04/2018

Robert Papieski

„To życie! To lubię!”

„I znów podziw doprawiony szczyptą niepewności: co to za człowiek, skąd płynie ta rzeka zadumań, z jakich źródeł?” – zanotował Kazimierz Brandys w Miesiącach 1978–1981 po obejrzeniu programu poetycko-muzycznego poświęconego Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Film nosił tytuł I żebyś był jak ja – szczęśliwy, zaczerpnięty z ostatniej linijki wiersza Do czytelnika; został wyemitowany w pierwszym programie Telewizji Polskiej 20 lutego 1979 roku, w osiemdziesiąte piąte urodziny pisarza. Portret psychologiczny Stawiszczanina, jaki przy tej okazji kreśli Brandys, należy do najprzenikliwszych, a odpowiedź, jakiej udziela na pytanie o źródła talentu Iwaszkiewicza, nie ma sobie równej.

Każda nowa książka Jarosława Iwaszkiewicza ukazująca się już po jego śmierci, czy to będą Dzienniki, czy kolejne tomy listów do rozmaitych osób, każe ponowić pytanie Brandysa: co to za człowiek?, jaka jest istota jego talentu? Nie inaczej ma się rzecz z korespondencją Iwaszkiewicza i Jerzego Lisowskiego, albowiem znowu stajemy przed zagadką proteuszowej osobowości autora Brzeziny, do każdego ze swoich adresatów piszącego inaczej, jakby się do nich upodabniał, naśladując w tym wodę, która – sama amorficzna – przyjmuje kształt łożyska lub naczynia. Jakiego zatem kształtu użyczył Iwaszkiewiczowi Jerzy Lisowski?

W chwili rozpoczęcia korespondencji z Iwaszkiewiczem Jerzy Lisowski był studentem uniwersytetu w Lille. Urodził się 10 kwietnia 1928 roku w Épinay-sur-Seine, na północnych przedmieściach Paryża, w rodzinie polsko-francuskiej. Jego ojciec, Józef Lisowski (1897–1976), pracował wówczas jako buchalter w Dyrekcji Lasów Państwowych w Łucku na Wołyniu. Matka, Marcelle Lucie z d. Demissy (1896–1979), pochodząca z Francji, była nauczycielką. Dzieciństwo spędził na Wołyniu, gdzie jego ojciec był księgowym w folwarku Młynów, należącym do rodziny Chodkiewiczów. Uczył się w domu. W 1938 roku rozpoczął naukę w VI klasie tzw. ćwiczeniówki przy Liceum Krzemienieckim, a w 1939 roku zdał egzamin do tegoż Liceum. Po wybuchu II wojny światowej wyjechał z matką i siostrą Marią Teresą do Francji. Wysłany do schroniska polskiego na południu Francji, uczęszczał do polskiego Gimnazjum i Liceum im. Cypriana Norwida w Villard de Lans, gdzie w 1945 roku zdał maturę. Następnie podjął studia romanistyczne i polonistyczne na uniwersytecie w Lille. W czasie studiów działał w kole naukowym i publikował artykuły w prasie studenckiej.

Matka moja jako osiemnastoletnia dziewczyna tuż po maturze przyjechała na Podole, gdzie przyjęła pracę guwernantki, aby w czasie wakacji zarobić sobie trochę pieniędzy – mówił Jerzy Lisowski w rozmowie z Krystyną Nastulanką dla „Polityki” 1972, nr 5. – Był rok 1914, wybuchła wojna, matka wyszła za mąż i została w Polsce. Ja urodziłem się wprawdzie w Paryżu, w czasie dwumiesięcznego pobytu matki u rodziny, ale potem znowu wróciliśmy do Polski i całe moje dzieciństwo upłynęło w kraju. Do drugiego roku życia mówiłem po francusku, ale w momencie, kiedy udało mi się wymówić poprawnie „r”, przerzuciłem się zdecydowanie na polszczyznę. I to tak dalece, że gdy w 1940 r. wyjeżdżaliśmy z matką i siostrą do Francji, nie umiałem słowa po francusku. Uczyłem się więc tego języka niejako od początku, najpierw w podstawowej szkole francuskiej, a potem w gimnazjum polskim, gdzie jednakże język francuski traktowany był równorzędnie i stał na bardzo wysokim poziomie.


