak wierzę…”

Urszula Honek: Pod wezwaniem.
Wydawnictwo WBPiCAK,
Poznań 2018, s. 42.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.