07-08/2020

Elżbieta Baniewicz

Teatroteka

Od kiedy pamiętam, a to już dobre kilka dekad, pożenienie najnowszej dramaturgii ze współczesnym teatrem było marzeniem wielu ekip rządzących kulturą, nie tylko w wolnej Polsce. Stąd wszelkiego rodzaju konkursy na napisanie sztuki współczesnej, festiwale, nagrody dla autorów, reżyserów tudzież teatrów, które zechciały je wystawiać. Efekty pompowania sporych publicznych pieniędzy w owe konkursy nie powalały na kolana, pojęcie współczesności okazywało się wielce rozciągliwe czasowo (mieściło utwory napisane tuż po wojnie i miesiąc przed konkursem) oraz gatunkowo (składanki wierszy, reportaże, adaptacje prozy, także dramaty). Natomiast i Różewicz, i Mrożek objawili się pozakonkursowo i zostali w teatrze na stałe, nie na jeden sezon.

Projekt pokazania współczesnej rzeczywistości oczami czterdziesto- i trzydziestolatków współfinansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, reprezentowaną przez producenta Włodzimierza Niderhausa – Teatroteka – wydaje się jednym z najambitniejszych w tej kwestii. Także dzięki surowym zasadom, jakie ustanowiono siedem lat temu.

Podstawę spektakli stanowią teksty dramatyczne polskich autorów, nie starsze niż dziesięć lat, czyli napisane przez ludzi średniego pokolenia dojrzewających już w wolnej Polsce. Są to utwory autorów nagradzanych i wystawianych już na scenach, jak Radosław Paczocha, Artur Pałyga, Mateusz Pakuła, Magda Fertacz, Jolanta Janiczak, Szymon Bogacz, Armanita Muskaria (Gabriela i Monika Muskała), Zyta Rudzka, Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Marta Guśniowska, Malina Prześluga, Marek Modzelewski, Wojciech Kuczok, ale także najmłodszych czy wręcz debiutantów, jak Weronika Murek, Magdalena Drab, Anna Wakulik, Monika Milewska, Elżbieta Chowaniec, Benjamin M. Bukowski.

Pośród wielkiej różnorodności tekstów ich cechą wspólną wydaje się skupienie na codziennych problemach ludzi, zwłaszcza rodzinnych konfliktach i ciągnących się przez kilka pokoleń traumach. Obecne jest w nich pragnienie spełnienia, miłości, a z także poczucie bezradności, wykluczenia z rodziny czy społeczności. Rzadziej autorzy próbują rozliczenia z wydarzeniami historycznymi czy politycznymi, jakby tych treści było zbyt wiele w publicznej przestrzeni. Tematy zostają przeważnie ujęte w formę nielinearnych, fragmentarycznych opowieści, czasem wręcz surrealistycznych czy absurdalnych, oddających chaos otaczającego nas świata. Bohaterowie są pogubieni, podzieleni politycznie, generacyjnie i mentalnie, gdyż wartości uległy dekompozycji i nie ma już ani religijnych, ani świeckich autorytetów zdolnych je scalić. Nowe technologie i coraz bardziej agresywne media oraz kreowane przez nie mody pogłębiają poczucie wyobcowania, ogłupienie i lęk zwykłych ludzi. Tylko nieliczni wydają się pogodzeni ze swoim losem, bo znajdują oparcie w tradycji czy pracy, większość próbuje ucieczki w marzenia albo dosłownie w inne miejsce świata, w agresję lub prowokacje. Fragmentaryczna forma tekstów odbiegająca od opowieści skrojonych wedle życiowego prawdopodobieństwa, gdzie mieszają się czasy i przestrzenie, zwykle bywa przełamana projekcjami fantazji, marzeń sennych albo poszukiwaniem schronienia, na przykład w depresji.