Już sama ta polsko-francuska genealogia, z domieszką ukraińskości, musiała być dla Iwaszkiewicza nader atrakcyjna. Skamandryta postrzegał Lisowskiego jako kogoś bliskiego mu duchowo, z kim łączy go młodość spędzona na ukraińskiej ziemi, a kto potem zanurzył się w żywioł mowy francuskiej, będąc zarazem najsilniej przywiązanym do kultury polskiej. Z pewnością nie mniej pociągające były dla Iwaszkiewicza błyskotliwa inteligencja i męski urok młodego Lisowskiego, będącego po trosze ucieleśnieniem dwu marzeń pisarza: cieszyć się przyjaźnią człowieka, który miałby głęboko przyswojone różnorodne kody kulturowe; znaleźć taki punkt na mapie świata, który starczyłby za wszystkie inne.

Kto z czytelników Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza nie wpada w irytację, gdy co kilka stron widzi narzekania autora, który goszcząc w Palermo, chce być w Rzymie, dotarłszy do Rzymu, marzy o Paryżu, bawiąc w Paryżu, tęskni za Stawiskiem, a wróciwszy na Stawisko, chce wyjechać do Palermo? To, co na pierwszy rzut oka wygląda na kapryśność pieszczocha losu, przy wnikliwszym oglądzie odsłania swoją mniej oczywistą stronę.

Podobno niemiecki filozof Hegel, czytając jakąkolwiek książkę, bolał nad tym, że czyta właśnie tę, gdyż tym samym nie może czytać wszystkich innych. Z kolei Don Juan, trzymając w objęciach kobietę, z żalem myślał o tych wszystkich, których nie może w tym momencie pieścić. Nienasycenie Hegla i Don Juana pokrewne jest głodowi wrażeń Fausta, pragnącego wciąż nowych przygód i tak pewnego swojej nienasyconej żądzy doznań, która miała go uchronić przed zawołaniem: „Chwilo trwaj! Jesteś tak piękna!”, że podpisał cyrograf. Może więc owo pragnienie Iwaszkiewicza, by wciąż zmieniać miejsce pobytu, nie jest przejawem fanaberii, nie zawiera też w sobie sprzecznych chęci, lecz stanowi dążenie do osiągnięcia pełni. Właśnie słowo „pełnia” jest kluczem do zrozumienia zarówno osobowości Jarosława Iwaszkiewicza, jak i jego decyzji, moralności, przyjaźni, jego życia i twórczości. Dążenie do pełni oznacza w tym wypadku pragnienie bycia każdym i wszędzie jednocześnie, oznacza chęć bycia Brutusem, który zabija Cezara, i chęć bycia Cezarem zabijanym przez Brutusa. W granicach pełni te pragnienia nie wykluczają się nawzajem, nie są antynomiczne.

Już w pierwszym liście Iwaszkiewicza do Lisowskiego można znaleźć ową typową dla autora Dionizji pozorną sprzeczność, która dowodzi pełni niedbającej o zgodność logiczną:

Bardzo Cię przepraszam za krzyżyk nakreślony na twym czole na Gare de l’Est, ale mam zwyczaj obejmować tym gestem ludzi specjalnie mi drogich i złączonych ze mną specjalnie mocną nicią. […] Siedzę w Pradze, nudzę się jak pies w studni i przenoszę się myślą bez przerwy do Paryża. Proponują mi czeskie papierosy, mówiąc, że są lepsze od francuskich, ale ja zapalam gauloise’y i dym ich tak od razu przenosi mnie na Bld St. Michel lub na ten most z Châtelet do Cité, gdzie doznałem nagle olśnienia szczęścia, rzecz prawie nieprawdopodobna w tych czasach – i w ogóle, ponieważ w szczęście nie wierzę! Ale miałem taki faustowski moment, wtedy, kiedy powiedziałem do Ciebie: patrz, czyż to nie impresjoniści! I nagle chciałem zawołać „verweile” – chwila była tak krótka, a tak zupełnie niezapomniana.


Co to za człowiek, który kreśli na czyimś czole boski znak krzyża i jednocześnie gotów jest krzyknąć za Faustem: Verweile doch! du bist so schön! – oddając się tym samym w ręce diabła? Co to za człowiek, który mieści w sobie dyspozycję do świętości i do potępienia? W stawiskim archiwum są setki listów od różnych osób, z których można by ułożyć arcydługą listę dziękczyńców, ślących słowa wdzięczności za rozpędzenie życiowych trosk, za pomoc w zdobyciu lekarstw, za uratowanie życia. Nigdy Iwaszkiewicz o świadczonej ludziom pomocy nie mówił publicznie, cała o tym wiedza ukryta jest w listach. A zarazem na podstawie innych listów można by ułożyć długi rejestr grzechów autora Zygfryda. We współwystępowaniu w ludzkim charakterze zalet i wad nie ma rzecz jasna niczego niezwykłego; tu zdumiewa liczba oraz ranga sprzeczności – jakby kodeks etyczny Iwaszkiewicza odbiegał od powszechnie przyjętego, a wyznawana przezeń religia pochodziła z innej epoki lub z innego miejsca.

