11/2019

Karol Alichnowicz

W przechyle

1. Janusz Radwański jest poetą – chciałoby się przewrotnie sparafrazować równie przewrotny tytuł najnowszego zbioru wierszy – niepodległym. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że jego liryka chadza, kędy chce: własnymi ścieżkami, bez oglądania się na nikogo. W podobnie brzmiącej konstatacji nie ma odkrycia Ameryki (czyż każdy prawdziwy poeta nie powinien wypracować swojego idiomu?), ponieważ krytyka literacka już zauważyła tę właściwość twórczości Radwańskiego. Niemniej mówiąc o „niepodległości” jako swoistej cesze, mam na myśli brawurę (sądzę, że to odpowiednie słowo), która każe autorowi ignorować czy wręcz odrzucać przyciasny kostium literackich mód. A nawet więcej: pisać ostentacyjnie wbrew modom, wbrew temu, co wypada, a co nie wypada. Czasami zaś na przekór – stylom i konwencjom, na przekór utrwalonym przez tradycję gotowym formom poetyckiej ekspresji. Bo Radwański – świadomy, że nie pisze się nigdy w próżni, ale w przestrzeni literatury (w jego wierszach mamy przecież wiele kulturowych nawiązań) – nie chce ulegać jednak żadnej presji. Chce chyba stwarzać świat dla siebie (i innych) na własnych warunkach (i na własną odpowiedzialność).

Święcie nieodległości ów świat zyskał wyraziste kontury: poeta odwołuje się do dziecięcej perspektywy postrzegania świata czy też postrzegania przez nas dzieciństwa (nie bez znaczenia jest fakt, że książka zawiera kolorowe ilustracje wykonane przez troje uczniów szkoły podstawowej). Czyni to jednak w taki sposób, aby dokonać przewartościowania towarzyszących temu wyobrażeń. Zabieg ten ma swoją długą tradycję w literaturze polskiej. Obraz lat najpierwszych – by posłużyć się taką peryfrazą – przepełniony jest wówczas dramatyzmem zakłócającym łagodną dziecięcą Arkadię. Jest tak u Józefa Czechowicza (Dawniej), Andrzeja Bursy (Zaśnij, księżycu), jest u Ewy Lipskiej (wiersze ze zbioru Dom Spokojnej Młodości) czy Julii Hartwig (Było to wczoraj w dziewiętnastym wieku). Radwański również kruszy mit dzieciństwa, niemniej jego poetycka dekonstrukcja dokonywana jest językiem tego mitu: słowami piosenek i wierszyków, które go współtworzyły. W ten sposób poeta osiąga szczególnie wymowny efekt, ponieważ to, co stanowi synonim niewinności i beztroski, szybko zyskuje inne znaczenie, kojarzące się z tym, co okrutne i ciemne. Jakby ktoś, kto mówi, snuł opowieść o goryczy pozbywania się złudzeń i piekle dojrzałości, w którym znajdzie się prędzej czy później każdy. Bez wyjątku.

2. W parafrazie znanej dziecięcej piosenki, którą stanowi jeden z najlepszych wierszy zbioru, świadomość tej prawdy pozbawia jakiejkolwiek nadziei. Oto dziecko-dorosły lub dorosły-dziecko (role mogą być wymienne) wypowiada znamienne słowa:


Jesteśmy tacy mali, ale świat też jest mały,

nie wie, czego mu trzeba, ale się domaga.

Urywa lalkom nogi, musimy sobie pomagać,

chować się za szafy, pod kanapy, łóżka.

Na palcach chodzimy, bo gawra jest pusta.

Nie ocali nas piosenka, ale co ocala?

Ręce do góry, buja się cała sala.

(Stary niedźwiedź)


W tym pierwszym wtajemniczeniu w grozę dorosłości uderza oczywiście swoisty fatalizm, którym naznaczone jest dzieciństwo. Rozumiane jako swoisty test dorosłości, jej nieuchronna zapowiedź lub też tylko na chwilę odroczony wyrok konieczności. Brzydki, zły świat „zrobiony z żelaza, ze śliny i mgły” na razie jest za ścianami, jak czytamy w wierszu Łóżeczko, celowo odwołującym się do tego typu symboliki:

Jeszcze cię nie dotknął, ale przecież ty

już w nim się zanurzasz, gdy tak sobie śpisz

a pusty bębenek wybija ci rytm,

ten, w którym niedługo ty też będziesz żyć

z kropelką ołowiu wpuszczoną do żył,

tą kulą, co kiedyś mierzyła w złe sny.


