03/2020

Magda Ruta

Urodziny

Wchodzę do chirurga, on pyta, co mi dolega, a ja na to pokazuję pachę. Odpowiada:

– Od razu do cięcia. – Bo to jest łódzki chirurg.

Opuszczam rękę z wrażenia. On mi, co prawda dość uprzejmie, wskazuje łóżko i woła pielęgniarkę.

Przyjechałam do Łodzi na urodziny taty. Na placu Dąbrowskiego, tam sprzedają 24h kwiaty zawsze świeże, kupuję mu pięć długich czerwonych róż. Po drodze zostawiam je na przechowanie mamie, u niej w pracy, wraz z moim psem, który ze mną cierpliwie znosi podróż. Mama na mój widok, i psa, jak to zawsze:

– No, i na co te kwiaty, na co ten pies?

Potem lecę na wizytę, do chirurga, bo mnie boli guzek pod zgięciem w okolicach węzłów chłonnych. Nie chcę, by tata przejął mój niepokój, wolę do niego przyjść już po diagnozie. Na pewno nic groźnego.

Kładę się, jak stoję, na leżance wskazanej przez lekarza. Zapala nade mną ostre fioletowawe światło, zakłada rękawiczki, spsikuje moją skórę Octeniseptem i nim się obejrzę – skalpelem nacina mi zgorzel. Wysącza skurwysyna do reszty, zagadując mnie na różne tematy. Czym się zajmuję, gdzie mieszkam i, jak co druga napotkana osoba tego świata, z przekonaniem mówi:

– Niech napisze pani o mnie, moje życie jest jak…, och, gdybym pani opowiedział, to na jedną książkę nie starczy.

Obok siedzi pani, jak się okazuje, Renata, i to ją proszę, żeby trzymała mnie za rękę.

– To od dezodorantów ta narośl – mówi, gdy już z sączkiem pod pachą zaciskam ranę. – Golenie, chemia i o. Zakażenie gotowe. Nie używać, zawsze powtarzam, nie używać. Ale pacjentki gdzie tam! – zdjął rękawiczki i wystukuje na komputerze, co przed chwilą zrobił. Że też on tak potrafi, że mu się ręce nie trzęsą po takiej rzezi…

Z kwitkiem wracam do recepcji, żeby zapłacić. Już z ulicy dzwonię do ojca. Miałam się tak trzymać, tak go nie martwić, złożyć mu życzenia urodzinowe, ale w słuchawce zamiast halo słyszę:

– No, ja nigdy nie mogę zjeść. Akurat, ale to akurat zawsze dzwonicie, jak sobie nałożę… Madzia, no, zlitujcie się, zaraz się poparzę – mówi jednym tchem.

I już wiem, że jest normalnie. Żadna uroczystość, dzień jak co dzień, oddycham z ulgą, daję ojcu zjeść. Oddzwania za pięć minut, może cztery, i się jak to on tłumaczy:

– Jadłem, po prostu jadłem, no, nie mogłem, zawsze dzwonicie, jak nie mogę odebrać.

– Nie, to Ty zawsze odbierasz, jak nie możesz odebrać – bronię się. Ale przecież nie pierwszy raz taki absurd. Wiem, że i tak głód miłości przez niego przemawia, szarpie się z nim, pluje resztkami nieprzegryzionego, taki to nasz wariat.

On dalej:

– Albo zawsze, jak właśnie płacę w kolejce w sklepie. Ale żeby to chociaż była zwykła kolejka. Żeby ta panienka albo chłoptaś chcieli chociaż mnie obsłużyć. Ale nie. Szukają jakichś kodów, plasterków, sznurowadeł, nie mogą wbić ceny, sto osób stoi przede mną, nikomu się nie spieszy i nie wiem, czy nikt w tym kraju nie pracuje oprócz mnie?!

– Nie. Tylko ty, tato. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – odpieram z czułością wszystkie zarzuty.

Wariat w nim się uspokaja, rozchodzi się po ciele. I nerwy rozwijają mu się z kłębka.

– Dziękuję – słyszę ton najszczęśliwszego człowieka na świecie.

Żadna to parenteza, ale niebo zachodzi nieco chmurami i z dalekiego Widzewa idą grzmoty. Zmierzam do auta i opowiadam tacie:

– I wtedy ten chirurg powiedział: „Wycinamy od razu”, zobaczyłam łóżko zabiegowe białe jak śmierć i jeszcze chciałam zadzwonić do mamy, taki odruch, zawsze się chce dzwonić do matki, na początku i na końcu życia, ale po prostu nie zdążyłam, przyszła pielęgniarka i już leżałam pod skalpelem.