Z braku lepszych terminów, określiłbym ją mianem religii życia. To najstarsza religia świata, a w jej zrozumieniu pomocny będzie Karl Kerényi, który na pierwszych stronach swego klasycznego dzieła Dionizos wprowadza istotne rozróżnienie między znaczeniem greckich słów zoebios. To pierwsze dawni Grecy rozumieli jako życie w ogóle, niemające początku i końca, wieczne; drugie oznacza życie określone, poszczególne, skończone. Zoe jest życiem niepoddającym się żadnej charakterystyce, bios stanowi jednostkowy przejaw zoe. Śmierć (thanatos) jest przeciwieństwem zoe, określonemu bios przypisany jest określony, jemu właściwy zgon. Pierwotnym kultem otaczano oczywiście tajemnicze zoe, manifestujące się poprzez niezliczone życia jednostkowe – zarówno w świecie zwierzęcym, jak i ludzkim. Z punktu widzenia życia w znaczeniu zoe dobre jest wszystko, co służy życiu w ogóle, co je pomnaża i rozprzestrzenia, toteż ludzka moralność, zwłaszcza ta obejmująca sferę miłości fizycznej, często stanowi „wolę zaprzeczenia życia”, „tajny instynkt zniszczenia” – jak pisał Nietzsche w Narodzinach tragedii. Zoe bytuje w innej sferze etycznej aniżeli bios, bywa, że obie te sfery etyczne stają się wobec siebie antynomiczne: co służy życiu w ogóle, nie zawsze służy jednostce lub jakiejś zbiorowości.

Tak jak inne archetypy, tak i zoe doczekało się swego mitu, który opowiada o tajemnicy życia i tłumaczy ją w sposób nie dyskursywny, lecz obrazowy. Główną postacią tego mitu, jego bohaterem jest Dionizos. Mit dionizyjski jest zatem „ucywilizowanym” mitem życia, a związana z tym mitem religia dionizyjska stanowi ujętą w ramy kultury starogreckiej religię życia. Dionizos – jako upostaciowany archetyp życia niezniszczalnego – mieści w sobie wszelkie antynomie: jest jednocześnie bogiem radości i rozpaczy, narodzin i śmierci, aprobaty życia i ucieczki przed nim w „sztuczne raje”. Mieści w sobie pełnię.

Zasługuje na uwagę, że tak jak zoe jest bezosobowe, stanowi bowiem czystą energię, zasadę życia, tak Dionizos nie posiada własnego oblicza, ma zawsze maskę, pod którą kryją się niezliczone twarze, pyski, łby, dzioby i ryje wszystkich poszczególnych stworzeń. Jest niejako „rozszarpany” na wszystkie żywe stworzenia, jest każdym z nich, samemu będąc nieokreślonym.

Trudno precyzyjnie wskazać czas, kiedy Iwaszkiewicz poznał i przyswoił sobie mit dionizyjski. Bez wątpienia stało się to jeszcze na Ukrainie, przed przyjazdem do Warszawy jesienią 1918 roku. Nie ulega też wątpliwości, że ważną rolę we wtajemniczeniu młodego poety w tematykę i symbolikę dionizyjską odegrał Karol Szymanowski, który w czerwcu 1918 roku zaproponował swemu kuzynowi napisanie libretta do opery Król Roger. By przygotować go do tego zadania i przybliżyć mu ideę planowanego dzieła, kompozytor podsuwał Iwaszkiewiczowi do lektury Bachantki Eurypidesa, Narodziny tragedii Nietzschego, Współzawodników chrześcijaństwa Tadeusza Zielińskiego, Dionizego z Auxerre Waltera Patera, Klątwę Wyspiańskiego, pamiętniki Benvenuto Celliniego. Najważniejsze były jednak rozmowy o Królu Rogerze, o przesłaniu tego utworu.

