03/2020

Karolina Dzięciołowska

Sziwa

Stoi między Japonkami, wyższa o głowę, uśmiecha się. Dwie kobiety w kimonach, ona w bluzce zakrywającej okrągły brzuch. Jesień, zapalam kadzidło, za plecami pozujących mur ogranicza możliwość patrzenia wstecz. Dym przenika ściany, pachnie przeszłością.

Dusza ubiera ciało w łonie matki, wierzyli na japońskiej prowincji. Jestem z niejednej historii, mam kolekcję dusz, nie wykluczam dalekowschodniej.

Urodziła w Szpitalu Bielańskim. W Warszawie. Za oknem leżał śnieg. Chciała zobaczyć we mnie Buddę. Dwa miesiące wcześniej zmarł jej tata, Piotr. Przyszłam na świat w żałobie. Po dziadku, po innych, których opłakiwała jego żona, moja babcia. Ocalała Adela, w obłędzie Udel-Sura.

W żałobie pozostałam do śmierci mamy. Odprowadziłam ją tam, gdzie mnie przywitała. W Szpitalu Bielańskim żegnałam ją cudzymi słowami. Sziwa, nasze siedem, które odliczyłam sama, uwolniło piszące mnie litery.

*

siedzę na stołeczku

żałoby mięsień

sercowy naddarty

ciało z kamienia

popiół pod paznokciami

w nim drobiny krewnych nie nazwanych

wchłaniają

cząstki elementarne twojej w mojej egzystencji

w pozycji matki córki

matki embrionalnej z

urodzenia

co ja teraz pocznę

sama ze swoją śmiercią

myję się

rano i wieczorem

nie odzyskuję blasku lat

obok ciebie brudne myśli

rozdrapuję w tradycji braku

tradycji boję się

a planety krążą leniwiej a słońce chłodniejsze

za horyzontem

gdzie majaczą pocieszyciele

nisko

z podkulonymi

nogami w szafie

ile chudych lat


Biała bluzka na białym piasku. Odbite światło. Patrzę za nim w stronę morza. Na falach bałwany, usypuję zamek. Biały śnieg w białym słońcu, z sopli kapią drobiny świata. Strużki prowadzą nas ku sobie. Ciocia łapie mnie za rękę, którą wyjęłam z dłoni mamy.

Noszę kamizelki, które robi z kolorowej włóczki. Sploty przypominają jej charakter pisma. Przysyła pocztówki z obrazami Tadeusza Makowskiego, geometryczne dzieci w wysłużonych barwach, na odwrocie wpisuje wiersze Brzechwy, Tuwima, z czasem Szymborskiej, ks. Twardowskiego. Kiedy odwiedza nas w Warszawie, przywozi biszkopt i gruszki w occie. Dwa miesiące po śmierci swojej młodszej siostry w rozmowie telefonicznej wtrąca: Lucek był poetą, po czym podaje mi po raz kolejny przepis na karpia po żydowsku. Najważniejsze, przełyka smakowicie, mieć gorzkie migdały.

Lucka odszukałam w Internecie. Urodził się w Kole w 1924 roku, cztery lata później, 1 stycznia, przypłynął do Ameryki. Razem z Cerką Stryk, lat trzydzieści dwa, gospodynią domową, figuruje na liście pasażerów statku Berengaria jako Alje C. Stryk, dziecko. Zamieszkali w Chicago.

Podczas drugiej wojny światowej amerykański żołnierz Lucien Stryk służył na Pacyfiku, stacjonował na Okinawie. Wojna i Daleki Wschód wykaligrafowały w nim rzędy znaków, które starał się zrozumieć przez resztę życia. Pisał wiersze i tłumaczył haiku. Studiował na Sorbonie, wykładał w Stanach, Japonii, Iranie. Zmarł i pozostał w Londynie. Nagrodę jego imienia dostają ci, którzy tłumaczą wschód na zachód, tkają materię literatury z tego, co między słowami.

Dwa tomiki z jego poezją dostałam w prezencie. W jednym z nich znajduje się wiersz­‑pożegnanie z matką.

* (tłum.)

Trumna pod różami

w domu pogrzebowym, to

nie tam gdzie mieszkasz,

moja mamo.

