07-08/2020

Paweł Sołtys

Szwung

W cichym szwungu to się odbywało, jakby szczury biegły mimo plamy światła. Zresztą nie mogło być inaczej, sala pełna śpiących, udających, że śpią, może. Śpi harcówka, zza okien tylko szum Sikorskiego, ale te okna małe i wysoko, bo to piwnica przecież. I oni obok siebie, a przecież już ze sobą, na pewno ustami, rękami. I ta pospieszność, gonitwa oddechów, które może pierwszy raz widzą metę, wspólną – pierwszy raz bez wątpienia. A ja obok, też w śpiworze, ale zapiętym i wycofany, ile się da. Ile się da, żeby nie leżeć na kimś za mną. Odsunięty, ale nie odwrócony. Ciemno, tylko z tych okienek-ślipków maźnięcia samochodowych świateł. Nie widzę nic, tylko słyszę, jak wargi i języki dotykają się, jakby ktoś łapczywie jadł w sekrecie, jakby jadł mnie, i jeszcze cichsze trrr, trrr – dłoń na skórze, dźwięk, jakby rozcierało się grudkę ziemi. Nie powinno mnie tu być, nie powinno tu być trzydziestu osób, światła, nieśpiących czułych zmysłów. Ale są, ale ja jestem, bo ten szwung, ta gonitwa nie znają miejsc ani czasu, mają je za nic. Czuję, że drewniana podłoga drży jak na zimnie, ale to chyba mnie się zdaje. Przeklinam, przeklinam, przeklinam. Przeklinam ich. Przeklinam jego, choć to mój przyjaciel, przeklinam ją, choć ją kocham, tak jak kochają szesnastolatkowie, przeklinam siebie, choć tak naprawdę to w siebie wnikam, pierwszy raz oglądam, jak się cierpi i jak to boli do niezniesienia, i jak to uwodzi, jakby rozpacz rozlewano z wódki. Moja wyobraźnia pracuje, widzę ich, choć ich nie widzę, z ułamków dźwięków i drgań powietrza, gdy się przesuwają ich sprężyste ciała, buduję sobie obraz, na krew moją, na zaciśnięte zęby. Ale nie wstaję, nie zdradzam ich, nie zaczynam nagle krzyczeć: „Pożar! Pożar!”, choć wszystkie te możliwości mam w myślach. Wiem, że mi nie wolno. Pozwalam im przeżyć ich szczęście, ich cud, moją pierwszą śmierć.


Druga śmierć jest śpiąca, jakoś niemrawa, bardziej przypomina taśmę wywleczoną z kasety niż porzucanie świata. Manekin na pierwszym planie to ja. Ktoś wstrzyknął manekinowi duszę na parę godzin, może mniej, potem przyjdzie ciemność. Albo i nie. Leżę i chce mi się palić, ale zdaje się, że nie mam ust, na pewno nie mam ognia. Niestety zwymiotowałem, ze strachu albo zrządzeniem losu. Już chyba nie umrę, ale na razie nie mam ust, ręce z mokrych gazet, nogi z kamienia – tyle. Pewnie też źle dobrałem lekarstwa, cholera wie, może był w tym i teatr, a może nie? Nikt mnie nie sprawdzi, a ja mogę wam skłamać. Dywan jest brudny, trzeba było odkurzyć, przed śmiercią powinno się odkurzyć. Teraz serce bije mi szybko, oczy widzą na kilka lat do przodu, ale to się zapomni, to się zetrze, to akurat umrze, w przeciwieństwie do mnie. Mam dwadzieścia dwa lata, jestem manekinem, któremu ktoś wstrzyknął duszę dla hecy. Mam swoje powody, by umrzeć, i swoje powody, by wyrzygać truciznę, papierosów chyba też nie mam, a tak bym teraz zapalił. Niezapłacone rachunki wyrosłe przy krawędzi dywanu – cienka huba, ale żarówka się świeci, w kuchni kapie z rozpieprzonego kranu: pac, pac, pac, ubija mi to mózg, może wykuje mi nowe usta. Czyli nie wyłączyli prądu, nie zakręcili wody, huba rachunków to nie powód. Czyżby to ta sama dziewczyna, co wtedy, po sześciu latach, chyba nikt nie jest aż takim frajerem?


Dzieci już śpią. Ale ciągle gorąco, beton Kabat oddaje ciepło niechętnie, otwarte okna nic nie pomagają. Oglądamy z żoną Miłość blondynki, a ja się zastanawiam, kiedy zacząłem myśleć o żonie per „żona” i czy ona też myśli o mnie per „mąż”, gdzie się spłukały nasze imiona? Może po jej drugim porodzie? Może na pierwszych wakacjach we czwórkę? Ale jestem czujny, śmieję się, gdy scena tego wymaga, żenuję, gdy matka chłopaka umoralnia blondynkę, jestem na posterunku. I tylko te jej oczy, to chyba nie jest profesjonalna aktorka, te oczy za bardzo we mnie patrzą. Mogłyby dać spokój, jutro mam ciężki dzień w biurze, ale one patrzą tak, że nie mogę uwierzyć: doprowadziłem swoje życie do tego, że jutro mam ciężki dzień w biurze. I nagle, naprawdę nagle, choć to skrajnie głupie, rozumiem, że już nie. To znaczy od dawna już nie, ale nagle to wiem, już nawet nie spróbuję, nigdy więcej nie wbiję się w ten szwung, nie zadzwonię na jakiś numer, który ona ma, na pewno ma jakiś numer, chociaż go nie znam. Ale nawet gdybym znał, to mam żonę, dwójkę dzieci i jestem kapciem, co gorsza, ona też nie jest już… Przez tyle lat mogłem o tym fantazjować. Nie robiłem tego często, może raz, może dwa, ale wiedziałem, że mogę. Marzenie na podorędziu. Jak wino pod stołem. A teraz zrozumiałem, że nie, koniec. Umarłem dokładnie w trakcie tej sceny, gdy rodzice chłopaka leżą z nim razem w łóżku, umarłem, sięgając po chipsa. Ale miałem już wprawę, ręka nie zawisła mi teatralnie, nie powiedziałem ani sylaby. Potem film się po czesku skończył, żona poszła się kąpać, a ja stanąłem w oknie, jak to trup. Po chodniku coś przebiegło, a potem stanęło i popatrzyło na mnie. Kuna. Las jest pięćset metrów stąd. Obejrzała mnie dokładnie.

– Zamień się – wypowiedziałem zaklęcie.

Któreś z nas pobiegło, kryjąc się w cieniu samochodów, w kierunku czarnej ściany lasu.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.