Przyciskiem kluczyka szukam samochodu na parkingu, jedną ręką otwieram drzwi, drugą mam zabandażowaną, między szyją a ramieniem telefon, a w oczach łzy.

Tata niby nieszczególnie cokolwiek wypowiada:

– No tak, Madziu…

Ale słyszę, co to za rodzaj „milczenia”. To jest to jego słynne pod spodem: „O mnie się nie martw”, gdy skupia całe swoje roznerwicowane życie w jeden zwarty kształt, odpowiedzialności i troski o dzieci. To wklęsłe, wieczne ucho słuchawki na linii telefonicznej z ojcem jak bezpojemne naczynie do wszystkich moich łez.

– Przyjedź odpocząć – mówi bez granic.

Prowadzę znów jedną ręką, bo druga ściska opatrunek wklepany w krwawą pachę.

Zajeżdżam pod pracę mamy. Na ulicy obok jest apteka, więc zanim pójdę odebrać psa, wchodzę kupić gazę na zmianę, płyn odkażający i strzykawki bez igieł. Gdy jestem w aptece, pada, za oknem błysk z grzmotem. Burza. Bałam się tego dnia już wszystkiego, to boję się i burzy. Pakuję gaziki do plastikowej torebki, a potem z nią na kolanach siedzę przy stoliku w aptece i patrzę jak Madonna przez szybę. Pół godziny. Pioruny, ulewa, początek lata, tak nagle, oczywiście akurat teraz, ale to akurat.

Wystawiam nos z apteki, jakiś przechodzień też przystanął tu pod markizą i czeka. Pewien swego jak profesor zwyczajny fizyki odzywa się do mnie, niby to w geście solidarności:

– Co? Pada?

– Nie – odpowiadam wtedy jeszcze spokojnie. – Napierdalają pioruny.

Profesor prycha ustami, obrażony, i odchodzi dać się zabić wyładowaniom elektrycznym. Ludzie, czy tak musi być zawsze? Zawsze, ale to zawsze, kiedy jest burza i chowam się przed śmiercią, mijający mnie przemili spacerowicze albo nawet ci, co przystaną wraz ze mną, komentują tak:

– Co? Deszczyk?

– Nieźle leje?

– A, nie ma pani parasola!

– Oj, mokro.

– Uuu, szybko nie przestanie padać.

– Ech, a przed chwilą ani kropli.

– Rano mówili, że będzie sucho.

– Co? Deszczyk?

– Co? Deszczyk?

Jak zmówieni petenci, zgraja pojebanych statystów z cukru, co się roztopią.

Nie, ludzie, jaki deszczyk? Za każdym razem, jak tak sterczę pod blaszką nad głową, daszkiem, podcieniem budynku, stropem, przęsłem, domem z betonu, łukiem, kurwa, triumfalnym – żeby nie rozwaliło mnie w pół z kaprysu burzy, to sobie w pamięci piszę rozprawę filozoficzną, jak to jest, że różni tacy chodzą pod piorunami jak stokrotki, błysk idzie równo z grzmotem, światło zamienia się w dźwięk!, wszystko jak należy, a oni stuprocentowo mówią:

– Co! Deszcz…

Nieeee! Zatykam uszy, siatkę wpycham pod drugą pachę, tę bez operacji, i biegnę pod łojącym rozbłyskiem, przez ulicę do matki mojej, co mnie urodziła. Jedyne co, to cieszę się jak dziecko, że przemakam na wskroś! Takie to miłe.

U mamy wita mnie merdanie ogonem. Mama wyjmuje róże z wazonu. Pakujemy. Kiwa głową na tę moją operację, jakbym nieźle przewiniła. Piękna i młoda, choć dwa razy ode mnie starsza, wygląda jak moja siostra, zawsze uczyła mnie żyć naturalnie, nie używać kosmetyków, a już tym bardziej żadnych operacji. Słuchać rytmu serca, nie zatrudniać go zbytnio ekscytacjami. Tak oto prawie omdlała i o nieskazitelnie gładkiej skórze, niczym bez tętna w nadgarstku, gdy do mnie mówi, czasem słyszę, jakby jej oddech opadał w śmiertelnie zmęczoną krainę czarów.

Z holu wyglądamy na ulicę przez ruchome drzwi, które raz po raz otwiera jakiś interesant.

– No, i na co to wszystko – baśniowym tonem damy zaczyna nowy temat mama, ale o! widzę i słyszę, że tej wścieklocie-burzy się wreszcie odechciało i ustaje romans.

Jadę.