Nowoczesny, by nie powiedzieć eksperymentalny, materiał literacki wymusza współpracę zespołową oraz kreatywność, ponieważ każda ekipa realizatorów ma do dyspozycji halę zdjęciową i sprzęt wytwórni na Chełmskiej tylko przez cztery dni, gdy znajdzie się „okienko” między dużymi produkcjami. Wyzwaniem jest też relatywnie niski budżet; realizowane tu spektakle rzadko trwają dłużej niż godzinę. Słowem, ograniczenie czyni mistrza. Wyobraźnia realizatorów, zwłaszcza scenografów oraz autorów zdjęć i oświetlenia, w kreowaniu umowności przedstawianych zdarzeń, ciekawych ujęć, ukazywania wielu wymiarów rzeczywistości świata kamerą, światłem, sposobem montażu czy użyciem muzyki wydaje się nieskończona. W siermiężnych warunkach hali zdjęciowej (praktycznie żadnych plenerów i autentycznych obiektów) młodzi artyści potrafią wykreować światy niezwykłe i niebanalne. Przełamanie realistycznej, linearnej opowieści wydaje się wspólnym mianownikiem wszystkich produkcji i wyrazem dążenia do uniwersalności.

Kolejną zasadą projektu pozostają reżyserzy debiutanci, spektakl w tym cyklu można zrobić tylko raz. Oni z kolei zapraszają scenografów, operatorów, muzyków należących w większości do tego samego pokolenia. Dokonuje się zatem wyraźna zmiana warty, a tym samym zmiana języka teatru telewizji, najmłodsze pokolenie twórców doskonale sobie bowiem radzi z rzeczywistością wirtualną, z kreowaniem alternatywnych rzeczywistości, używaniem efektów specjalnych. Co ciekawe, udział w tych produkcjach biorą wybitni aktorzy wielu pokoleń, niektórzy stworzyli wręcz fantastyczne kreacje, nowoczesne środki wyrazu nikomu tu nie wadzą, raczej dodają skrzydeł i prawdy przeżycia granym postaciom. Uwaga realizatorów skupiona jest na aktorze, to on niesie ciężar przekazu usytuowanego w najbardziej teatralnej, umownej rzeczywistości.

Studenci i absolwenci wydziałów reżyserii z całego kraju, jak też ich młodzi współpracownicy dostali tym samym niepowtarzalną szansę na sprawdzenie się w prawdziwym boju pod okiem opiekuna artystycznego całości Macieja Wojtyszki, reżysera i dramatopisarza, długoletniego dziekana Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. Niektórzy wykorzystali tę szansę fantastycznie, nie tylko zdobyli nagrody i wyróżnienia na festiwalach krajowych i zagranicznych (kilkanaście na Worldfest-Houston Festival), ale także dla Teatru Telewizji zrealizowali kolejne ciekawe spektakle. Dobrym tego przykładem mogą być Listy z Rosji według dwóch tomów prozy Astolphe’a de Custine’a czy Wesele Wyspiańskiego (pisałam o nim entuzjastycznie w „Twórczości” styczniowej) w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego, zdobywcy wielu nagród za pierwszy spektakl Teatroteki Walizka według dramatu Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk na Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie w 2015 roku.

Ten tekst o traumie Holokaustu dzięki autorce scenografii Ewie Gdowiok zyskał niepowtarzalną formę telewizyjnego spektaklu. Łączy on dwa czasy i dwie przestrzenie opowieści: Narratora (Krzysztof Globisz) relacjonującego jakby z drugiej strony czasu swej sekretarce „francuską historię” i działania jej bohatera Fransuasa Żako (Adam Ferency). Narrator na biurku wyznacza uliczki, ustawia maleńkie latarnie i tam umieszcza mężczyznę, który nosi nazwisko ojczyma, ale bezskutecznie próbuje poznać losy biologicznego ojca. Udaje się nawet do Palestyny, by w Ścianie Płaczu zostawić karteczkę z prośbą o cud poznania jego historii. Narrator uruchamia działania dorosłego Żako w oddalonym i pomniejszonym planie rzeczywistości, widzi go z góry jako maleńką figurkę mężczyzny w trenczu wędrującego po Champs Élysées, który zachodzi do szpitala, by odwiedzić operowaną żonę, a następnie udaje się do muzeum zagłady na spotkanie przeznaczenia. Tam, dzięki rozmowie z Przewodniczką (Halina Łabonarska), pan Żako odnajduje walizkę swego ojca Leo Pantofelnika. Tym samym odzyskuje własną tożsamość jako syn Żyda zgładzonego w obozie koncentracyjnym. Cudem odnaleziona walizka staje się całym jego światem. Zaginionym i odzyskanym.

