10/2019

Tadeusz Komendant

Sześć gier1

Pierwsza gra – w zielone
Zdarzyło mi się kiedyś być w Chantilly, w tym miejscu, gdzie wymyślono bitą śmietanę (crème de Chantilly) i gdzie Vatel, sławny kucharz, popełnił samobójstwo, bo nie dowieźli na czas ryb. Oczywiście obejrzałem sławne muzeum Kondeuszy jak z marzeń Georges’a Pereca (obrazy są tam w XIX-wiecznym stylu naćkane) i godzinami wpatrywałem się w repliki przechowywanych tam Godzinek Księcia de Berry. Ale nie to mnie najbardziej zachwyciło. Najbardziej zachwyciły mnie w przypałacowym parku szałasy, w których oświecone damy odgrywały pasterki.

Od tamtej pory widzę XVIII-wieczną poezję właśnie w takim otoczeniu: równina płaska jak Mazowsze, nieskazitelnie zielona trawa i tu i ówdzie szykowne konstrukcje udające rudery. A zieleń jest tak zielona, jakby była pomalowana farbą olejną (podobno Antonioni w Powiększeniu, aby trawa była bardziej zielona, pomalował trawę). Dlatego nawet Sofiówka, wbrew Sofiówce, jest dla mnie zielona i płaska.

Powie ktoś, że poszukiwanie motywującego poezję krajobrazu jest nadużyciem. Może, choć za większością nie najlepszych wykwitów lirycznych Młodej Polski stoi przecież widok tatrzańskich turni, a wychowany wśród jezior Mickiewicz miał wyobraźnię akwatyczną. Natomiast jestem pewien, że wiele wierszy Grzegorza Wróblewskiego tłumaczy morze. I nie ma w tym nic dziwnego: poeta urodził się w Gdańsku, a znaczną część życia spędził w Danii.

Druga gra – w „morze nasze morze”
Morze zielone, tylko w czasie sztormu czarne, jest naturalną scenerią tych wierszy:


Niedługo dołączę do tych, którym się nie udało.

Tymczasem krwawy zachód słońca i wysuszona ryba

na brzegu. Życie jest dla tych, którzy dopiero

zaczynają żyć.


Nad morzem albo w jego okolicach rozgrywa się większość rozmów (a jakże, jest tu i latarnia morska, która każe pamiętać o Sienkiewiczu i Virginii Woolf) składających się na nieoczywiste erotyki. Nieoczywiste, bo podmiot tych wierszy, niczym And Stanisława Czycza, stylizuje się na Mistrza Cierpienia:

Czy możemy temu zapobiec?” „Masz na myśli uzbrojone

helikoptery?”. „Terror. Zacząć się mścić, egzekucja

za każdego zabitego słonia”. Siedzimy na północnych

mokradłach. Wśród koni i krów. Z dala od metropolii.

Tutaj każdego dnia o świcie morduje się wszystkie inne

możliwe gatunki. Popijamy herbatę i sennie śledzimy

wiadomości ze świata. W garnkach gotują się nasze

niedzielne kurczaki… Papież i marsjańskie mikroby.

 „Pojadę do Afryki i zrobię z tym porządek!” „Najpierw

zrób coś z własną głową”.


I tak sobie ekologicznie dogadują (wspaniałych przykładów takich dialogów dostarcza Analiza biografii doktora Goebbelsa, drukowana w „Twórczości” 2018, nr 7–8), póki on na jej przyjście nie przygotuje miseczki ryżu, mango, talerza wiśni. Wówczas, choć jest w Bostonie, napisze najpiękniejszy erotyk:

W Kopenhadze zniszczyłem niewysłane listy.

Wiem, że nie wpadną w ręce cmentarnej hieny (samolot

może wpaść do Atlantyku). To lodowate łóżko

przeznaczone jest

dla dwóch osób.


To „lodowate łóżko” – morze obecne jest także w głębokiej strukturze tych wierszy. Jak człowiek wali głową w mur (i nieważne, czy z konieczności, czy się naoglądał marin Caspara Davida Friedricha), tak morze rozbija się o falochron. Odwiecznie, monotonnie, powtarzalnie. Może morze może, człowiek do pewnego momentu nie bardzo:

Sonda Juice będzie szukać śladów życia

na księżycach Jowisza. Atrakcyjny jest

zwłaszcza Ganimedes. Woda i związki

organiczne! Powoli wypadają mi zęby…

Odpowiedź nadejdzie w 2030 roku.