Parkując pod domem taty, wjeżdżam w jedyne wolne miejsce w szeregu aut. I już mam wyłączyć silnik, gdy słyszę z tyłu, z ulicy, klakson. Z wrażenia jakiegoś, no tak, ruszam nagle do tyłu, bo wydaje mi się, że trąbiącemu na mnie kierowcy zajechałam drogę i podkradłam miejsce. Nie lubię takich stresowych sytuacji. No, przecież: serce – mama mówiła. Mógłby chociaż koleś tak nie trąbić. Wyjeżdżam w nerwach jak tata jedzący zupę („Że też akurat, ale to akurat musicie trąbić, gdy znalazłam miejsce postojowe i miałam dziś operację, a tata urodziny, a pies jest głodny i ja mam tyle roboty i rachunki do płacenia, a na świecie jest za dużo plastikowych rurek”), i ocieram się tyłem auta o przód auta stojącego obok. No. Ja. Pier. Do. Lę.

Zatrzymuję pojazd zupełnie w poprzek drogi, wysiadam, poprawiam szybko bandaż pod pachą i idę obejrzeć otarcia. Pies, ni stąd, ni zowąd, wyskakuje za mną. Wtedy z samochodu, który na mnie trąbił, wysiada wysoki mężczyzna. Myślę: „Ja tego nie wytrzymam, nie dość, że będzie scysja z właścicielem zarysowanego auta, to jeszcze ten tutaj, z drugiej strony mi czymś dojedzie”. Zbliża się i wtedy dopiero widzę: to mój brat!

Tak jak i ja, urodzinowo, przyjechał pod kamienicę ojca, i wcale nie trąbił na mnie, by mnie upomnieć, tylko by mi wysłać zmyślne, wesołe pozdrowienie! Taki bajer. Noż kurdę bele. I co teraz? Nie przychodzi mi czekać na odpowiedź. Odpowiedź wychodzi natychmiast krępo w za ciasnych spodniach z klatki budynku. Sąsiad. Właściciel samochodu, któremu przycięłam w bok.

– Podpisujemy oświadczenie, czy płaci pani na miejscu? – proponuje krępiec.

– A ile to wyjdzie? – pytam od razu o pieniądze, bo jak sobie pomyślę, ile pierdolenia z tymi papierami i co powie ten biedny ojciec, jak się znowu rozsypie na rozdygotane kawałki, gdy mu zabiorą zniżki z ubezpieczenia, bo nie inaczej, to jego samochodem jeżdżę.

– Pieńcet – mówi sąsiad.

Wołam na psa, ale ma teraz inne zajebiste rzeczy do wąchania. Wsiadamy z bratem do auta-sprawcy i na szybko konsultujemy rozgrywkę. Niby nie takie już rzeczy się w Łodzi przerabiało i powinniśmy mieć stalowe nerwy, ale wtedy brat mi oznajmia poufale:

– Pospiesz się z decyzją, Magda. Miejmy to za sobą. Rano wstaję o szóstej, zawożę tatę do szpitala.

W moją szybę puka sąsiad, ten poszkodowany, uchylam ją, on podaje mi czysty papier i mówi:

– Może pani pisać.

Patrzę przez ułamek, z ukosa w oczy brata, potem znów na tego pana, wyglądam przez okno, przywołuję psa i wybucham płaczem:

– Jak to do szpitala? Jak to do szpitala… – Trzęsę się, uchylam drzwi, by pies mógł wskoczyć do środka, nie wskakuje, biega w kółko z radości: tyle ludzi, tyle szczęścia. Łapię oddech, patrzę znów na brata:

– Już raz tak było, dwa lata temu, poszedł do szpitala i prawie nie wrócił. Lekarze ostrzegali przed najgorszym. – Kieruję wzrok tym razem na sąsiada, jakbym chciała znaleźć w nim zaprzeczenie. Że tym razem będzie inaczej. To nic groźnego. Urodziny. Przecież dziś są jego urodziny. To ja, ja miałam dzisiaj operację, nie on, tego byłoby za wiele, niemożliwe. Sąsiad zaczyna mi dyktować formułkę, na kartkę w kratkę, wyrwaną z jego zeszytu kapią mi z rzęs czarne od tuszu łzy i piszę: Ja niżej podpisana, wołam znów na psa, wreszcie zgarnia go sąsiad i pomaga mu wsiąść do samochodu, patrzę przez szybę w górę, na okna mieszkania taty, kończę pisanie, sąsiad przez szybę podaje dowód osobisty, znów zaczyna grzmieć ta pierdolona burza, patrzę na brata. Tym razem znów patrzę na brata. Tak znów. Tak znów jak cholera. Ze znakiem zapytania. O to wszystko, co przed nami. Tata umrze dopiero za miesiąc, trzynaście dni, dziesięć godzin. Jest jeszcze dużo czasu.

Sąsiad odchodzi udobruchany z oświadczeniem, zasuwamy szyby. Otwieram bagażnik, by wyjąć kwiaty.

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.