10/2020

Ostap Sływynski

Ukraina

Urodziłem się pod koniec lat siedemdziesiątych minionego wieku w kraju żyjącym w cieniu jakiejś wojny, która miała się wkrótce wszystkim wydarzyć. Wiedzieliśmy, gdzie się ukryć w razie ataku z powietrza, bo co roku kilka lekcji szkolnych spędzaliśmy w ciemnym betonowym wnętrzu schronu przeciwlotniczego, rechocąc i szczypiąc się nawzajem, póki nauczycielki objaśniały nam, jak poprawnie zakładać i zdejmować maskę gazową. W telewizji tak często pokazywano filmy o Hiroszimie, że budziłem się w nocy z powodu każdego hałasu za oknem, myśląc, że już się zaczęło.

A jednak zimna wojna skończyła się, a ta prawdziwa, gorąca się nie zaczęła. W późnych latach osiemdziesiątych kompletna strata wiary w wojnę, która była wyraźnie silniejsza niż wiara w komunizm, spowodowała to, że pokój przestał wystarczać do szczęścia obywatelom (byłego już) Związku Radzieckiego i zaczęli się dopominać o jedzenie i ubrania, meble i paszporty. W roku 1994 niepodległa Ukraina zrezygnowała ze swego odziedziczonego po ZSRR arsenału jądrowego w zamian za międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa, zapisane w tzw. Memorandum Budapeszteńskim. Świat wydawał się przyjazny i pełen możliwości dla takiej młodej demokracji, jak Ukraina, wystarczyło grać według pewnych – zrozumiałych i przejrzystych – zasad. Z czasem to naiwne przekonanie poszło w niepamięć, włącznie z samym Memorandum. Gdy dokładnie dwadzieścia lat po jego podpisaniu wojsko jednego z krajów, mających gwarantować bezpieczeństwo Ukrainy, pojawiło się z wcale nie pokojowym zamiarem na Półwyspie Krymskim, to dwa inne kraje, uczestniczące w tym układzie, wolały udać, że nic się nie stało.

„Gorąca” wojna zaczęła się dla Ukrainy wtedy, gdy starsze pokolenia już zapomniały, jak się zakłada maskę gazową, a młodsze jeszcze się nie nauczyło; gdy stare schrony przeciwlotnicze dawno zostały przekształcone na magazyny piwa i konfitur, garaże i siłownie. Gdy ukraińskie wojsko, jeszcze jako tako funkcjonujące w pierwszych latach poradzieckich, ostatecznie przekształciło się w skorumpowaną firmę obsługującą prywatne interesy kilkunastu generałów i pułkowników ze sztabu. Wojna z Rosją niejako weszła tylnymi drzwiami – nie, nie wyglądało to tak, jak w propagandowych filmach, większość społeczeństwa chyba nawet nie zdążyła porządnie się przestraszyć (zresztą po niedawnym Majdanie już zwyczajnie nie było siły na strach). Od razu trzeba było zabierać się do pracy: wspólnymi siłami, metodą crowdfundingu zaopatrywać splądrowane wojsko, organizować ochotnicze bataliony oraz służbę medyczną; można powiedzieć, że społeczeństwo okazało się znacznie lepiej przygotowane do wojny niż państwo. Inwazja rosyjska uruchomiła wszystkie jego systemy, włącznie z systemem kontroli instytucji państwowych, działającym na maksymalnych obrotach jeszcze z czasów Majdanu.

