06/2020

Adrian Gleń

W centrum peryferii.
Notatki z paryskiego Pompidou

Andrzejowi Stasiukowi


Pewnego razu w Centrum Pompidou. W tym żywym obrazie ludzkiej myśli. W tej synonimii ludzkiej wielkości. Gdyby przeprowadzić proste porównanie gmachu domu do sylwetki człowieka, zrozumieć można od razu zamysł architektów tej jedynej w swoim rodzaju budowli, w której (a właściwie na zewnątrz której) wszystkie instalacje (wodna, kanalizacyjna, energetyczna i tak dalej) wyprowadzone zostały poza mury budynku. Wyobraźmy sobie człowieka, którego wszystkie wewnętrzne narządy znajdują się na skórze, a nie pod nią. Widok byłby potworny i nie do zniesienia, to oczywiste. Ale jakże piękna i pojemna byłaby wówczas świątynia jego ducha! Więc oto także szaleństwo idei CP – szklany obrys powietrza, w którym zamieszkał duch ludzkiej myśli w najczystszej postaci!


Jak zwiedzać takie miejsca? – Zastanawiałem się wówczas, po wyjściu z CP (w oszołomieniu, z jakąś gorączką, w spazmach nieomal), jak i teraz, gdy pół roku już przeszło, odkąd sfrunęliśmy z tego Paryża, w który już trudno nam w ogóle uwierzyć, że był, że jest.

Zrazu chodziliśmy ostrożnie, nie dowierzając, że oto przed nami postawiono oryginały obrazów, które z czcią dotykaliśmy na albumowych reprodukcjach.

Seledyny Braque’a, jego fowistyczne plamki, z których każda świeci kolorową iskierką, a wszystkie zdają się skakać i tańczyć, grać na nosie gapiów, parzyć i niknąć bez śladu. Niepokojący Matisse, lepiący swoje damy z jednej bryłki koloru, stopione z własnymi cieniami, lite, lecz efemeryczne (zwłaszcza gdy omdlewają w pracowniach artysty), fantomy barw ubite z nicości. Magnelli – z tym swoim rozkładem kolorów na pierwiastki, rozlewny, szczodry i hipnotyzujący, a przy tym precyzyjny, pedantyczny – zawstydzający wędzidłem formy, geometrycznym porządkiem, hieratyczną dyscypliną. Tak, nawet szaleństwo ująć można w zgrabną płócienną postać – i obnażać wszelkie ludzkie pomieszanie. A oto i Juan Gris, i jego ociosane, ulepione bez światłocienia sylwety, wpisane w kilka prostych linii: a więc to jest całe życie?…

I dalej, wpadamy w Miro, Picabię, Picassa. Według alfabetu, według dat, kierunków, motywów. Z sali do sali. I dalej, i dalej. Bo obrazów jest takie mnóstwo, że nie można się nimi już delektować, nie daje się ich postudiować, postać przy nich choćby chwilkę, bo napiera tłum, bo ktoś na ciebie włazi, bo komuś zasłaniasz, bo ktoś robi selfie. Bo tłum gęstnieje. A ty rośniesz razem z nim. I sam masz ochotę już nie jeść, lecz rzucić w diabły nóż, widelec. I paluchami wkładać wszystko, jak leci, żreć po prostu, obeżreć się sztuką, obrazkami, oszołomić.

Przeglądam teraz zrobione zdjęcia, całe setki, niektóre bez podpisów. Tak, że urzekają mnie teraz na ekranie monitora (jak ten obrazek – paryska uliczka, przedmieścia, harmonijność jednak brył domów dziwnie przełamana, tak, że zdają się one niemal lekko unosić, skręcać, jakby chciały do siebie się przytulić, objąć, podczas gdy wokół nich żywego ducha, i tęsknią tak do siebie, bardziej niźli jego mieszkańcy), a wyzwolone zostały od swoich tytułów i autorów. Są one jak młodociani uciekinierzy, którzy przez chwilę radują się nadliczbową wolnością, za chwilę zaś w wielkim pomieszaniu tęsknić będą do matki i ojca, nazwy i twórcy, bo bez nich niczym się zdają, ot, barwne miraże na wietrze, którym odjęto od ust ostatnie, jedyne słowa, jakie mogły na swój temat wypowiedzieć i zdradzić, czym są. Trwają więc teraz na ekranie jak głupkowate i przestraszone dzieci, które zapomniały imienia i nie wiedzą, jak i do kogo powrócić.