Filozofia Króla Rogera – pisze Iwaszkiewicz w Spotkaniach z Szymanowskim – jest dość prosta. Oparta ona jest na pewnej scenie z Bachantek Eurypidesa, a właściwie mówiąc, na interpretacji tej sceny u profesora Zielińskiego […]. Mianowicie w scenie Penteusza z przebranym Dionizosem Zieliński zauważa zmysłowe podniecenie, które Penteusza ciągnie na święto bachantek, mimo iż pozornie sprzeciwia się on kultowi Dionizosa i dionizyjskiemu upojeniu. Dionizos malując mu sen upojonych bachantek świadomie podnieca upartego króla i tym samym wciąga go w zasadzkę. Otóż to podniecenie zmysłowe i niezdrowa ciekawość Penteusza znajduje swoje echo w zmysłowej ciekawości Rogera, która ogarnia go we wszystkich spotkaniach z tajemniczym pasterzem. Religia pasterza, religia dionizyjskiego upojenia działa na Rogera, jak na Penteusza, jedynie zmysłowo i dlatego Roger, pomimo iż idzie za pasterzem i dochodzi aż na scenę teatru antycznego, pozostaje w ostatniej scenie dramatu sam, z rozdźwiękiem w duszy. Dionizos porzuca go. Zostawia go samotnego jak dawniej, z Edrisim i Roxaną, z mądrością i miłością. Ale Roger staje się innym Rogerem […]. Poznanie prawd kultu Dionizosa przemieniło Rogera wewnętrznie.


Tak samo poznanie prawd kultu Dionizosa przemieniło Jarosława Iwaszkiewicza, który czerwcowe dnie 1918 roku w Elizawetgradzie, spędzone na omawianiu treści Króla Rogera i na wgłębianiu się w mit dionizyjski, nazwał „prawdziwą epoką” w jego życiu. Należy przy tym zauważyć, że ostateczna forma libretta Króla Rogera stanowi kompromis między wersją proponowaną przez Iwaszkiewicza a zamysłem Szymanowskiego. U Iwaszkiewicza król Roger nie tylko poznawał Dionizosa w pasterzu, ale szedł za nim w mrok, rzucał się w odmęt dionizyjskiego żywiołu, porzucając dla niego wszystko. Ta różnica nie jest drobna, to tak, jakby zestawić zmysłowe podniecenie z szaleńczą orgią.

Trafnie zauważył Jerzy Kwiatkowski w książce Poezja Jarosława Iwaszkiewicza na tle dwudziestolecia międzywojennego: „«Dionizyjskość» Iwaszkiewicza opiera się na niemałej erudycji i świadczy o bardzo osobistym przeżyciu mitu, mitu, który u wielu współczesnych poetów stanowił symbol dość ogólnikowy, traktowany nieco powierzchownie”. „Osobiste przeżycie mitu” oznacza tu taką formę doświadczania świata, która bliska jest utożsamieniu się z postacią mityczną. Najsilniej to przeżycie uwidoczniło się w tomie poetyckim Dionizje z 1922 roku. Warto dodać, że Iwaszkiewicz w latach dwudziestych przyjął pseudonim literacki „Eleuter” i okazjonalnie używał go także po wojnie, choćby w Listach do Felicji – cyklu felietonów ogłaszanych na łamach „Nowin Literackich” – podpisywanych tym pseudonimem. Eleuter (od Eleuthereus) to jeden z przydomków Dionizosa, znaczący tyle co Wyzwoliciel, Wybawiciel – między innymi od ciasnych ram pojedynczej osobowości. Tak rozumianemu wyzwoleniu służy to wszystko, co niweczy zasadę indywiduacji, co unicestwia jednostkową świadomość i składa ją na ołtarzu nieświadomego siebie życia. Zatraceniu służą narkotyki, alkohol, orgiastyczny seks, sztuka i wszelka transgresja.

W przypadku Iwaszkiewicza „osobiste przeżycie mitu” nie przyjęło formy szaleńczego utożsamienia się z Dionizosem, co – jak wiadomo – przytrafiło się Nietzschemu. Polskiego pisarza przed osunięciem się w obłęd uchroniła być może twórczość literacka, dzięki której mógł się rozmnożyć na wszystkie postacie, które występują w jego powieściach, dramatach i nowelach. Ponadto wchodzi w rachubę swoiste rozbicie antycznego pramitu dionizyjskiego na dwa mity Europy nowożytnej, stanowiące niejako węższe realizacje owego pramitu, mieszczące się w owym pramicie jako jego pokrewne sobie warianty, obydwa wyposażone w element jasnej świadomości: mit faustyczny i mit związany z postacią Don Juana. Nie było to tajemnicą dla Iwaszkiewicza, który w późnym wierszu Biografia z tomu Muzyka wieczorem pisał:

Przyśniłeś mi się jeszcze tam na stepie,
Gdy księżyc nad kurhanem wschodził różowym ciałem,
Widziałem cię w mieście, na ulicy, w sklepie,
W przejrzystej wodzie ciebie widziałem.

