05/2018

Marek Sołtysik

„Sztuka porusza prawdę”

Bereza: – Śniłeś mi się wczoraj.
Ja: – Przepraszam cię za to, Henryku.

Rajmund Kalicki, Dziennik podróży na Ocolorę


Ciąg ulicy Wiejskiej w Warszawie. Redakcja „Twórczości”, na parterze, w oficynie, zacisznie. Kawiarnia „Czytelnika” dwie bramy dalej; przed czterdziestu z górą laty w „Czytelniku” wydawałem pierwsze książki, w piwnicznej a jasnej kawiarni spotykałem się z najlepszymi twórcami. W tej kawiarni nie byłem od ćwierćwiecza. I nie dlatego, żebym się zmienił. Logo „Czytelnika” pozostało na drzwiach, a drzwi dopada nieudolny, swoją miernością sam się wykluczający polityk. Okrzyczany, schroni się przed dziennikarzami w kawiarni „Czytelnika” człowiek, którego śliski wzrok zdaje się zdradzać, że w życiu z własnej woli nie przeczytał ani jednej książki. Dużo się zmieniło, zbyt wiele zostało rozmienione na drobne z niekorzyścią, no, choćby dla literatury.

Jak to widzi, jak odbiera inny pisarz? Od czterdziestu czterech lat przychodzi, żeby myśleć, jak myśli zawsze, i pracować jako redaktor, do takiego miejsca, które dla mnie, gdy w roku 1975 odwiedziłem je po raz pierwszy, stało się łatwą do zapamiętania oazą niezależności twórczej, wytwornym a domowym antyszambrem Parnasu, miejscem uprzywilejowanym, a może raczej dla uprzywilejowanych z tego względu, że mają talenty, wreszcie schronieniem przed natarczywością miernoty. Mówiąc po ludzku: Rajmund Kalicki, tłumacz współczesnych klasyków języka hiszpańskiego, znawca Borgesa, przenikliwy interpretator Gombrowicza, dobry znajomy pisarzy argentyńskich z kręgu autora Ferdydurke, zafascynowany Argentyną podróżnik literacki, jest redaktorem „Twórczości”.

Obraz z lustra odbity w innym lustrzanym obrazie. I niby powinno być łatwo, a przecież dziwnie opornie pisać o tej niezwykłej książce, bo skoro jest ona w jakimś stopniu lustrem, to odbija większość tych samych postaci, które już zostały utrwalone w moim lustrze. Bo Rajmund Kalicki – choć Dziennik podróży na Ocolorę (Wydawnictwo Melanż, Warszawa 2017) jest głównie książką o nim – zawarł w tekście i, jak się okaże, wokół tekstów kilkadziesiąt brawurowych portretów tych osób ważnych dla kultury światowej w mijającym półwieczu, które i ja znałem, także tych, które wzajemnie sobie kiedyś przedstawiliśmy. Portrety szkicowe z założeniem pełni.

Przychylny obserwator, spokojny domator, samotnik w podróżach artystycznych, wykształcony archeolog, pisarz, tłumacz i filozof, zaryzykuje własne bezpieczeństwo, zdrowie, w pewnym przełomowym momencie także spokój ducha, żeby wydusić słodką tajemnicę doskonałości drzeworytów Jerzego Panka. Przedzierając się przez jeżyny galicyjskiego chamskiego chłodu, który – on sam: podwileński, dobrze osadzony w podwarszawskich piaskach – początkowo brał za łaskawą elegancję, do tego stopnia nie pojmuje takiej egzotyki, że wracając przez tamten mniej strojny krakowski Kazimierz od drzeworytnika, który pokazał mu swoją drugą twarz – czy istotnie twarz kupczyka z partykularza? – szuka nadziei, patrząc w gwiazdy. Nie, żeby odnosił nieodparte wrażenie, że księżyc się na niego wypiął. Księżyc się wypiął, to fakt.