A ja – bałwan, który wpatruje się w rozdziawione, kolorowe buzie obrazków i nie wie, co począć ani z nimi, ani z sobą.

Tak, więc tak to było. Od pewnej chwili zacząłem przyspieszać, aż w końcu – leciałem i pstrykałem. Czasem przystając. Ale coraz rzadziej. A coraz mniej wiedząc, po co tu jestem, czego szukam.

Teraz, gdy przeglądam piramidę folderów, w których umieściłem fotografie obrazów (trzeba było po prostu spisać sobie tytuły obrazów, które ujęły mnie najmocniej, a później odnaleźć daleko lepsze, aniżeli pstryknięte przez wysłużonego canona reprodukcje, zatem ich marne kopie, aby podeprzeć pamięć i utrwalić doznanie, na jakie sam sobie nie pozwoliłem, bo zabiegałem o to, aby skolekcjonować obrazy, mieć je pod ręką, na każde skinienie – tylko to skinienie, nie wiedzieć po co dziś wykonuję, bo do gestu nie dokleja się żadne doświadczenie, żadne wrażenie, na które swoim pośpiechem sam sobie nie zezwoliłem…) – ogarnia mnie żal.

Tak, zwykły żal, że dałem się porwać jakiemuś owczemu pędowi, że porwał mnie czas i ja sam się porwałem – na kawałki, na strzępki doznań.

Porwaliśmy się zresztą na niemożliwe. Jak w jedno popołudnie do-znać cały wiek europejskiej sztuki? Jak w jednym budynku odnaleźć jakiś klucz do jej tajemnicy?

Wielka sztuka jednak działa na przekór naszym przyzwyczajeniom, lękom, słabościom, fobiom, wszystkiemu, co sprawia, że patrzymy, a nie widzimy, słuchamy, a nie słyszymy. Tak było i ze mną w CP. Przebiegałem z sali do sali być może po to, by zatrzymał mnie właśnie Kertesz. I ta jedna jego fotografia, którą widzę bez otwierania komputera, bo unosić się będzie ze mną zapewne przez wiele lat (jak ów skrzypek z Abony towarzyszący ciągle Andrzejowi Stasiukowi).

Rzecz wydarzyła się 19 maja 1920 roku w Budapeszcie. Podpis pod fotografią pieczętuje rzeczywistą rzeczywistość. Ale całość obrazu – odrywając się od miejsca i czasu, jakie udzieliły Kerteszowi wglądu w samą istotę sztuki – staje się jedną z najcudowniejszych metafor tęsknoty, jakie dane mi było kiedykolwiek zobaczyć.

Dwie postaci bacznie wpatrujące się w coś poprzez szczeliny w drewnianym parkanie, odwrócone tyłem do obiektywu. Ona i on – niemłodzi, tak przynajmniej się wydaje. Kobieta jest ubrana w znoszony płaszcz, głowę przewiązała prostą chustką. W ubiorze mężczyzny również próżno szukać oznak jakiejś odświętności, mocno sfatygowana marynarka, spod której wystaje rozerwana podszewka, spodnie u dołu wyraźnie poplamione. (W ogóle nie wiem, dlaczego całość obrazu chciałbym sytuować w niedzielne przedpołudnie. Sprawdziłem jednak – 19 maja 1920 roku wypadł w środę).

Czy są małżeństwem? Czy przypadkiem znaleźli się w tym miejscu i przyglądają się temu, co za parkanem, szczeliny w płocie otworzyły bowiem szczególnie ekscytujący fragment tego, co niedostępne także i dla naszych oczu? Przystanęli powodowani kaprysem, ciekawością, pozostawiając na boku plany i cele codziennych zatrudnień? Odeszli od roboty? (Wyglądają mi trochę na skromnych sprzedawców, jakich setki widywałem na ulicach węgierskich miast i miasteczek, lecz w gruncie rzeczy to bez znaczenia). Być może cyrkowe atrakcje nie będą dla nich – budapesztańskich pariasów. I podchwycone ukradkiem szczegóły cyrkowego życia pozostaną jedynym wspomnieniem po odwiedzinach artystów, którzy reprezentują wszak inny świat, odległy, niedosiężny, spowity ściśle tajemnicą.