Jednak łóżeczko i bębenek jako atrybuty dzieciństwa – na drodze poetyckiej, nader oryginalnej i zaskakującej asocjacji – bardzo szybko zyskują kontekst odbierający im oczywisty sens: motywy złowieszczego rytmu i kropli ołowiu wsączanej do żył wprowadzają estetyczny dysonans, za pomocą którego sielanka staje się antysielanką (a raczej przeczuciem czekającej w przyszłości antysielanki). Okazuje się bowiem, że tak łatwo, prawie niezauważalnie baśń – i to jest na pewno w tych wierszach fascynujące – zamienia się w przerażający sen na jawie.

3. Janusz Radwański nie poprzestaje jednak na tego rodzaju grze z tradycją, ale sięga jeszcze po topos marynistyczny (ostatnio tak świetnie przywołany w poezji Marzanny Bogumiły Kielar). W konsekwencji wprowadza do swoich wierszy drugą perspektywę, która przydaje jeszcze większego dramatyzmu ludzkiemu życiu: „Na tej krypie trwa konkurs, kto dłużej / wytrzyma bez tlenu. Wszyscy wygrywają, / a nikt się nie cieszy. Nie wiem, czemu” (Gra, szanta kosmiczna). Zainscenizowana scena, pozornie zabawna, w istocie jednak metaforyzująca doświadczenie śmierci, przekonuje, że Radwański wybrał określony ton mówienia o tym, co go przeraża. Mówienia z lekkością piosenki – jak w znakomitym Sonarze stylizowanym na szantę – której ciężar przytłacza. Nie wiem, czy inne rozwiązanie byłoby równie wiarygodne, jedno natomiast jest pewne: to, co zaproponował poeta, bardzo dobrze się sprawdza. Co więcej, wspomniana perspektywa łączy się w nienachalny sposób z perspektywą dziecięcą i metaforyzuje te dwa rodzaje kulturowych odniesień (np. w Mare Nostrum). Równocześnie pozwala nieco dokładniej uściślić, kim jest liryczne „ja” tych wierszy. Nie tylko jest to ktoś, komu można przypisać konkretne cechy (ojciec dziewczynki znanej z imienia), lecz także – kto odczuwa przymus pisania o tym, co „dzieje [się] na świecie ważnego i strasznego” (Fura). W tym geście jest być może jakiś ślad, echo etyki powinności wpisanej w literaturę, a może po prostu rodzaj gorzkiego świadectwa utrwalonego we własnym języku, dającego wyraźnie do zrozumienia, że: „Lepiej już nie będzie niż w tym przechyle, / umówmy się. Kwestia przyzwyczajenia” (Sześć błota stóp).

Oczywiście nie wszystkie wiersze zostały podporządkowane dwom wskazanym perspektywom, chociaż stanowią one niewątpliwie wyrazisty kontur zbioru. Oznacza to, że Radwański nie tematyzuje za każdym razem kluczowych motywów, ale nie jest to konieczne. Pomysłowość (i brawura) poety pozwala uniknąć mu bowiem dosłowności, a dosłowność byłaby w takim przypadku zabójcza, bo groza istnienia (Radwański pisze o takiej grozie) nie obeszłaby już nikogo albo nie dałaby się znieść. Tymczasem siłą tych wierszy jest właśnie obraz, niepokojący i często groteskowy (łączący np. różne wzorce stylowe czy porządki rzeczywistości), który wymyka się językowym kliszom. A język wierszy Radwańskiego – zrytmizowany i o wyrazistej frazie, bez wątpienia też meandryczny i nieobliczalny – charakteryzuje nieprzewidywalność; tak jak jego poezję: łapiemy się od razu na tym, że nie można autora łatwo przyłapać na jakimś konwencjonalnym posunięciu. Jak w wierszu Enola, z którego został zaczerpnięty tytuł zbioru, a który przez swój historyczny kontekst okazuje się niezwykle ryzykowny: „Zrzucam na ciebie miłość. / Płoń. / Wszystko przecież jest zabójczo nieodległe”.

Janusz Radwański: Święto nieodległości.
Convivo,
Warszawa 2018, s. 52.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.