Sukces tego spektaklu, pokazanego wraz z następnymi: Walentyną w reżyserii Wojciecha Farugi oraz Nad w reżyserii Mariusza Bielińskiego w Studiu Teatralnym Dwójki, sprawił, że nowy cykl okrzyknięto wydarzeniem i rewelacyjnym zjawiskiem. I na tym szczęście się skończyło. Kolejne spektakle zostały wycofane z następnej edycji Festiwalu „Dwa Teatry”, wstrzymano także ich emisję w Studiu Dwójki. Podobno poszło o nową formułę teatru telewizji (ten, który powstaje w hali filmowej, nie spełnia standardów znanego formatu?) oraz sposób rozliczania praw autorskich. Mimo zaangażowania wielu osób i instytucji w rozwiązanie sporów kompetencyjno-finansowych taki stan trwa nadal. Ze szkodą dla widzów tym większą, że produkcji kolejnych spektakli w WFDiF nie zaprzestano. Powstało ich już pięćdziesiąt i pozostają szerszej publiczności nieznane, o dostępności ich w domenie publicznej nie ma co wspominać, bo to jeszcze dalsza przyszłość.

Z pomocą twórcom przyszły liczne instytucje zaangażowane w promowanie owego artystycznego zjawiska jak ZAiKS, ZASP, Instytut Teatralny, Stowarzyszenie Filmowców i Akademia Teatralna. W teatrze Collegium Nobilium przy ulicy Miodowej w lutym/marcu Krzysztof Domagalik, redaktor prowadzący wszystkich pozycji, organizuje od czterech lat przegląd Teatroteka Fest. Spektakle prezentowane są później raz w miesiącu w siedzibie Instytutu Teatralnego oraz przez tydzień we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty.

Nie sposób omówić w jednym tekście wszystkich pięćdziesięciu przedstawień, dzięki uprzejmości kilku osób udało mi się obejrzeć ich ponad połowę, ale i tych opisać nie zdołam. Ich gatunkowa i stylistyczna odrębność budziła ciekawość, role aktorów poruszały, lecz poniższe spostrzeżenia nie pretendują do żadnych uogólnień. To jedynie impresje nasuwające się po obejrzeniu najciekawszych. Krzywy domek Anny Wakulik, opowiada o losach sióstr, które spotykają się na pogrzebie matki, a naprawdę o dwóch modelach życia. Starsza z nich wybrała życie za granicą, przyjeżdża z partnerem poznanym we Francji, młodsza poślubiła kolegę z klasy i jest w ciąży. I to ona, w ujęciu Barbary Wypych, wydaje się bardziej pogodzona z życiem niż jej stale goniąca za mirażami życia siostra. Spektakl Anny Wieczur-Bluszcz zrealizowany w jednym ujęciu kamery Witolda Płóciennika pokazuje tak różne losy bohaterek i zmusza do refleksji.

Pomysł Wojciecha Urbańskiego, reżysera Gardenii, zaskakuje. Oto autorka tekstu, Elżbieta Chowaniec, przygląda się opisanym przez siebie bohaterkom, kobietom pozbawionym miłości w dzieciństwie i niezdolnym do niej w dorosłym życiu. Traumę samotności, opuszczenia i alkoholizmu dziedziczy córka najstarszej, następnie jej córka, czyli wnuczka, i wreszcie prawnuczka. Czy ta ostatnia zdoła przerwać tę passę? Ona próbuje swym antenatkom przebaczyć, ale czy się uda, nie wie tego nawet autorka.