Z Jerzym Nowosielskim inaczej: artysta i myśliciel, mistyk, nadwrażliwy, a przecież rozwibrowany od namiętności, z dystansem do siebie jako do powłoki szarpanej nałogiem, dawał gościowi z Warszawy intelektualne dowody przyjaźni, a żona artysty, także z gruntownym wykształceniem plastycznym, dbała o ty, by pan Rajmund nie szedł na pociąg z pustymi rękami.

Artyści i żony artystów. Oraz rodziny. Stosownie leżakowana notatka Rajmunda Kalickiego. Rok 1996. Retrospektywna wystawa malarstwa Tadeusza Piotra Potworowskiego, znakomitego malarza wywodzącego się z kapistów, ale – podobnie jak Czapski – tworzącego poza ordynkiem.

Odkrywam dla siebie zielenie i szarości, piękną gamę barw szarych, często na jednym obrazie.

Syn Potworowskiego, pan w wieku niemłodym, mówi o ojcu: – Słyszałem, że to wielki malarz, ale dla mnie, dla młokosa w polskim emigracyjnym Londynie, długo był to tylko podporucznik.


Kapitalne. Aura jak z Dygresji na temat kaloszy, emigranckiej powieści Michała Choromańskiego. Ale tu, i potem w paru jeszcze miejscach, pozwolę sobie dodać co nieco od czytelnika, który niejako współodczuwa. W powojennych Kielcach dorastał siostrzeniec Tadeusza Piotra Potworowskiego i on doskonale wiedział, kim przede wszystkim był jego wujek. Siostrzeniec nazywa się Andrzej Płoski, był moim kolegą w krakowskiej ASP, mieszka w Malmö i jest znakomitym rysownikiem. Niedaleko jabłko… Żywa książka Rajmunda Kalickiego dodatkowo ożywia czytelnika.

Autor, poszukiwacz prawdy w harmonii dzieła, przez chwilę przystanąwszy na jednym z etapów, dzieli się spostrzeżeniem, w którym nie ma optymizmu, ale jest sens, jego ślad w każdym razie:

Literatura to nie Ocolora. To ledwie kostur podróżny, na którym można się oprzeć i nacięciem zaznaczyć kolejny dzień wędrówki znikąd donikąd.


Śmierć się krząta pomiędzy niefikcyjnymi bohaterami książki. Rodzaje umierania, przyczyny, objawy. Reakcje na śmierć. Najbliższa rodzina oraz postacie ze światowych leksykonów. Prywatne umieranie wielkich twórców na linii Otwock–Warszawa, ul. Wiejska. Na linii Warszawa–Kraków. Coraz częściej na linii Warszawa–Buenos Aires.

Stachura przypatrywał mi się i mówił: – Widzę pana na wylot, niech pan rzuci to myślenie.


I następny, bardzo dla mnie ważny, wspólny znajomy – opiekujący się chorym Stedem, wcześniej pomocny Gałczyńskiemu, jeden z najszlachetniejszych ludzi, jakich poznałem w życiu – Ziemowit Fedecki, uroczy purysta językowy, szef działu poezji (gdy debiutowałem cyklem wierszy) w „Twórczości”, mądrze przedstawiony w najnowszej książce Kalickiego.

W trzydzieści lat po śmierci Jarosława Iwaszkiewicza (do dziś pamiętam ciepły dotyk szorstkiej dłoni podczas pierwszego przywitania w 1975 roku), najważniejszego dotychczas spośród redaktorów naczelnych „Twórczości”, człowieka, który w prozie i w późnych wierszach dysponował wręcz jako tworzywem kwestią ostatecznego odchodzenia doczesnego, Rajmund Kalicki podaje jedną z domowych anegdot, związanych z zażyłością z osobami innego wymiaru, za relacją przybranego syna autora Oktostychów, Wiesława Kępińskiego, który odwiedziwszy redakcję „Twórczości” w trzydzieści lat po śmierci Iwaszkiewicza, opowiadał:

Wieczór, już ciemno. Iwaszkiewicz z panią Anną leżą w swoich metalowych łóżkach i nagle słyszą huk, coś uderzyło, może się przewróciło. Pan Jarosław wstaje, wychodzi. Na korytarzu na podłodze widzi myśliwskie trofeum, które spadło ze ściany.