Zbierając słowa dla

ojca, siostry, syna,

ciotek, szwagra i żony

na zupełnie obcej

scenie, wstępuję

wysoko ponad

narcyzami, hiacyntami

tulipanami pobliskich

ogrodów, gdzie płomienno-rdzawe

motyle tańczą wolne

pośród liści, kiedy ty

siedzisz przy mnie

we łzach przy starym,

kuchennym stole,

obawiając się chwili

kiedy odejdę, młody

żołnierz na Wojnę na

Pacyfiku.

W ciszy dotykam Twojej dłoni, obiecuję

dbać o siebie, pisać często. W

okopach, otwierając list, widzę

Cię co dzień jak wysyłasz swą

nić życia ze słów, z tamtego

pokoju. Kiedy powracam,

wchodzę po cichu i zastaję Cię

przy moich listach, które

rozkładasz jak amulety na

jasnym obrusie w kratę. Tym

razem łzy płyną ze szczęścia.

Więc po co dziś to moje

kazanie?

Ty spoglądasz zza okna,

do wnętrza, król,

któremu napisałaś

wiersz życia, duch,

skrzydła unoszą Cię

ponad różę aby

utulić Twe dzieci

i ich dzieci. Ich żal.


Cerka, Celina była spokrewniona z babcią. W powojennych latach przysyłała do Koła paczki. Dzięki niej siostry Wiktorskie nosiły się jak Marilyn Monroe. Wysmuklały talie, szeleściły spódnicami na halkach. Czerwoną jak mak mama podarła podczas wywrotki na rowerze. Gdzie w okolicach Koła znalazła górkę, zjeżdżając z której, straciła panowanie nad kierownicą, nie mam pojęcia. Miasteczko leży płasko przy ziemi. Można przejrzeć je na wylot. Widzę, jak tkanina powiewa w pędzie.

Ciotka z Ameryki zapraszała, że znajdzie dziewczynom pracę. Na jednym z przysłanych w liście zdjęć stoi obok męża, w tle stabilizacja. Samochód, przedmieścia, amerykańska sielanka. Podobno Adela uważała, że w Polsce córki zdobędą lepsze wykształcenie.

Koło leży w środku moich historii. Koło nad rzeką Wartą. Koło Chełmna nad Nerem. Z Dąbia nad Nerem pochodził dziadek Piotr Wiktorski. Jego ojciec przepadł w drodze do Ameryki. Na wykazach Ellis Island jest kilkudziesięciu Wiktorskich, którzy przybyli do bram raju między 1903 a 1914 rokiem, w okresie, kiedy mógł tam dotrzeć. Chcę wierzyć, że to jeden z nich. Miał to szczęście, że opuścił Dąbie, i pod koniec życia nie został naocznym świadkiem końca świata jego sąsiadów.

Piotr był samoukiem w dziedzinie muzyki. Jego skrzypce, saksofon, mandolina milczą na pawlaczu. Myślę z przyjemnością o tym, że zachowały odciski palców dziadka. Prawnuk zastępuje je swoimi, kiedy od czasu do czasu daje głęboki oddech akordeonowi.

Dziadek prowadził orkiestry, nauczał. Mama z dzieciństwa zapamiętała obute nogi uczniów, którzy szli przez ich dom. Ładnie śpiewała, zwłaszcza szlagiery lat pięćdziesiątych, których nuty drukowane w ówczesnych periodykach dziadek wycinał i wklejał do zeszytów. Z domowych lekcji skrzypiec uciekała bawić się z koleżankami, gitarowe chwyty opanowała na studiach. Koledzy wołali na nią Carmencita, opowiadała, że z powodu czarnych loków i instrumentu, na którym grała. A ja zgaduję, że to zdrobnienie od Carmen wybrało ją samo – jak kolejna dusza ma korzenie w hebrajszczyźnie i łacinie, oznacza boską winnicę, poemat, pieśń. Kołysała mnie do snu historią o iskierce, co zgasła, i księżniczce z piernika, którą zjadł pies, ale też wiązanką utworów, które zaczynały się od wersu: w stodole na dole na klepowisku, nie umiał całować, dostał po pysku.