Co przykuło ich uwagę? Bosonoga tancerka, kobieta-guma, siłacz, clown? Albo któreś z ćwiczonych zwierząt z cyrkowej menażerii? Nigdy się tego nie dowiemy. Lecz i to ważne nie jest. Liczy się ta wolta, która staje się udziałem pary bohaterów: oto naraz znaleźli się w innej przestrzeni. Na moment wydarli dla siebie możliwość zajrzenia za kurtynę (może za chwilę pogoni ich cyrkowy wykidajło i tylko ten skrawek ekscytującej egzystencji pozostanie im pod powiekami; z tym większą radością wspominać będą później, że udało im się przechytrzyć strażnika i doświadczyli niezwykłego za zupełny bezcen). I dopóki chwila ta trwa – okolona zewsząd granicami, zakazami – na nieskończenie długą chwilę (na razie to jeden wiek…), dopóty bohaterowie z budapesztańskiego bruku biorą sekretny udział w przygotowaniach do święta radości i przenoszą się do wnętrza przedstawienia. Widok, który ujawnił się ich oczom, porywa ich w samo serce tajemnicy. Porywa i przemienia. Na ten moment – kiedy trwa nasze oglądanie – sami stają się, choć nie było tego w scenariuszu, częścią upragnionej rzeczywistości, bardziej może rzeczywistej niż ulica, którą porzucili.

A my? Czy i my nie pragniemy wraz z dwójką bezimiennych bohaterów podążyć wzrokiem tam, dokąd i oni się przenieśli? Czy i nam nie udzieliła się tęsknota, pragnienie uczestnictwa w tym, co zupełnie inne, czymkolwiek by ono było i gdziekolwiek by się tak naprawdę znajdowało?

Fotografia Kertesza wywołuje, wyjawia to, co skryte, działa poprzez to, czego nie widać. Właśnie – nie przedstawia, tylko wywołuje. (Bardziej się jej więc słucha, aniżeli ogląda!). Za sprawą przedstawienia pozwala nam stanąć poza tym, co bezpośrednio przedstawione. Jest utkana z widzialnego, lecz mówi o tym, czego nie widać. Wyraża pragnienie bycia poza. Wydarza się więc prawdziwie jako meta-pherein. I czyni to po prostu. Nie oglądając się, by tak rzec, na boki (na konwencje, mody, języki, schematy, wreszcie – prawdopodobieństwo fotografii) – nie troszczy się o realność przedstawienia, „świetlisty język” gwarantuje bowiem stabilność świata na fotograficznym obrazie, pieczętuje prawdę obrazu. A na niej się wspierając, możemy również uwierzyć w to, co sytuuje się poza widzialnym. A przynajmniej wzbudzić w sobie tego pragnienie.

Czy nie tak nas ulepiono? Z pragnienia głównie? Z pragnienia, które w sobie zagłuszamy, bo nie wierzymy, że i nam będzie kiedyś dane uczestniczyć w powracającym, jak ów objazdowy cyrk, święcie?

Moja wyobraźnia pracuje dalej. Widzę Kertesza przechadzającego się budapesztańską uliczką. Nie potrzebuje statywu, symulacji kadrowania. Wie, że rzeczywistość sama zwykła montować się w obraz lity, który pozwala odbić się i ulecieć gdzieś ponad. Że metafory leżą na ulicy. Mija wydziergany niewprawną ręką plakat z krzykliwym napisem CIRCUS. I zaraz podana mu zostaje ta dwójka, bacznie wpatrująca się w coś poprzez szczeliny w drewnianym parkanie…

Podnosi lufę aparatu, naciska spust migawki. Miało go tutaj nie być. Ale przecież jest. To jego oku, tak czule uzbrojonemu, ujawnić się miała tajemnica, którą nam przekazał na wieki wieków.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.