– Co to było? – pyta pani Anna.

– A nic… potrąciła kosą! – Iwaszkiewicz.


Przygotowania się Jerzego Nowosielskiego do godziwej, chrześcijańskiej śmierci. Ostatnie półrocze bez (śladu) świadomości (umierania). Ironia czy taki porządek? Jerzego Panka praca twórcza do ostatniego dnia; usiłował udawać, że nie zauważa śmierci, sybaryta dotknięty chorobami, które czynią pacjenta nieestetycznym. Jerzego Stajudy odwaga w beznadziejnym cierpieniu, w otoczeniu tego, co dlań najważniejsze: narzędzi pracy malarza, dwóch fortepianów, czułości kobiety (kobiety, nie damy – poprawił kiedyś dżentelmena Kalickiego). Śmierć we śnie, łagodna śmierć artysty, Jerzego Tchórzewskiego. Ostatnie miesiące niedługiego życia wielkiego człowieka teatru Zygmunta Hübnera – wyplątane z notatek w papierach pośmiertnych Stajudy (przepisanych, opracowanych i wydanych przez Rajmunda Kalickiego, który w swoim Dzienniku pisze w połowie września 1997 roku po obejrzenia w telewizji Kartoteki Różewicza):

To i tamto przypomina mi notatki Stajudy […] i zapis o Hübnerze, który tu się pojawia, a u Stajudy krzyczy w banku, mocno już chory, bo nie umie wypełnić blankietu i jest wściekły na świat i na siebie. – Efekt teatralny – komentuje Łomnicki i chce wykorzystać ten krzyk w swojej robocie. Jakiś czas potem Hübner umiera.


Na wieść o śmierci Iwaszkiewicza Jerzy Lisowski


zjawił się w redakcji [„Twórczości”] w marynarce i z krajką, którą jako wróg burżujów nosi zamiast krawata na wyjątkowe okazje. […] Wrześniowa niedziela 2004. Telefon od Janusza Drzewuckiego, wczoraj zmarł Jurek Lisowski. […] minister kultury mianował naczelnym Bohdana Zadurę. Marian Grześczak nie zgodził się zostać zastępcą.


Zespół wówczas się bardzo odmłodził. I zmieniło się oblicze pisma, czego Rajmund Kalicki nie mówi wprost, ale co się obserwowało przez kilkanaście miesięcy – do momentu, kiedy czas swym upływem wygładził kanty.

„Ocolora to miejsce, do którego można wracać pamięcią. Żeby wrócić, trzeba iść przed siebie” – pisze Rajmund Kalicki. W jego księdze życia (w księdze jego życia) nie ma śladu frazesu; odnoszę wrażenie, że autor aż tak bardzo unika napuszenia, że musi przez nie przejść, żeby wyjść ze słowem świeżym jak gest dziecka – ale ze śladem przejścia przez coś, czego bardzo nie lubi.