Gdzie w Kole lat trzydziestych Polak mógł nawiązać romans z Żydówką, Żydówka z Polakiem? Mijali się na Toruńskiej? On z jasnym, naiwnym spojrzeniem, ona zerkająca spod prostych czarnych brwi, starannie uczesana, z miękką falą nad czołem. Może udał się do zakładu fryzjerskiego, gdzie pracowała, zanim u fotografa pozował do zdjęć, z których znam go bez wąsów. Usiadł na krześle z rzeźbionym wysuwanym podgłówkiem, nadstawił głowę pod dotyk jej rąk. Gdzie przekroczyli granice normy polsko-żydowskiej nie-wspólnoty?

Rodzina babci co najmniej od stu lat związana była z Kołem. Jojne Finkielsztajn, jej ojciec, był felczerem. Jego portret wisi w pokoju mamy. Uważała, że był przystojnym mężczyzną. On zrezygnował z brody i pejsów; czy jego żona, Róża, Roska z domu Brukstein, nosiła perukę? Tradycyjnie rodziła dzieci, mieli ich sześcioro. Z genealogicznych ustaleń wynika, że najdalszym pewnym przodkiem ze strony Roski, jest Juda Iser Brukstein, który urodził się koło 1820 roku i poślubił Surę Konińską. Rodzice Jojnego, Jankiel i Chaja z domu Moszkowicz, należeli do tego samego pokolenia. Jojne miał czworo rodzeństwa, Roska sześcioro. Lubię czytać na głos ich imiona. Brat i siostry pradziadka: Dawid, Frymeta, Ruchla Laja, Chaja Jenta. Siostry prababki: Udel, Blima, Tauba, Hinda, Laja, Estera. Poza Chaną, po której imię dostała mama, nie znam płci rodzeństwa babci. Kiedy pradziadkowie zmarli, Udel-Sura miała szesnaście lat, była najstarsza, i to ona zajęła się młodszymi. Żeby wyjść za mąż za dziadka, ochrzciła się. Tylko Chana utrzymała z nią kontakt, pozostali wyklęli. Nie ustaliłam daty ich ślubu. Który z kolejnych miesięcy 1933 roku wybrali. Luty, kiedy Hitler został kanclerzem Rzeszy? Marzec, w którym partia NSDAP zwyciężyła w wyborach do Reichstagu, a w Dachau powstał pierwszy nazistowski obóz koncentracyjny? Może pobrali się w kwietniu, kiedy utworzono Gestapo, lub w maju, kiedy na ulicach Berlina płonęły książki. W lipcu zdelegalizowano działalność partii politycznych, a w październiku Niemcy wystąpiły z Ligi Narodów. Wiosną 1934 roku Piotrowi i Adeli urodziła się pierwsza córka Aniceta, pierwszego dnia lata 1937 roku przyszła na świat Hania. Niemcy zbombardowali kolski dworzec 2 września 1939 roku, do miasta wkroczyli w połowie miesiąca. Kilka tygodni później, nie ruszając się z miejsca, rodzina mieszkała w Warthbrucken na terenie Kraju Warty. Wcielone do III Rzeszy ziemie miały ulec całkowitej germanizacji. Wyniszczenie Polaków obliczono na kilka dziesięcioleci, czas zagłady trzystu osiemdziesięciu pięciu tysięcy Żydów tego obszaru miał być znacznie krótszy.

Stare życie spłonęło z synagogą przy Starym Rynku jeszcze we wrześniu. W październiku pięć tysięcy kolskich Żydów nałożyło żółte opaski. Niemiecki zarząd przejął należące do nich sklepy i warsztaty. Nakazy i zakazy obejmowały pochówek, chodzenie chodnikiem, zakupy, codzienność. Pod pozorem szukania broni grabiono mieszkania, poza pieniędzmi zabierano pościel, ubrania, meble. Pościel, ubrania, meble. Ale nie zdjęcia.