Dobrze, a jak z literaturą? Jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, pierwszymi czujnikami, które zareagowały, były poezja i rozmaita – jak się ją określa – „ego-literatura”, czyli dzienniki oraz eseistyka autobiograficzna. Literatura pisana prosto w szańcach oraz udostępniana na bieżąco dzięki sieciom społecznościowym (nawet na przedniej linii zazwyczaj znakomicie działały Facebook i Instagram) była odbierana entuzjastycznie i bezkrytycznie. Nie ma co się spierać o kompozycję i składnię, skoro lotnisko w Doniecku płonie, a rosyjskie czołgi lada dzień mogą ruszyć na Kijów. Gorzej zrobiło się z czasem, gdy entuzjazm społeczny nieco przygasł, a literatury takiej wcale nie zrobiło się mniej – wręcz odwrotnie, bo żołnierze pierwszych fal mobilizacji zdążyli wrócić do domu i mieli dość czasu, żeby zabrać się do pisania. Zrobiło się jej tak dużo, że pojawiły się specjalne wydawnictwa tzw. literatury kombatanckiej. Korzystając z bezwarunkowej społecznej aprobaty, te wydawnictwa zaczęły agresywnie, z bezpardonowością charakterystyczną dla ludzi, którzy niedawno wrócili z frontu, pruć na rynek, co w 2019 roku doprowadziło do konfliktu między nimi a organizatorami kijowskich targów książki „Arsenał Książkowy”. Powodem skandalu była nie tylko kiepska jakość większości wydawanej przez nie literatury, ale także zapędy ideologiczne niektórych wydawców, którzy pod szyldem „literatury kombatanckiej” próbowali przemycać teksty wyraźnie faszystowskie, włącznie z dziełami niewątpliwego geniusza literatury Benito Mussoliniego. A jednak presja opinii społecznej broniącej „patriotów” okazała się tak duża, że biuro targów było zmuszone do szukania kompromisu, w wyniku czego te wydawnictwa po prostu wyproszono z hal wystawowych i zorganizowano dla nich specjalny „namiot kombatancki” w podwórku.

Jeśli jednak literaturze jawnie grafomańskiej można po prostu dać spokój, to z tekstami w rodzaju wierszy Borysa Humeniuka trzeba sobie jakoś poradzić. Ten utalentowany poeta był jednym z pierwszych żołnierzy ochotników, którzy w lecie 2014 roku wyruszyli walczyć przeciwko separatystom oraz oddziałom rosyjskim w Donbasie. Jego Wiersze z wojny, pisane na bieżąco i publikowane na Facebooku, przyniosły mu ogromną popularność. Są to energiczne, ale zarazem bardzo liryczne monologi, cenne świadectwa o nowoczesnej wojnie, w których miesza się świadomość mieszkańca XXI wieku z archaicznym etosem walki. Ów etos wnosi w tekst również to, co we współczesnym świecie uważa się za bardzo nie comme il faut. Na przykład agresywny (żołnierski) męski szowinizm, każący bohaterowi lirycznemu na serio traktować kobiety wroga jako zdobycz, którą można swobodnie „wyruchać” (to właśnie skłoniło tłumaczkę i redaktorkę antologii Wschód–Zachód. Wiersze z Ukrainy i dla Ukrainy Anetę Kamińską do usunięcia z książki jednego z wierszy Humeniuka). Albo charakterystyczny dla tego poety ekspansjonizm, zgodnie z którym jego narrator grozi, iż w wojnie z Rosjanami dotrze nie do Czarnego, a do Białego morza, czyli do terytoriów, które nigdy nie były ukraińskie i nie mogą być za takie uważane; niektórzy krytycy słusznie oskarżyli poetę, iż w taki sposób kompromituje on Ukraińców, którzy przecież prowadzą wojnę obronną, a nie ekspansywną.

A jednak wojna rosyjsko-ukraińska przyniosła również inne, nie mniej mistrzowskie literacko, ale znacznie bardziej wyrozumiałe świadectwa. Chodzi przede wszystkim o książkę Artema Czecha Punkt zerowy, która w zeszłym roku ukazała się po polsku nakładem lubelskich Warsztatów Kultury. Artem Czech podobnie jak Borys Humeniuk nie był przed wojną autorem wysoko cenionym, doświadczenia frontu więc stały się dla niego paliwem, którego jako pisarz prawdopodobnie potrzebował (może właśnie to spowodowało, że – jak sam wyznaje – bez wahania poszedł na wojnę, gdy dostał wezwanie z komendy). Punkt zerowy znalazł się w finale Nagrody im. Kapuścińskiego za reportaż literacki, chociaż nie mieści się on w ramach tego gatunku tak samo jak w ramach żadnego innego. I to jest jego ogromną zaletą. W chwilach, gdy żołnierka, której Czech w odróżnieniu od Humeniuka wcale nie romantyzuje, osiąga fantastyczny poziom absurdu, pomaga mu fikcja; jeśli czegoś w rzeczywistości wojennej nie rozumie (a nie rozumie wielu rzeczy), nie stara się snuć domysłów i pozostawia nas w dręczącej pustce. Do tego dodajmy dystans, humor i autoironię świadczące o zerowej indoktrynacji ideologicznej (co nie przeszkadza Czechowi być patriotą wcale nie mniejszym niż Humeniuk).