A żeby dotrzeć do tamtej Iwaszkiewiczowskiej redakcji „Twórczości” (którą i ja wciąż doskonale pamiętam), do pomieszczenia przy ulicy Wiejskiej, gdzie i dla niego, zatrudnionego redaktora, i dla mnie, autora, kryła się tajemniczość, musi się iść dalej. Dzisiejsza „Twórczość” bez tajemnicy. „O kolegach z redakcji, o całej tej literackiej otoczce, myślę mało. Zastanawia mnie bardziej, co sprawiło, że łatwo rozszyfrowałem kod kierujący ich grą” – pisze redaktor Kalicki, w latach siedemdziesiątych XX w. najmłodszy członek redakcji, obecnie najstarszy. O byłej „Twórczości” pisze:

Układ nie był spolegliwy, ale na swój sposób trwały, bieguny duchowe zmieniały się nie częściej niż magnetyczne, ziemskie, dorobek w niewielkim stopniu określał miejsce w grupie. […] Gdyby talent decydował, ani Iwaszkiewicz, ani Miłosz nie musieliby iść na kompromisy. Wyjdzie jeszcze trochę kurzu z zakamarków, jak zawsze po czasie, gdy nieśmiali nabiorą odwagi.


Autor Dziennika podróży na Ocolorę, znakomity tłumacz, z wykształcenia archeolog śródziemnomorski, znalazł się w „Twórczości”, wówczas miesięczniku, w którym druk nobilitował, w roku 1974, już po wczesnym, w czternastym roku życia, i następnych pobytach w Argentynie, gdzie m.in. odbywał studia z zakresu filmu dokumentalnego, wszedł do zespołu redakcyjnego złożonego z tyleż wybitnych ludzi literatury, czynnych, co soczystych osobowości. Większość z nich poznałem osobiście w rok później. A świetnego pisarza Jorge Di Paola, zwanego Dipi, jednego z przyjaciół Gombrowicza, gościłem wraz z Rajmundem Kalickim w Krakowie. Zdjęcia mi poginęły w zawieruchach życiowych. Ale obraz stworzony z doświadczeń i wspomnień Rajmunda Kalickiego nakłada się na mój obraz i w rezultacie na plan pierwszy wysuwa się ruch wydobyty z malowniczych strzępków po rozdarciach pamięci.

Na kartach książki areopag postaci z „Twórczości” i w ogóle: Andrzej Kijowski, Anna Tamara Baranowska, którą jako dziewczynkę emablował w Drohobyczu Bruno Schulz, Andrzej Biernacki, Zbigniew Bieńkowski, Tadeusz Komendant, Tadeusz Konwicki, Artur Międzyrzecki, Jerzy Piórkowski. Pewną myśl można by sformułować następująco: autor z ciepłą sympatią przybliża nam słabostki i śmiesznostki, niekiedy nieporadności wielkich ludzi, z którymi był blisko przez lata. Uważam jednak, że podobne stawianie sprawy krzywdziłoby autora Dziennika podróży na Ocolorę – pisarza widzącego wyraźnie w tych zabawnych śmiesznostkach bliźnich ślad okrucieństwa. Jeżeli Henryk Bereza – postać kontrowersyjna, neurotyk bywający przenikliwym krytykiem, zresztą szanowany przez Kalickiego i traktowany jak przyjaciel, którego można, a niekiedy trzeba wyprowadzać z błędu – jeżeli więc Bereza z lekceważącym machnięciem ręką mawia o jednym, drugim i trzecim dobrym pisarzu, którego sam jednak nie ceni: – „Niech sobie żyje”, to choćbym nie chciał, muszę się trwożnie zastanowić, co mógłby nawyczyniać Bereza, gdyby mu dano władzę absolutną. Miły, uroczy kot, z narowami drapieżnika, powiększony piętnastokrotnie. Człowiek-ofiara nie uszedłby z życiem w zetknięciu.

I na odwrót – nie szczędząc cierpkich uwag podczas portretowania kolejnego kolegi redakcyjnego, Juliana Stryjkowskiego (a ja zawdzięczam mu piękny debiut prozatorski w sierpniowej „Twórczości” 1976), dotyczących „jego emocjonalnego rozgorączkowania”, gdzie indziej żartując: „pada leniwie, oszczędnie, jakby to Stryjkowski musiał płacić za deszcz”, powie, co najważniejsze: „Myślę, że to wielki pisarz”.