Nie wiem, przy której ulicy mieszkali do wojny. Dom, który znam, wybudowano w 1956 roku. Babcia była żoną Polaka, chrześcijanką, ale dziewczynki nie były ochrzczone. Zachodzę w głowę, co robili, kiedy dzień po dniu historia się zagęszczała. Czy widzieli z okien dymy znad dworca i synagogi? Jak przyjmowali kolejne niemieckie rozporządzenia? Kontaktowali się z żydowską rodziną?

w ziemi ze

spadku

grabarze

wykopali fundamenty

postawili

ściany aż pod

dach

na strych

poniżej ja

niewykończone

piętro meble

zakurzone słowami

spękana szafa

ukryła historię którą

odbija lustro

twarze w smugach na szkle

snują się w pył wnętrza

to co minęło

odwrócić

zakryć

materią

jeśli wejdę na górę

przyjmę kamienne

tablice z imionami

czy to będzie nowy dom


Dom, który znam. Sześcian z oknami w kolorze powietrza o zapachu węgla. Zimno. Głuche pianino, plastikowe bukiety w wysokich wazonach, ogródek, w którym nie owocowała morela. Bawiłam się cukiernicą przy okrągłym stole w pokoju, w którym leżała babcia. Cukier nigdy nie był sypki. Smak tego domu to zawilgocona maca przechowywana na półce mebla z lustrem. Odbijało moją postać niewyraźnie, w tle wyraźnie widzę jej łóżko. Nie widziałam jej w pozycji innej niż pozioma, na lewym policzku miała znamię lub strup. Milczała, a ja się bałam do niej podejść. To były lata stanu wojennego, zdarzało się, że jeździłyśmy z mamą do Koła autostopem. Pamiętam wojskowe posterunki, za którymś razem dorośli kazali mi przed kontrolą położyć się na tylnym siedzeniu, czułam, że jestem nielegalna.

Kiedy babcia zmarła, udawane życie wyprowadziło się z domu na amen. Rodzinne, czteroosobowe nigdy się tam nie toczyło. Mama w roku, kiedy dom stawał, wyjechała z Koła na studia, ciotka była już od trzech lat w Łodzi. Może dlatego dziadkowie nigdy nie wykończyli piętra. Górę, zastawioną starymi meblami, wspominam najlepiej. Znajdowała się tam skrzynia wypełniona pocztówkami i listami od przyjaciół i znajomych zapisanych pozdrowieniami, relacjami z innych miejsc. Pulsowało w nich życie, którego brakowało mi w murach tego budynku.

Czuję, że w babci jest przerażenie. Czuję, że ona wie, że boję się jej lęku. Czuję, że ten lęk jest nie do nazwania, czuję go w płycie nagrobnej, na której figuruje z dziadkiem pod polskim nazwiskiem. Czuję szarość domu, który zbudowała na działce, którą odziedziczyła dzięki wyrzeknięciu się siebie, zbudowaniu siebie od nowa. Czuję lęk tych, którzy tej działki byli właścicielami, jak bali się dzień za dniem, noc za nocą, godzina za godziną, minuta za minutą, sekunda za sekundą, i ten lęk się spełnił, bo zginęli zaspalinowani w ciężarówkach, a dusząc się, bali się bólu, który czuli, i tego, że nikt się o tym nie dowie i nikt nie dowie się, gdzie zgniją, gdzie dotkną ziemi, gdzie, w którym miejscu w tą ziemię, na której żyli w lęku od setek lat, w ten proch się obrócą, z którego powstali.

Czuję, że ciocia się boi. Czuję, że lęka się, że leży tak samo jak jej mama, tak samo odchodzi w pozycji leżącej w lęku, że nie jest sobą, że opuściła siebie, że opuściła tych, których opuścił świat, i którzy ten świat opuścili w lęku.

Czuję, że mama jest smutna. Czuję, że jej śmiech i słoneczność to pogromcy lęku. Czuję lęk, kiedy płacze, bo domyślam się, że łzy to zasłona dla spraw, których odbicie widzi tylko pod powiekami albo o których sama nie wie, tylko je przeczuwa, bo odczuwanie lęku to była baza jej dzieciństwa. Czuję, że lęka się tego, co wie jej ciało, które zapada na kolejne choroby. Czuję, że kiedy oddalam się w dorosłość, zapada się w siebie, bo za bardzo lęka się samotności. Bo samotność to lęk.

Czuję lęk. Boję się kontaktów z innymi. Wstydzę się. Boję się szkoły. Boję się silniejszych ode mnie. Boję się latać samolotem. Boję się podejmować decyzje. Boję się o moje dziecko. Boję się. A kiedy się boję, czuję. Co czuję? Czuję swoje ciało, które opowiada mi o tym, czego nie opowiedziała mi babcia, mama i ciocia. Czuję bezdech, ból w klatce piersiowej, wzmożone bicie serca, czuję napięcie mięśni karku. Boli mnie lęk. I czuję ból, że ten ból czuje moje dziecko.