Historię rodzinnej traumy opowiada także spektakl Beauty Iwony Kusiak w reżyserii Justyny Nowak. Dziewczyna z prowincji została wybrana do programu o operacjach plastycznych. Tam przerobiono ją na piękność bez skazy, w dodatku za darmo. Dziewczyna, jak głosi formuła programu „nabrała pewności siebie”, ale swego życia nie zdołała odmienić. Chirurg powiększył biust i usunął szramę na nosie, ale nie wymazał z pamięci okoliczności, w jakich powstała, czyli momentu, gdy ojciec porzucił rodzinę. A to właśnie brak ojca, a nie urody, odpowiada za psychiczne zahamowania, niepewność i samotność bohaterki.

Poruszająco zagrana została Żona łysego Waldemara Pasińskiego, historia bezdzietnego, kochającego się małżeństwa skazanego na dzielenie dwupokojowego mieszkania z obcą, niedołężną staruszką. Aleksandra Konieczna i Sławomir Orzechowski pod okiem reżysera Tomasza Jeziorskiego rozpisali reakcje bohaterów precyzyjnie, by pokazać ich cierpienie i bezradność wobec sytuacji, której nie są w stanie zmienić. Serię gestów wzajemnego zrozumienia małżonków i przerażenia/odrazy/współczucia wobec krzyczącej albo rozlewającej zawartość nocnika staruszki drepczącej przez ich pokój do toalety, przerywają obrazki z sądowych zeznań upiornych sąsiadów. Proces ma wyjaśnić, dlaczego młoda kobieta, żona łysego, popełniła samobójstwo.

Niekończące się podziały, pretensje czy społeczne traumy ukazuje Cicha noc sióstr Muskałówien. Nawet Wigilia nie jest w stanie doprowadzić do zgody w rodzinie, kłótnia tli się już przy barszczyku, a przy karpiu w galarecie jest nie do wytrzymania, więc „kochająca” się rodzina rozchodzi się, nie skosztowawszy kutii. Paweł Paszta wraz ze świetnymi aktorami – Sławomira Łozińska, Zdzisław Wardejn – pokazał, że w każdej polskiej rodzinie stosunek do Żydów i przeszłości jest różny, a jeśli pochodzi ona ze Wschodu, z Wołynia, to nie ma przebacz. Do końca swych dni każdy będzie pielęgnował swą krzywdę, nienawidził wrogów i żywił się zemstą, ale innego nie zrozumie. Poczucie uciśnionej niewinności jest równie silne, jak tradycja wigilijnych potraw, i nie pozwoli nikomu z bliskich żyć bez heroicznego męczeństwa-bohaterstwa. Na szczęście dzieci gospodarzy uciekły do Anglii i nie chcą przyjechać na święta.

Zupełnie inny klimat proponuje Michał Szcześniak, reżyser Porwać się na życie Roberta Urbańskiego. To historia portiera, który porywa ukochaną kobietę, koleżankę z biura, by zapewnić jej szczęście w domku na prowincji. Brawurowa akcja uśpienia i porwania kobiety przygotowywana miesiącami jest i śmieszna, i straszna. Nie wiadomo, czy to desperacki akt romantycznej miłości osamotnionego mężczyzny, czy też rodzaj zemsty na otoczeniu. Dzięki kreacjom Andrzeja Mastalerza i Agaty Kuleszy rzecz okazała się zabawną i nieoczywistą komedią umieszczoną w na poły realnym, na poły wirtualnym świecie komputerowych technik.

