04/2020

Miłosz Waligórski

Totentanz in Serbien

Przesadyzm.


1. Rzeźnik, kantor, studio paznokcia, grill, piekarnia, zakłady bukmacherskie, siłka. Siedem przypadków obsługuje dzisiaj Nowy Sad. Nie znam ich łacińskich nazw. Przez ostatnich sto lat miasto i cały region, halsując między brzegami imperiów, przesunęły się od paradygmatu kultury węgierskiej i austriackiej, które w gmerku mają skrzyżowane strzały i torcik Sachera, w stronę paradygmatu o końcówkach rymujących się z zapachem baklavy, kawy po turecku i skwarek na blasze. Pielesze. Mimo wszystko Wojwodina to wciąż tylko pielesze, więc, zgodnie z definicją, (a) zaciszne ustronie i „boczne podwórze”, ale też (b) gniazdo drapieżnego ptaka. Z jednej strony miejsce po zawietrznej, głuche ostępy dziejów itp., z drugiej nadgniły, bo zębem czasu tknięty kąsek w szponach miejscowych ludów. Itd. Chciałem tylko powiedzieć, że radary geopolityki od dekad rejestrują znos – tak, znos – czy wręcz zboczenie (zboczenie!) Wojwodiny z obranego dawno temu kursu. Innymi słowy, odkąd dzikie flukty poniosły tę niegdyś spokojną krainę Niemców naddunajskich i odzianych w płaszczyk dzsentri Węgrów, ten „świat stoi na głowie”, a „wróbel poluje tam, gdzie orzeł nie śmie” (Ryszard III, akt I, scena III).


2. Nie chciałbym jednak zostać oskarżony o spłycanie, w bezmorskich okolicach zwane prosto symplicyzmem, ale oni, Serbowie, robią to sobie sami. Naprawdę. Orientalizują się, za przeproszeniem, wszędzie, nawet w miejscach publicznych. Bez cienia zażenowania. Bez niepewności semantycznej. Z grubej rury. Zimą i latem. I bynajmniej nie mam na myśli ich tyle szczególnego, co niepojętego nabożeństwa do Rosji, będącej tu ogarnieniem Wschodu in extenso, ale o konkrety. O sceny, co rozpierają się w pamięci jak choćby ta rozlewiskowa baba z uszami wielkimi jak wachlarze i z biustem bufetowej, na którym przed wymarszem na front albański wypłakał się cały pułk czetników – baba z autobusu do Belgradu, „tłusty obraz siedmiu grzechów głównych” – pani rejsowa. Z fajką w ustach człapała korytarzykiem wzdłuż siedzeń i od niechcenia sprawdzała bilety. Jej pomruk był echem z jaskini, a jej ubranie było piżamą włożoną na lewą stronę, u góry rozciągniętą tak, że mimowolnie widziałem lewy bark, u dołu zaś wypchaną w kolanach, czyli tam, gdzie negatyw napisu BEAUTY łamał się na pół. Jej strój na opak i owłosiony obojczyk do dziś działa na moją pamięć jak olejek napędowy. (A czyż Jan Assmann, ten oczytany Niemiec, nie orzekł, że „pamięć jest substancją kultury”?).


3. Do przystani zawinął ogromny wycieczkowiec, monstrum wielkości czteropiętrowego bloku. Kilkoma wyjściami wyroili się zeń turyści, trop w trop, po tropach do celu. Ludzie różnej płci, różnych pozorów, w kostiumach safari. Reprezentanci szerokiego świata. Tropiciele i twórcy „Bałkanów” Bałkanów. Zajęli cały widok. Deptak, ścieżkę dla rowerów, „iłłową” bieżnię. Jednego z nich ledwie wyminąłem. Zmierzył mnie tak, jakbym w ręce trzymał nie parasol, ale wbitą na kij chmurkę burzową z piorunami. Pomknąłem dalej. W drodze powrotnej spotkał mnie obrazek tyle komiczny, co kosmiczny. Wokół starej kobiety, co stała na głowie, wianuszkiem zastygli ludzie z obcych krajów. Może coś do niej mówili, nie słyszałem. Ona, jakby miała „uszy pod wodą”, nie reagowała. Ponad tłum w niebo sterczały skarpetki z anilany. Musiała być bardzo wysoka. Obok leżały puste buty. Dla większości z nich była pierwszą napotkaną Serbką, pronominacją całego kraju. Świrem. Świrą – Anną? – której alegoryczność narzuca się sama. Robili jej zdjęcia. Po powrocie do kajut, obserwując przez bulaje, jak pamięć i fantazja zlewają się w jeden mdły krajobraz, notowali w dziennikach podróży swoje w(y)rażenia: „Euklides robi wymyk na trzepaku, takie są Bałkany”, „Uduchowioną głową wygniatała jasiek – widziałem!”, „Arcydzieło starej kartografii, mapa o orientacji południowej mówi: jeśli staniesz do góry nogami, będziesz lepiej widzieć świat”.


4. I co? Pstro! Małpa w zoo. Nieprawda? Prawda! Tak było. Mniej więcej tak. Skłonni do frenezji, nie tylko romantycznej, do teatralnych gestów i nadużywania głosek zwarto-wybuchowych Serbowie powtarzają, że w każdym żarcie tkwi trochę żartu. Reszta to pewnik. Tak samo jest ze stereotypem. Być może wywrócona na lewą stronę piżama pani rejsowej była manifestacją czegoś innego, choćby pociągu do menippei, w której lubuje się poważnie-śmiechowa załoga autobusu na trasie Sombor – Belgrad via Nowy Sad. Być może kobieta stojąca do góry nogami pod burtą mastodonta, co ślinił się na wybrzeżu przybojem brudnej piany, rzeczywiście była wcieleniem Al-Idrisiego, może nawet na głowie miała turban, w reklamówce Koran, a podczas tej gimnastyki mruczała językami. Ja jednak pytam o coś innego. „Małpa w zoo”. Ale co za małpa? Pytam o tę jedną jedyną. Konkretną, namacalną. Bo ze staniem na głowie jest jak z pracą barek na Dunaju, z mostem, kamieniem, chmurą. Ich dorzeczność wypierają znaczenia przenośne. Trudno, wręcz nie sposób myśleć o nich materią. Na pierwszy plan wysuwa się idea, która przyćmiewa fakt, że coś jest po prostu.


5. Pomoc okazuje poezja. W niej można poczuć to, co kiedyś – kiedy jeszcze nie było wierszy – odczuwaliśmy na własnej skórze: rzecz. Nie samą w sobie, symbol czy totem, ale rzecz zanurzoną w wodach płodowych języka, która doskonale radzi sobie bez znaków, lecz w końcu łaskawie pozwoli im wejść na siebie i na sobie pasożytować. Tyle poezja. W prozie życia obcokrajowcy chcieli ustalić, jaka to małpa, ale postali nad nią i zaraz sobie poszli. Doświadczyli rite de passage w wersji à côté, czyli obrzędu przejścia… obok. Bo kto z nich dostrzegł, że Anna to jogini, co wbija przechodniom ćwieka poezji? W pozycji, którą przyjęła, człowiek dwoi się i troi, by związać się w jednię. Być widzeniem. Przy ziemi. Osiągnąć punkt duszy. Krótkotrwałej, powiem wyraźnie, śmiertelnej, ale w tej chwili chwila nie ma ram. „Kiedy staję na głowie, / dusza spada do głowy. / Jest wtedy na swoim miejscu” – pisała Świrszczyńska z ciała, wyzwolona z „ciała”.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.