07-08/2020

Marta Wyka

Towarzysząc poecie
(Laudacja Janusza Drzewuckiego)

Sądzę, że taka rola – towarzyszenia w drodze – związana jest mocno z zawodem krytyka. Jeśli na pewno jest to zawód, a nie powołanie. Są takimi towarzyszami biografowie poetów – Iwaszkiewicza, Miłosza, Herberta, są krytycy – obserwatorzy rozwoju uzdolnionych poetycko młodzieńców – to przypadek Jerzego Harasymowicza i Kazimierza Wyki, bywają też bezlitośni analitycy.

Ale jak nawiązywać kontakt z poetą, który się zasłania? Jak podejść Tadeusza Różewicza? Czy to w ogóle jest możliwe?

Janusz Drzewucki zatytułował swoją książkę Lekcje u Różewicza. Towarzyszy tej twórczości od wielu już lat i na różnych jej etapach, co wydaje się wyjątkowo ryzykowne, jeśli zważyć charakter poety, tyleż przyjaznego, co odpierającego lektora, tyleż otwartego, co zatrzaskującego drzwi, aby w odosobnieniu pisać swoje niekończące się fragmenty.

Drzewucki czyta i śledzi poetę. Robi mu ukradkowe zdjęcia, ryzykując utratę z trudem zdobywanej przyjaźni. Jest z nim podczas ostatniej drogi. Zapewne dalej nie ustaje w krytycznym dążeniu po tropach Różewicza, choć poeta osiągnął już fizyczny kres. Ale być może niektóre ślady z przeszłości nie zostały zauważone bądź się zatarły (o czym świadczy tekst „Różewicz parokrotnie” Kazimierza Wyki po 40 latach).

Myślę natomiast, że Tadeusz Różewicz, pomimo gestów obronnych, o których mówię, czytał to wszystko, co napisał o nim Janusz Drzewucki.

Ten z kolei daje swojej książce podtytuł Teksty krytycznoliterackie i osobiste. Jaka jest dynamika tego personalnego układu – bo jego istnienie, układając książkę, sam krytyk wydobył na światło i nadał mu znaczenie? Drzewucki pisze o całym dziele Różewicza: to znaczy o wierszach, dramatach, prozie, a także o więziach, jakie łączyły poetę z innymi piszącymi; jak wiadomo, chętniej przebywał on wśród malarzy i historyków sztuki niż wśród literatów, ciągnęło go oczywiście do filmu, za sprawą brata Stanisława, ale lubił też odwiedzać Kornela i Wiśkę, nie znosił domu pracy twórczej Astoria, tolerował zaś, może nawet lubił Konstancin. Różewicz był bowiem osobą trudną, a do przyjaźni z nim trzeba było mozolnie dochodzić.

Drzewucki zaś, na przestrzeni wielu lat, nie ustawał w obłaskawianiu poety. Efekt takiego niełatwego związku krytyka i twórcy, czyli zbiór Lekcje u Różewicza, pokazuje, jak może owocować krytyczny wysiłek. Poeta jest w nim zmienny i oporny, krytyk zaś dociekliwy i nieustępliwy. Na zapleczu tych nastrojów znajduje się zaś głęboki podziw i wdzięczność, iż los pozwolił na równie dynamiczne i długotrwale krytyczne spotkanie.

Znajduje się w książce tekst wywołany przez dyskusję, która odbyła się we Wrocławiu pod hasłem Czy Nobel zasłużył na Różewicza?.

Jak wiadomo, poeta nigdy nagrody Nobla nie otrzymał – co można tłumaczyć na wiele rozbieżnych, ale również absurdalnych sposobów.

Nobel nobilituje, pozwala zabłysnąć nazwisku, które dotąd było prawie nieznane, trzeba je znać, choć można nie czytać książek tego czy innego twórcy.

Czy Nobel potrzebował nazwiska Różewicz? Tego się nigdy nie dowiemy, ale, być może, przewidywał je. Nagrodę przyznaje grono ludzi, które się zmienia, kształtowane przez czas i okoliczności.

Drzewucki, omawiając jeden z tomów poezji Tadeusza Różewicza, nadał swojemu szkicowi tytuł Świat wyszedł z normy. Tom nazywa się Wyjście, zdjęcie na okładce ukazuje poetę, który zasłania się dłonią przed fotografem. Przed czym się broni?

„Coś jest ze światem nie tak” – powiedziała Olga Tokarczuk. Nie porównuję ich bynajmniej. Myślę tylko, iż Tadeusz Różewicz odczuwał podobny stan wiele wcześniej. Ale Nobel nie był na niego gotowy.

Książka Drzewuckiego, o której tutaj mówię, to również ciekawa propozycja formalna dla uprawiających zawód krytyczny. To sylwa, zbiór tekstów różnorodnych, z ustalonym merytorycznym centrum. Ale to centrum – Różewicz – oświetlane jest z różnych stron i poziomów. To nie tylko poeta. Również dramaturg, często niechętny przedstawieniom swoich sztuk, ale dokładnie je śledzący. To podróżnik na różnych trasach: po Europie, po Śląsku, po ziemiach zachodnich, po okolicach Karpacza. Drzewucki opisał swój spacer z Różewiczem po mieście młodości, Radomsku. Poeta, namówiony do tej przechadzki, milczał, spoglądał, zadzwonił do brata: „Stasiu, już tu nikogo nie ma”. Uchwycenie tych bezcennych „chwili biograficznych” to jeden z wyróżników książki Janusza Drzewuckiego.

Na samym końcu umieszcza autor fragmenty swojego dziennika, wreszcie nieliczne fotografie, jakie udało mu się ukraść Różewiczowi. W dzienniku zaś dokładny, emocjonalny opis ostatniej podróży poety: na cmentarz w Karpaczu.

Jakie wiec lekcje pobrał u Tadeusza Różewicza Janusz Drzewucki? Ominę tutaj zdawkowe komplementy.

Na pewno lekcję konsekwencji, czyli powrotów do określonych tematów, aby wciąż na nowo podejmować je w zmieniającym się czasie. Na pewno lekcję przyjaźni i pokory wobec twórcy, co krytykom nie zdarza się nazbyt często. Wreszcie lekcję cierpliwości wobec ludzkich – a zatem również artystycznych – słabości.

Okazuje się, że krytyk osiągnął trudny cel: literacki świat przełożył na znakomity utwór krytyczny.

Laudacja ta została wygłoszona 24 stycznia 2020 roku w Krakowie, we foyer Teatru im. Juliusza Słowackiego, z okazji przyznania Januszowi Drzewuckiemu nagrody im. Kazimierza Wyki.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.