Życie pozaziemskie! Będę już wtedy

wszystko dokładnie wiedział


Ale potem znów ktoś się urodzi, kto nic dokładnie nie wie. „Życie jest dla tych, którzy dopiero zaczynają żyć”.

Trzecia gra – w pomidora
Repetytywność. Bez przerwy powtarzają się tu w obrębie jednego wiersza – niczym mantry albo koany – frazy w rodzaju „dlatego trzeba testów na małpach” albo „wizyta w saunie wymaga savoir-vivre’u”.

Nie ma to nic wspólnego z powtarzalnością struktur u Tkaczyszyna-Dyckiego, stanowiącą rozpoznawalny znak jego poetyki. Ani z samooskarżaniem się poety:

Kiedy jestem

zdradzany

łapie mnie

echolalia


To nie jest echolalia. Bardziej przypomina dziecięcą zabawę, gdzie na wszystkie absurdalne pytania odpowiada się „savoir-vivre wymaga wizyty w saunie”. I niech nikt mi nie mówi, że nie pada w całym tomie słowo „pomidor”. Słowo „śmierć” też tu nie pada, choć jest to rzecz o śmierci, która robi z nas śmieć.


„Jak dobrze pójdzie, małe żuki dobiorą się do mnie

dopiero za kilka sezonów”, mówi stary Jens,

rozgryzając powoli włoskie orzechy.


Czwarta gra – w „rzucę mu pod nogi”
Ta repetytywność najbardziej przypomina miarowy, niezmienny stukot fal – przybój.

A one, te fale, wyrzucają na brzeg nie bursztyn, nie hanzeatyckie kwity, ale strzępki gazet. Zazwyczaj z durnowatymi reklamami i jeszcze bardziej głupimi wiadomościami:

nowoczesna kobiecość i styl paryski

poziom glukozy,

Nokia spełnia oczekiwania,

nerki, białkomocz,

strona używa cookies,

nie ma zgody na nacjonalizm,

minimum 4 małe posiłki,

pieczenie w naczyniu

żaroodpornym, unikaj pestek,

włochaty obiekt na Pacyfiku,

nie mówi się część,

mówi się dola,

kwas nasycony, strona używa

cookies, poziom glukozy i styl paryski,

nie ma zgody na nacjonalizm,

nerki, białkomocz, włochaty obiekt,

pieczenie tylko w żaroodpornym naczyniu


Pokawałkowane, ale rozpoznawalne fragmenty zdań, plemiennych zawołań i reklamowych inkantacji to les objets trouvés podczas przechadzek współczesnego Robinsona nadmorską plażą.

Piąta gra – w palanta
Robinsonowi Daniela Defoe morze rzucało pod nogi różne pożyteczne przedmioty, dzięki czemu mógł odbudować na swojej wyspie – praktycznie nieśmiertelny – cywilizację. A czego nie wyrzuciło morze, do tego dochodził własnym przemysłem. Nauczył się przecież wyplatać kosze, lepić i wypalać garnki, choć największe problemy miał – on, otoczony zewsząd solanką – z brakiem soli.

Wobec współczesnego Robinsona – z dawniejszym łączy go samotność – morze nie jest równie szczodre. Wyrzuca na brzeg różne strzępy, różne części, ale czy te części kiedykolwiek złożą się w całość?

„Nie mówi się «część», mówi się «dola»” – oto najosobliwsza refleksja antropologiczna, jaką da się wyczytać z tej książki.

Szósta gra
Na nią chyba za wcześnie, choć w Meksyku, w dniu święta zmarłych, bawią się piernikowymi kościotrupkami. To takie ichnie Dziady.

Cóż, tak krawiec kraje, jak materii staje; taki wieszcz, jaki słuchacz.

Grzegorz Wróblewski: Pani Sześć Gier. 111 wierszy.
Posłowie Leszek Szaruga.
Wydawnictwo Convivo,
Warszawa 2019, s. 174.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.