Najciekawsze wydały mi się dwa spektakle z historią w tle, może dlatego, że teatr nie może być nazbyt aktualny, potrzebuje dystansu. Zakład Doświadczalny Solidarność Szymona Bogacza, czyli historia wielkiego społecznego zrywu w obronie godności i sprawiedliwości społecznej widziana oczami jej szeregowych uczestników. Adam Sajnuk, reżyser, z tekstowego wielogłosu stworzył formę filmu dokumentalnego, w którym dwudziestu kilku pracowników po wielu latach opowiada o sympatycznej koleżance z pracy. Niezapomniane kreacje stworzyły Małgorzata Rożniatowska – pani Jadzia z księgowości, która wyszła za mąż w Ameryce, Dorota Pomykała – pani Alinka, przeciwniczka Solidarności i właścicielka działki pracowniczej, Sonia Bohoziewicz – siostra pani Grażynki. Opowieści znakomicie zagranych „gadających głów” uświadamiają widzom, jak niewiele zostało dziś z entuzjazmu tamtego karnawału i jak sami skłonnością do krętactw, egoizmem, próżnością, prywatą oraz nieodpowiedzialnością pogrążyliśmy te piękne idee, choć niektórym udało się na nich zrobić karierę, a nawet majątek. Większości towarzyszy uczucie rozczarowania.

Feinweinblein Weroniki Murek to spektakl zaskakujący z kilku powodów. Młoda autorka umieszcza losy zwykłych ludzi w tuż powojennych realiach prowincjonalnego miasteczka. Rzeczywistość ma kontury zamazane, z jednej strony przez radio sączą się banały rządowej propagandy, a panowie z urzędu bezpieczeństwa są wszędzie, z drugiej strony nowy ład to nowa szansa choćby dla śniącej o ciekawym życiu żony (Katarzyna Herman) kierownika świetlicy (Łukasz Simlat). Tu przychodzą analfabeci z prośbami o napisanie jakiegoś pisma do władz. Państwo Knauerowie (Ewa Dałkowska i Zygmunt Malanowicz) proszą o reklamację zepsutego radia, które, jak się okazuje, dostali od Niemców w zamian za swego nienormalnego synka. Synek pani świetlicowej powtarza jedno słowo „feinweinblein” i też wydaje się nienormalny, ale ona radia nie dostanie, bo już nie ma Niemców. Za to nieoczekiwanie popełni samobójstwo. Mateusz Bednarkiewicz, reżyser, i Krzysztof Ptak, autor zdjęć, potrafili stworzyć niepokojąco zagadkową metaforę lat przełomu.

Inny sposób rozliczenia historii proponuje Falowiec Moniki Milewskiej opowiadający historię architekta (Janusz Chabior), twórcy bloku o długości prawie kilometra, podzielonego na szesnaście klatek schodowych, gdzie mieszka szesnaście tysięcy ludzi. To monstrum socjalistycznej myśli technicznej zostało zbudowane na gdańskim Przymorzu i straszy do dziś. Włodarze kraju zajęci podsłuchami, donosami, inwigilacją obywateli oraz socjalistyczną gigantomanią zdolną pokonać zgniły kapitalizm, kompletnie zapomnieli, że dom ma zapewnić człowiekowi schronienie i poczucie bezpieczeństwa. Jakub Pączek, reżyser, w przenikających się obrazach różnych czasów pokazał życie mieszkańców osobliwego pomnika wielkiej płyty, czyli malowniczą głupotę systemu i jego liczne ofiary.

Pełną fantazji sztuką okazały się Kasie Wojciecha Tremiszewskiego w reżyserii Filipa Gieldona, rzecz o młodej inteligentnej dziewczynie, matce małych dzieci uwięzionej między pralką, żelazkiem, spacerem i beznadziejnymi rozmowami z mężem korpoludkiem. Zamiast narzekać na los kury domowej Kasia (świetna Agnieszka Skrzypczak) wymyśla sobie nowe tożsamości. Nagle znajduje się w Ameryce, planuje napad na bank, innym razem gra główną rolę w romantycznej komedii, jeszcze innym razem spotyka się z kolegą ze szkoły i razem planują kolejne role, jakie podsuwa nieograniczona wyobraźnia. Wystarczy klaśnięcie w dłonie, by z nudnego domu przenieść się w wielki świat.