Mama pokazała mi lata temu orzeczenie sądu, zażółcony papier, na którym organ sprawiedliwości po postępowaniu spadkowym, jakie toczyło się do 1949 roku, wylistował spadkodawców Adelaidy. Urzędowe pismo zawiera imiona, nazwiska i daty zgonów – między 1941 a 1944 rokiem. Znaczenie tego zapisu dotarło do mnie, kiedy sama w drodze spadku stałam się współwłaścicielką nieruchomości. Od cioci dowiedziałam się wtedy, że rodzina, do której należał grunt, handlowała kurami.


*

w drodze

utraty

nabyłam

spadek

zawierał

nazwiska


Daty śmierci wskazują, że niektórzy posłużyli jako materiał doświadczalny procesu Zagłady. W odległości kilkunastu kilometrów od Koła, w Chełmnie nad Nerem, Niemcy zorganizowali ośrodek-preludium, gdzie każde potknięcie, nieudana próba eksperymentatorów i tak kończyły się sukcesem. Jadąc autostradą wolności na północ, na około sto osiemdziesiąt kilometrów od Warszawy, po prawej stronie, widzimy – zwłaszcza wczesną wiosną, kiedy zielona mgła zaczyna tłumić przestrzeń – sielankowy obraz. Biały kościół na wzgórzu, kępy drzew, dachy domków, miłe oku szerokie plany. Kulmhof. Z tego wzgórza, spod tego kościoła, odjeżdżały do lasu rzuchowskiego ciężarówki z towarem ludzkim.


Jechaliśmy szosą na Koło. Od Neru wiał wiatr. Wiosna, wiosna, zielono mi. Słyszałam Szymka śpiew. Mijały nas ciężarówki. Kierowcy w kabinach, towary w ładowniach, spaliny w rurach. Jechaliśmy szosą na Koło. I hulał wiatr. Hulaj dusza, kościół na wysokościach. Plac budowy, pamięć w remoncie. Maszyny ciążyły ziemi, budynek powstał z martwych. Patrzyłam w dół. W dół.

Jechaliśmy szosą na Koło, słyszałam Szymka śpiew, refren po wodzie na północ południe korytem rzeki między brzegami osadzał się na liściach i trawach. Jechaliśmy szosą. Dookoła. Po obwodzie lasu w pień wyciętego i w pień sadzonego. Ci, co jadą, są w drodze. Przestrzeń z wami.

Najprawdopodobniej w listopadzie 1939 roku państwo Wiktorscy z córeczkami zostali przesiedleni w okolice Krygu – dziś rzeszowskie. Dzielili dom ze znajomymi z Koła. Zrobili tam, zrobiono im – kto? – zachowało się, zachowali zdjęcia z tego miejsca. Zastanawiające, jak wiele. Z lata i zimy. Z łąki i zmrożonych pól. W tle szyby naftowe.

Zdjęcie. Tydzień po szóstych urodzin Hani, w czerwcu 1943 roku, ustawili się wszyscy na murowanych schodkach. Kobiety trzymają bukiety polnych kwiatów. O dziewczynie bez imienia i nazwiska, która stoi obok babci, wiem, że była zakochana w młodym mężczyźnie, uczniu dziadka – i on jest w kadrze. I wiem, że to ona poszła z donosem na policję. Dlaczego?

Inne zdjęcie. Z fragmentem pieczątki. Twarz babci wychudła, fotograf wytrzymał jej spojrzenie. Dziewczynki trzymają się za ręce, ubrano je w jednakowe sukienki, chyba stoją na śniegu. Ktoś dorysował starszej kokardę i kolczyki. Są młodsze niż na zbiorowym zdjęciu od frontu domu. Na odwrocie opis, który bardziej kojarzy się z dokumentem tożsamości: „Aniceta i Anna Wiktorskie, córki Adelajdy i Piotra urodzone w mieście Kole nad rzeką Wartą, Aniceta w Marcu 30. 1934 r. Anna w Czerwcu 21. 1937 r.”.

Co zapamiętały siostry?