Uważam, że dobra literatura musi być niewygodna dla tych, którzy woleliby żyć w świecie geometrycznym, podzielonym na sektory o różnych kolorach i wyraźnych granicach. Сechą szczególną wojny w Donbasie jest to, że obywatele Ukrainy z wyboru albo z konieczności znaleźli się po obu stronach konfliktu, więc literatura ukraińska może mieć stosunkowo łatwy dostęp do świadectw z obu obozów, co jest niewyobrażalną zaletą, jeśli umie się z niej skorzystać. Prawie od samego początku wojny czekałem z zapartym tchem, aż pojawią się teksty o terenach okupowanych, które dopełnią i zrównoważą perspektywę „literatury kombatanckiej”. I pojawiły się, i są to teksty świetne. Chodzi przede wszystkim o prozę Wołodymyra Rafiejenki i Ołeny Stiażkiny – dwójki pisarzy z Doniecka, którzy po wybuchu wojny byli zmuszeni do opuszczenia rodzinnego miasta i wyjazdu do regionów nieokupowanych, przy czym ten niewątpliwy dramat obrócił się dla nich w niespodziewaną możliwość wejścia w krąg literatury ukraińskiej: jako autorzy rosyjskojęzyczni (chociaż swoją najnowszą powieść Rafiejenko napisał już po ukraińsku, a Stiażkina w tym języku pisze publicystykę i teksty naukowe) przed 2014 rokiem przebywali oni głównie w sferze oddziaływania literatury rosyjskiej.

Najdłuższymi czasami Rafiejenki (polskie tłumaczenie ukazało się całkiem niedawno), jego najsłynniejszą obecnie książką, też jest kłopot gatunkowy: ten tekst określa się jako powieść jedynie z braku lepszego terminu. Działa on na dwóch zupełnie odmiennych poziomach: krótkie nowele naturalistycznie opisujące rzeczywistość okupowanego Doniecka są inkrustowane dziwaczną parabolą o mieście Z, które wyłamuje się z czasu i przestrzeni, zawieszając działanie zasad fizyki.

O ile Rafiejenko woli pozostawać w wymiarze okupacyjnej (i wygnańczej) teraźniejszości, nieuchronnie ześlizgując się w bezczasowość, o tyle Ołena Stiażkina w swojej cudownej, choć niedocenionej powieści Rozka szuka odpowiedzi na pytanie o przyczyny tego, co się wydarzyło w Donbasie, we własnej pamięci – pamięci kobiety, która dorastała w sowieckim Doniecku, infantylnym mieście, pozbawionym przeszłości i przyszłości. Rozmowy i wydarzenia z tamtych lat we wstrząsający sposób stają się kluczem do dzisiejszych dramatów. Jednocześnie Stiażkina odważnie i wnikliwie jak nikt inny w literaturze ukraińskiej przedstawia portret społeczny ludności okupowanego Doniecka, nagłaśniając jej niejednorodność. W paradoksalny sposób Rozka to jednocześnie requiem dla miasta i akt usprawiedliwienia dla tych, którzy z różnych, nieraz bardzo dramatycznych powodów postanowili pozostać na okupowanych terenach i którzy w oczach mieszkańców niekupowanej Ukrainy często jawią się jedynie jako „zdrajcy”, „kolaboranci”, „rosyjskie szmaty”.

Literatura na pewno nie jest w stanie ani zatrzymać wojny, ani jej zapobiec, gdy wojna już jest na horyzoncie. Co gorsza (a czego po literaturze już można byłoby się spodziewać), nie objaśnia ona wojny – tak samo, jak nie robią tego filozofia czy historia. A jednak w dalszym ciągu piszemy i czytamy o wojnie. Myśląc o tym, przypominam sobie dyskusję o roli literatury (szerzej – sztuki) podczas ukraińskiego Majdanu. Jeden z pisarzy wówczas określił ukraińskie protesty jako „porażkę kultury”, ponieważ nie zdołała ona „zapobiec przemocy”. Ale przecież kultura była obecna na Majdanie nie po to, żeby z jej pomocą rozmawiać z przeciwnikiem czy „łagodzić obyczaje”. W żadnym wypadku nie przyniosłoby to skutku. Miała za to inną, nie mniej ważną funkcję: funkcję przypominania sobie samym o własnych wartościach, bez czego w takich warunkach łatwo byłoby ześlizgnąć się w dehumanizację i absurd. A już post factum – funkcję pamięci i świadectwa, co właściwie też dotyczy humanizmu. To wystarczy.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.