Nie każdy spektakl budził entuzjazm. Dolce vita Julii Holewińskiej i Kuby Kowalskiego w reżyserii Leny Frankiewicz to próba połączenia Kartoteki Różewicza z filmem Felliniego. Bohater, Marcello (Dawid Ogrodnik), pracownik agencji PR i pisarz in spe, życie spędza w łóżku, przez które przechodzą kolejne kobiety z żądaniami dotyczącymi wspólnego życia. Po mieszkaniu kupionym na kredyt przez dziury w ścianach przechodzi „ulica”: rodzice (Gabriela Muskała i Jan Frycz) udzielający życiowych wskazówek, dwaj geje praktykujący buddyzm, autorka i bohaterka teledysku (Roma Gąsiorowska), który można sprzedać chamskiemu szefowi w ramach kampanii reklamowej banku. Niestety, mimo wysiłku dobrych aktorów całość brzmi dość pretensjonalnie. Podobnie odebrałam Sprawę Rity G. Jolanty Janiczak w reżyserii Darii Kopiec, głośną historię morderstwa córki lwowskiego architekta przerobioną wedle performatywnej mody. Odegranie śledztwa i poszlakowego procesu nie służy tu poznaniu prawdy, tylko pokazaniu, jak bardzo zależy ona od wiedzy czy władzy.

Nie wszystkie spektakle są arcydziełami, co nie znaczy, by miały sczeznąć w magazynie dobrych chęci. Wawrzyniec Kostrzewski w „Wiadomościach” ZAiKS-u pisze tak: „Oto w przypadkowy sposób powstaje perpetuum mobile polskiej kultury, mechanizm rozwiązujący kilka problemów jednocześnie: młoda polska dramaturgia znajduje ujście dla swoich tekstów; debiutujący reżyserzy dostają szansę wykazać się talentem już na starcie, a milionowa widownia teatru telewizji cieszy się z nowej oferty kulturalnej. Tę wizję dalszych korzyści można rozwijać: kwiat aktorstwa polskiego marzy, żeby zagrać u przyszłych mistrzów gatunku w najlepszych polskich sztukach pisanych specjalnie dla Teatroteki; kadry kują się wzajemnie przy uciesze publiczności, festiwale filmowe puchną od zgłoszeń, odrodzony Teatr Telewizji daje Teatrotece osobne pasmo, misja z podwójną siłą wraca do telewizji publicznej, jedynej, której obowiązkiem jest – niezależnie od polityki – pielęgnować nieliczne pierwiastki misyjności i wolności artystycznej”.

Wizja poparta doświadczeniem Kostrzewskiego jako jurora Teatroteka Fest oraz selekcjonera dramatów w konkursie organizowanym przez ZAiKS, na który wpłynęło dwieście trzydzieści prac, jest szlachetna. Emisja przedstawień tego cyklu byłaby mocnym wsparciem pogrążonego od lat w kryzysie Teatru Telewizji, gdyby komukolwiek na sztuce w tej państwowej instytucji zależało. Nie tak dawno mówiło się o Narodowym Teatrze Telewizji, gdzie najlepsi nasi reżyserzy i aktorzy mogliby urzeczywistniać na oczach wielu milionów widzów najwybitniejsze dzieła klasycznej i współczesnej, polskiej i obcej dramaturgii. Dziś Teatr Telewizji żyje raczej z powtórek i historycznych rocznic honorowanych specjalnymi produkcjami. Jeśli brak porozumienia w sprawie Teatroteki potrwa, może się okazać, że kilkadziesiąt spektakli ma wartość archiwalną, bo, zwłaszcza po pandemii, świat już będzie inny. Jesteśmy widać bardzo bogatym krajem, skoro tak duży dorobek artystyczny pokazujemy nielicznym widzom. Nowe produkcje opowiedziane nowym językiem telewizji wymagają czasem przygotowania widza, może jakiejś dyskusji. Inaczej zaleje nas serialowa ogłupiająca papka, która doskonale odcina całe masy ludzi od rzeczywistych problemów nie tylko sztuki współczesnej, ale po prostu od ważnych problemów społecznych.

Za to można ogłosić kolejny konkurs na napisanie sztuki współczesnej. Jury na pewno się wyżywi, ale czy skorzystają na tym artyści, a przede wszystkim widzowie najbardziej masowego medium, to już zupełnie inna kwestia.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.