Jak przyszli Niemcy, a one siedziały na kołdrze, pod którą ukryła się mama. Jak zabrali ją policjanci. Jak wróciła, ale wkrótce znikła i nie wolno było wiedzieć, gdzie jest. Jak je umieszczono u dobrych ludzi i dziadek czasami przychodził po nie i razem szli spotkać się z mamą. Jak Hania z tęsknoty podbiegła do mamy i trzeba było szukać nowej kryjówki.

Po śmierci mamy co tydzień dzwoniłam do ciotki. Od kilkunastu lat nie schodziła z trzeciego piętra w bloku bez windy, odmówiła operacji biodra. Świat obserwowała zza kuchennej firanki. Opowiadała o swoich jaskółkach na balkonie. Posyłałam jej pstrokate karty, a w nich pstrokate wiersze o ptakach. Czasami tłumaczenie Lucka. Lawirowałam, żeby dać do zrozumienia, że chcę pozbyć się domu, którego od jakiegoś czasu byłyśmy współwłaścicielkami. I miałam nadzieję, że jeszcze coś jej się wymsknie. Że czegoś poza przepisem na karpia, biszkopt, rosół się dowiem. Ale ona dobrze za tą firanką się schowała. I uparcie, do końca, namawiała mnie, żebym ochrzciła Szymka.


*

kuchnia mojej ciotki aromatyczna

przyprawiona pleśnią

zwietrzałą firanką krochmaloną

kaczką z jabłkami karpiem po

żydowsku zatrzaśniętymi

oknem

na cztery spusty

wypaczonych szuflad

obfita w przetwory

według przepisów ukrzyżowanych

pinezkami słoiki pełne pełniejsze

puste

dorodnych klapsów

ogórków w formalinie czasu

kuchnia mojej ciotki wystawna w pokrywki

tarcze na głód garnki

chochle sitka z

martwymi okami

przeterminowane dania bez terminów przydatności

zasobna w plastiki

materię o funkcji zasadniczej

przetrwania

suta w okruchy chleba naszego powszedniego robactwo

lepką teraźniejszość życia


Po powrocie do Koła mieszkali w szeregowcach wybudowanych przez Niemców w czasie wojny. Najbliższą koleżanką mamy stała się Teniusia. Połączyły je wielkie tajemnice, jakie wyznały sobie na klatce schodowej. Moja mama jest Niemką, wyszeptała Teniusia. Moja mama jest Żydówką, wyszeptała Hania.


Dookoła stołu, przy którym bawiłam się cukiernicą, krążę od dekady razem z własną rodziną. Stolarz na zamówienie dziadka przygotował go w prezencie imieninowym dla babci. Nosi ślady tamtej codzienności, dziadkowych napraw. Meble z niewykończonego piętra zabrałam dopiero po sprzedaży domu. Proces, formalności i procedury w urzędach przedłużały się, jakby moje duchy chciały pozostać demonami. Czucie starałam się wprowadzić w tabele, znaleźć odpowiednie dla zmysłów formuły. Latem, w drodze, kolejnej ucieczce, obiecałam, że sprawię im inny nagrobek. Znajdę kamień, który rzeczywiście będzie ich kamieniem. Niech odpuszczą. Odpuśćmy sobie.


Może to jest pożegnanie. Pogodzenie się z nieobecnością. Decyzja o pozostaniu ze wspomnieniem. Pójście dalej dokąd. A może pożegnanie jest poezją, wierszem. Doświadczeniem chwili, ulotnego, momentu pięknego lub okrutnego. Tego, co trwa za długo, ale też mija. Rozstaniem z myślą, dotknięciem, przebłyskiem zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. Albo że nie chodzi o nic. Że chodzi tylko o życie.


*

w alejach parku

jego cesarskiej

mości kłania się

słońce

długie cienie

trzymają nas na uwięzi popołudnia

jak linka latawiec

co ściga się

z samolotem tnącym niebo

w ciszy

krakania

gromadzą się

czarne ptaki


Dzięki Luckowi poznałam haiku. Dobrze mi w tym rytmie. Nieważne, w murach Tokio czy osiedla Ruda, w świątyniach Kioto czy Jerozolimy. Lubię złudzenie, że w oparach onsenu oczyszczałam ciało i witałam moje dusze.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.