Szedłeś za mną przez całe moje długie życie,
Słyszałem wciąż za sobą uparte stąpanie.
Nie wiedziałem, że ciągle żyjesz ze mną skrycie,
Hamlecie, młody Fauście, stary Don Juanie.


Obecność Hamleta nie powinna dziwić nikogo, kto zna Narodziny tragedii: „Człowiek dionizyjski – powiada Nietzsche – podobny jest do Hamleta: obaj spojrzeli raz prawdziwie w istotę rzeczy, poznali i wstręt im działać; bo działanie ich nie może nic zmienić w wiecznej istocie rzeczy”. Tę istotę stanowi Dionizos rozszarpany na kawałki, niezniszczalne życie rozszczepione na podlegające rujnacji indywidua. Można zniszczyć indywiduum, zetrzeć na proch jakiś kawałek, ale nie można powstrzymać obowiązywania principium individuationis, wedle której to zasady w miejsce jednego unicestwionego indywiduum pojawia się nowe, podobne do poprzedniego. Sam Iwaszkiewicz w liście do Lisowskiego z 27 stycznia 1959 roku odwołuje się do tego prawa, myśląc o swoim umierającym przyjacielu Jerzym Błeszyńskim:

Jakoś mi pusto w sercu i w głowie. Mój towarzysz podróży to umiera, to tańczy, męczy mnie to bardzo, ale bardzo wiąże z życiem – poprzez ból istnienia, principium individuationis, weltschmerz i jak to się tam jeszcze ten lęk metafizyczny nazywa.


Przed Jerzym Błeszyńskim był Jerzy Lisowski, a wcześniej między innymi Jerzy Mikłucho-Makłaj. Po nich byli inni, a każdy miał podobną rolę do odegrania: służyć młodzieńczą energią, dawać powód do pisania.

Wszystkie trzy wskazane mity – Dionizosa, Fausta i Don Juana – to niemiłosierny los, a prosta struktura tego losu przypomina tory kolejowe, toteż wymaganie od Iwaszkiewicza, by żył inaczej, niźli żył, jest równoznaczne z żądaniem, by pociąg jechał inną drogą, niż wiodą tory.

Mit dionizyjski tłumaczy nie tylko związek Iwaszkiewicza i Lisowskiego – czy w ogóle stosunki Iwaszkiewicza z ludźmi – rzuca też światło na drażliwą kwestię polityczną. Jak niemal każda korespondencja Iwaszkiewicza, tak i ta dostarczy oponentom pisarza obfitego materiału do stawiania zarzutów o zbyt daleko posuniętą akceptację powojennego status quo. Iwaszkiewicz w gruncie rzeczy był apolityczny, aideologiczny. Żywił przeświadczenie, że to, co ludzi dzieli w dziedzinie poglądów, jest nieistotne, a ważne jest to, co ludzi łączy w sferze życia: miłość, praca, cierpienie, choroby, śmierć. Etykę łączył ze sferą życia. Ideologia była dlań amoralna, historia, rozumiana jako następstwo zdarzeń politycznych, stanowiła domenę zła, bo skażona jest jednostkową, egoistyczną wolą mocy.

Gdy Iwaszkiewicz wprowadził się na Stawisko w październiku 1928 roku, dom był już urządzony przez jego teścia Stanisława Wilhelma Lilpopa. Pierwszy rzut oka na łóżko w sypialni sprawił zapewne poecie przykrość: jemu, mierzącemu 186 centymetrów wzrostu, proponowano spanie w łóżeczku – bo nie w łożu – małżeńskim. Ktoś inny wymieniłby łóżko, nie oglądając się na teścia, tym bardziej że Lilpop zmarł śmiercią samobójczą w 1930 roku. Iwaszkiewicz zaś co noc układał u wezgłowia stos poduszek i sypiał pół siedząc, pół leżąc, aż wytarł głową drewniane oparcie łóżka. Czy ktoś, kto dopasowuje się do krótkiego łóżka we własnej sypialni, podejmie się zmiany ładu politycznego? Czy ktoś, kto afirmuje wszystko, co niesie szeroki strumień życia, a znalazłszy się w wielkich opałach, mawia: „To życie! To lubię!” – odrzuci rzeczywistość polityczną, jakakolwiek by ona była? Ułoży się w niej tak, by nikomu nie być zawadą.

„Co to za człowiek?” – pytał zdumiony Kazimierz Brandys i sam sobie odpowiadał: „Pan Bóg wie, dlaczego Iwaszkiewicz jest utalentowany i co się za tym kryje”.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.