11/2020

Wiesław Myśliwski

Tworzenie nie jest aktem stadnym…

Trzydzieści lat temu dr Krystyna Prendowska przeprowadziła z Wiesławem Myśliwskim wywiad dla „Kultury”. W trakcie jego lektury Jerzy Giedroyc usunął wszystkie pytania, zostawiając tylko przypis: „Rozmowę przeprowadziła Krystyna Prendowska”. Ukazał się on w grudniowej (12/515) „Kulturze” z 1990 roku jednak pod innym tytułem. Przypominamy go, bo warto.


W latach sześćdziesiątych powstało pojęcie nurtu chłop­skiego czy kultury wiejskiej. Znaczyło to, że pojawiła się jakaś grupa pisarzy pochodzących ze wsi, z różnych generacji, bo renesans wówczas przeżywali pisarze debiutujący przed wojną. Natomiast jeżeli to pojęcie ma być kategorią estetyczną, to muszę Pani powiedzieć, że się burzę. Ja przyznaję się do chłop­skich źródeł. W kulturze chłopskiej interesują mnie właściwie trzy plany: plan językowy, plan egzystencjalny oraz plan metafizyczny.

W doświadczeniu chłopskim zgromadziła się największa skala ludzkich doświadczeń, historycznych, społecznych, psychicznych, moralnych. Los chłopu nie oszczędził niczego. Ani jako zbiorowości, ani jako jednostce. Doświadczenie chłopskie jest dla mnie pełnią wewnętrznego doświadczenia ludzkiego, wszystkich relacji, jakie zachodzą między człowiekiem a nim samym, a drugim człowiekiem, a światem, a Bogiem, a kosmosem, a niebem, a ziemią, a śmiercią, a narodzinami. Nie ma takiej sfery bytu, która w tej kulturze nie miałaby swojej działki. W chłopskiej kulturze życie było integralne, to znaczy nie było podziału na życie empiryczne i życie oniryczne. Sen był takim samym wydarzeniem życia, wykonywany był z taką samą powagą, jak wszystko inne. Przestroga, złudy, zwidzenia tworzyły integralność świata. Wszystko było istotne. Sen, wiara – też były życiem.

Słowniki to zapisy stereotypowe, ubogie, które nie są w stanie zanotować całego bogactwa chłopskiej mowy, która właś­ciwie już przepadła. To, co mnie w języku chłopskim interesuje, to stosunek człowieka do języka. Chłop przecież nie znał słownika, nie znał zapisu języka. Był bezradny. A jednocześnie nigdy nie był bezradny. Był skazany na tworzenie języka. Chodzi mi o to, aby przez naiwność odrestaurowywać zdziwienie człowieka jako umiejętność, zdolność reakcji na świat. Czasami drastyczna zmiana miejsca jest powrotem do stanu zdziwienia. To jest sposób. Zmiana punktu poznawczego jest istotna. Tomasz Mann miał na przykład taką zasadę, że obserwując ulicę z okna swojego mieszkania, nie obserwował jej wprost, ale poprzez lusterko. To są wszystko sposoby odświeżania naszego sposobu patrzenia na świat.

Teraz Pani widzi, że moja nieufność do gibkiego języka, do – powiedziałbym – aerobiku językowego, jakim się dzisiejsza kultura posługuje, kazała mi szukać innych źródeł języka. Uważam zresztą, że w Polsce mamy do czynienia z dość wyjątkowym zjawiskiem. Wskutek zaborów polski język literacki, nowoczesna literacka polszczyzna, którą uformowali romantycy, uprawiana była przez ponad wiek. Brakło dopływu języka do kraju, który popadł w niewolę. A to wskutek tego, proszę Pani, język pełnił rolę instytucji narodowej, w związku z czym wymagany był pietyzm dla niego. Z drugiej strony, ten język uległ kanonizacji. Był to język piękny, ale stał się pięknym gorsetem. I mniej więcej od Młodej Polski, od modernizmu, możemy obserwować pojedyncze wyłomy z kanonu języka literackiego. Pierwszym buntownikiem był Przybyszewski. Nie wiem, czy nie był większym buntownikiem w sferze języka niż w sferze obyczajowości. Następnym był Leśmian, który zwrócił się do języka ludowego, oczywiście dokonując odpowiedniej transformacji. Takimi buntownikami byli także Witkacy, Gombrowicz, Schulz, po wojnie Leopold Buczkowski. Cały rewolucjonizm Witkacego jest buntem przeciw polszczyźnie literackiej.

Jeśli pojawiła się rzecz, zdarzenie, zjawisko, to chłop musiał je nazwać. Sam z siebie musiał to nazwać. To my dzisiaj jesteśmy naprawdę bezradni wobec języka, protezoidalni. Kiedy nie wiemy, co jak nazwać, sięgamy do języka, ewentualnie zapożyczamy z mowy obcej. W pewnym sensie, proszę Pani, stosunek człowieka do języka przypomina stosunek wielkiego poety, który jest mniej więcej w tej samej sytuacji. Musi wymyśleć słowa. W kulturze chłopskiej każdy człowiek więc był skazany na bycie poetą, na bycie wynalazcą. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z obszaru, z możliwości języka. Nie ma języków lepszych i gorszych, bogatszych i biedniejszych. Jeżeli w obrębie jakiegoś języka brakuje określeń, to tylko dlatego, że w tej kulturze pewne znaczenia się nie objawiły. Potencjał każdego języka jest nieskończony. W chłopskim języku, jak w żadnym innym języku polskim, obserwujemy bardzo wyraźnie cały mechanizm powstawania, tworzenia języka, a nawet powiem więcej – nazywania świata. Może moje poglądy na język są dość ekstremistyczne. Uważam bowiem, że istniejemy dzięki językowi. Jako ludzie. Nasza świadomość, nasza wyobraźnia, nasza wrażliwość, nasze sny, wszystko są to kategorie języka. Jeśli odczuwamy ból, to dlatego, że nie tylko umiemy go odczuć, ale go też nazwać.

[…]

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.