Autor wie, co mówi. Jest, w swym półcieniu, na zwycięskiej pozycji.

Włodzimierz Sołowiow ma chyba rację, kiedy pisze o wszechogarniającej nas jedni, ale wiemy też, że spotkanie wszystkiego i wszystkich zawsze poprzedzają zmagania przeciwieństw i różnic. Z oddalenia, jakim niektórzy nazywają samotność, lepiej widać to, co się gubi w tłumie; mrok jest dziś pełen ludzi, a po świetlistej Ocolorze, krainie poetów, błąkają się sami pustelnicy.


Rajmund Kalicki znakomicie charakteryzuje postać Jerzego Panka, niekiedy posługując się wyłącznie dialogiem. Zapis z 10 czerwca 1992 roku:

O kolekcjonerach i kolegach po fachu. Ostro. O poecie Jerzym Harasymowiczu (Broniuszycu): – Staje taki chuj w oknie i woła do Jasia Stoberskiego: „te, kurdupel!”, i chowa się… To popędziłem z pracowni.


Wszystko się zgadza. Mam tu zakończenie tego samego popołudnia w mojej wersji, poczynionej z pomocą ulotnych dzienników znakomitej cichej malarki, Marii Więckowskiej, której mieszkanio-pracownia sąsiadowało z mieszkanio-pracownią Panka. Więckowska miała zwyczaj trzymać pozaczynane obrazy olejne na korytarzu domu artystów:

Do tej pory współmieszkańcy rozumieli, nikt nie zgłosił sprzeciwu, obrazy przydawały temu miejscu kolorytu lokalnego, przez te piętnaście lat nie zaginęło ani jedno spośród kilkudziesięciu płócien, toteż odbił się echem po Krakowie gorszący fakt zniszczenia powstającego obrazu-reliefu Marii Więckowskiej, pozostawionego przez artystkę do przeschnięcia, przez powracającego od Jurka Panka poetę lirycznego, piewcę uroków połonin [łatwo zgadnąć, że chodzi o Broniuszyca], który jako człowiek ciekawy wszystkiego, a zwłaszcza tajemnic materii, z której składa się autentyczna sztuka, wsadził palec do gęstej farby, a chcąc się koniecznie przekonać, jakim sposobem malarka uzyskała i świetlistość, i szczególną, sugestywną przestrzenność – zniszczył obraz, a aura i charakter namalowanej postaci, utrwalonej chwili, zniknęły definitywnie. Nie do powtórzenia. Już nigdy.


(Marek Sołtysik, Dzidzia z Palmy; obszerny fragment jeszcze nie wydanej vie romancée o Więckowskiej publikowała „Twórczość” w lutowym numerze 2016).

Świetne, wrażeniowe wizerunki artystów, oprócz wcześniej tu wymienionych: Tadeusz Brzozowski z odbitym w lustrze Andrzejem Wajdą i z tajemnicami zakopiańskich nocy; Tadeusz Kulisiewicz (Kalicki: „najlepszy w wyrażaniu nieobecności”), w czerni i bieli, i w dobie choroby, w łóżku, z krucyfiksem pod ręką oraz z lukrowanym na biało i różowo sercem z piernika; Stanisław Fijałkowski, mistrz i obrońca dobrych obyczajów w stosunku do artystów i ich dzieła; wspominany tweedowo Jan Cybis; Edward Dwurnik z siłą, przez którą przebija liryczna delikatność; Franciszek Maśluszczak i syn artysty, intuicjonista-weredyk; ostrożny Stanisław Dawski; niepewny własnej artystycznej siły Edward Krasiński; zaprzyjaźniony z pisarzem Paweł Lasik. Wreszcie Kantor (co na to tak do pewnego momentu ceniony, że prawie aż ukochany przez Kalickiego Kraków?!):

Dziadek Pendereckiego przestrzegał go przed lenistwem: – Krzysiu, jak się nie będziesz uczył, to skończysz jak Tadeusz [Kantor]!

Wiedział, co mówi. Tadeusz był jego chrześniakiem.

Kantor malarzem był żadnym, był sprawnym treserem ludzi. To umiał, to mu wychodziło, choć nie za sprawą talentu, ale raczej z powodów charakterologicznych.


Skoro Penderecki, to znowu Panek (przez kilka lat mieszkali w jednym domu artystów, w którym Panek pozostał do końca).

Zarówno do pracowni Jerzego Panka, jak i Jerzego Nowosielskiego to ja Rajmunda Kalickiego wprowadziłem, o czym w książce pisze autor dokumentalnie (przypominając mi podczas lektury okoliczności towarzyszące, ważne, jak widzę, podczas procesu rekonstrukcji autobiografii). I teraz wracamy do leitmotivu z Pankiem, do sytuacji po trosze gombrowiczowskiej, po trosze z Gogola, a już na pewno z Dostojewskiego. Z biesowatego klimatu Krakowa, który, jak pisze Boy, w znaczeniu środowiska, musiał wykończyć Bałuckiego, żeby stworzyć miejsce dla Wyspiańskiego. A potem ten klimat choremu Wyspiańskiemu nie dał chwili oddechu i po sukcesach skłaniał go do projektowych działań artystyczno-merkantylnych, których z góry nie przewidziano do realizacji. Wreszcie – na wyrywki – ten biesowaty klimat doprowadził ciepłego i w gruncie rzeczy prawego, ale schorowanego Panka do takiego stanu, żeby (w mojej i Jana Fejkla obecności) na wieść o przyznanej mu nagrodzie wojewody krakowskiego syknąć plugawym zwrotem w stronę środowiska. Które będzie zawiścić i nienawidzić. Otóż więc Panek, chory i poruszający się z trudem, był już doprowadzony do stanu, w którym w każdym gościu (oprócz samarytańskiej i cierpliwej kobiety) węszył, nie da się ukryć, zdrajcę. Niejednokrotnie się naciął na zbyt często go ostatnio nawiedzających kolegów-półopiekunów, narzekał, że mu giną cenne książki i szkice sławnych artystów (jedne i drugie w końcu się znajdowały, ale niesmak, jak w popularnym kawale, pozostał), Rajmund Kalicki nie mógł znać kulis tego etapu, szczegółów, szedł więc, jak do kogo dobrego, do Panka, z odbitkami z powierzonej mu deski drzeworytów, dokonanych w Warszawie przez Franciszka Maśluszczaka na papierze ofiarowanym przez Edwarda Dwurnika.

A więc ten leitmotiv. Arcydzieło, rozłożone na akapity w kilkusetstronicowej książce: str. 254:

[…] w drodze powrotnej, przez Kraków, wpadałem do Panka. […] Polubiliśmy się tak, że mogłem prosić o wszystko. Poprosiłem o deskę do odbicia. Dał dwustronną [to musiała być wielka przyjaźń! Panek strzegł desek drzeworytniczych jak źrenicy – MS], zrobiono mi odbitki na najlepszym papierze, ale on zaraz potem nadąsał się i skasował je na moich oczach, zostawiając tylko dwie. Podpisał je na moich oczach, choć niezbyt ochoczo, a ja się obraziłem i tak się to skończyło.


Str. 268 (po śmierci Panka, po niewyemitowa­niu zapowiedzianego filmu o Panku w TV1 2 czerwca):


Właśnie za to go lubiłem, za jego hardość, za niezależność, nie zabiegał o przyjaciół, są – dobrze, nie ma – też dobrze. Nie zabiegał o profesurę, lekceważył miernoty z profesorskimi tytułami. […] Robił swoje dla siebie.

No tak.

Tak jakoś… ano właśnie jak? Siedząc niewygodnie na krześle i patrząc, jak Panek podnosi grafiki w obu dłoniach, jak dłonie napinają się, jak twarz mu tężeje i zasycha w złym bezruchu, a dłonie nagle rach-ciach, trach-trach i po drzeworytach. A potem wolno odkłada porwane strzępy. A ja siedząc-nie-siedząc i patrząc na to wszystko, już wiedziałem: więcej tu nie przyjadę.


Nie mogąc się pogodzić z tak dojmująco dramatycznym wydarzeniem, Kalicki szukał próby wyjaśnienia w rozmowach z grafikami i malarzami, zwierzając im się z bezradności w rozwikłaniu przyczyn niespodziewanej napaści i napadu gniewu człowieka, którego twórczość podziwiał, a jego samego, mimo wszystkich różnic, szanował. Zdaje się, że dopiero wyjaśnienie marszanda Jana Fejkla, że sam Panek w rozmowie z nim uznał, że przesadził z tym spektaklem targania odbitek, że „trochę było za ostro”, prowadzi na inny trop: nie wybryk więc raczej w oparach alkoholu, nie jakiś przejaw erupcji długo tłumionej niechęci. Panek bronił swoich artystycznych racji. Należał do nielicznej już dziś grupy drzeworytników, którzy sami sporządzają odbitki (i sami kontrolują nakłady). Możliwe, że pożałował decyzji wypuszczenia deski z pracowni (on, który niektórych desek nie pokrywał farbą drukarską i pozostawiał je na zawsze w stanie dziewiczym), a potem, kiedy zobaczył odbitki robione obcą ręką, po pierwsze z założenia stwierdził, że on by to zrobił lepiej, że dotyk jego kostki byłby bardziej czuły, z miękkim efektem pochłaniania bieli przez czerń, po drugie, nie to, żeby spośród licznych odbitek zaakceptował dwie, lecz zwyczajnie skontrolował nakład. Przecież podobnie postępował kiedyś z własnymi odbitkami. Tyle tylko, że „może za ostro”.

No tak. „Stachura przypatrywał mi się i mówił: – Widzę pana na wylot, niech pan rzuci to myślenie”. Wracamy za biurko. Rajmund Kalicki nie pisze, kto był lepszym, a kto złym, błędne podejmującym decyzje, redaktorem „Twórczości”. W związku ze śmiercią Jana Darowskiego (1926–2008), emigranta w Londynie, którego utwór, proponowany przez Kalickiego, decyzją następcy Iwaszkiewicza, Jerzego Lisowskiego, zresztą wartościowego tłumacza i miłego człowieka, jesienią 1996 roku nie został dopuszczony do druku, autor Dziennika podróży przytaczając słowa niezależnego Darowskiego „W Polsce nie liczy się jakość, liczy się czyjość”, konkluduje: „Literatura to nie polityczny kantor z ladą i kasą ani kram z dewocjonaliami”.

Jan Darowski, który był odważny i pisał bez narzucanych z zewnątrz obciążeń, po drugiej wojnie światowej, aby przeżyć, w Londynie pracował najpierw na budowie, potem w drukarni Oficyny Bednarczyków, w końcu jako metrolog w przemyśle zbrojeniowym. Pisał w wolnych chwilach – i Kalicki, dostarczając te informacje, dodaje, że tych „wolnych chwil” miał coraz mniej. Darowski drukował wiersze i eseje u Giedroycia, w 1996 roku nie miał szans, niby o dziwo, na publikację w „Twórczości”, bo dotknął w czułe miejsce jeszcze jednego czekającego na Nobla polskiego poetę. Krytycy związani z ważnymi czasopismami, zgodnie utrzymywali (recte udawali), że nie ma u tego poety czułego miejsca. Pisze Kalicki:

Krytycy się boją. Nie czują się partnerami w pisaniu. Może i słusznie.
Rajmund Kalicki, Dziennik podróży na Ocolorę.
Wydawnictwo Melanż,
Warszawa 2017.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.