10/2020

Dariusz Bitner

Wędrowiec

…Próbował chwycić roztrzepotane ptaszysko, kilka kartek wyfrunęło na bok, okładka, jak zmęczone skrzydła, machnęła raz i drugi. Nie zdążył podnieść ręki, Kajet przeleciał obok jego głowy. Zachrzęścił kręgosłup, gdy przekręcił odruchowo tułów, wyciągając rękę.

Nieproszeni goście zniknęli bez śladu.

Leżał na łóżku, trzymając w objęciach swój wehikuł w czarnej okładce. Przepełniało go uczucie tryumfu. Tak rozległej, bezgranicznej satysfakcji, że aż otaczało go białe światło.


W nieskończoności
Można wszystko. Gdy już dojdzie się najdalej, wespnie najwyżej, wszystkie niemożliwości pokażą swoją uległość, a czas zniknie. To, co było, wciąż będzie, to, co nadejdzie kiedyś, będzie teraz. Będzie wciąż. Więc wszystko zależy od ciebie. Ode mnie wszystko zależy.

Eugeniusz notował jedynie skrótowe słowa. Całość jest jednością. C=1. Panuje bezruch. Pb. Święte aureole, prawda z prawieków. ŚwAu‑Pra2x. Zawarł w tym zapisie też zasadę prawa mechanizmu kul. Kula, doskonałość z czasów starożytnych, tak doskonała, że nikt nie miał czelności budować kulistych pomników. Totalna równowaga wszechświata, zakłócana wyłącznie przypadkową destabilizacją. Ana/Aba. Odkrycia archeologiczne, niczego nie wyjaśniające, pozostające zagadką samą w sobie. Efekt zapętleń lub wirów czasu. Zatopione posągi o niewyjaśnionych przez racjonalny umysł kształtach, zaginione w przestrzeni cywilizacje, ślady Atlantydy, będące znakiem z przyszłości, czasów, które nadejdą, a jednocześnie już były. UA, czyli Uniwersum Atlantydy. Każda myśl jest słuszna, każda sprzeczność buduje nowe wartości. Bez końca. Bez początku. Bez środka. 3×B. Zasada Stephena Hawkinga, regulująca czas i wszechświat, ustalająca niezmienną kolejność: przyczyna, potem skutek, jest odwracalna. P‑S ←. Tajemnicze miejsca na Ziemi, Rów Mariański. Tajemnicze przedmioty, spotkania z niezwykłymi istotami, domniemane lub udokumentowane spotkania z obiektami w przestrzeni nad Ziemią i w kosmosie. [a‑c‑b]. Kłębowisko energii, niewyobrażalne, stwarzające iluzję miejsca i czasu, materii i ducha.

Możliwości ludzkie są ograniczone. Możliwości energii nie mają ograniczeń. Trzeba więc opanować energię. Mądrość ezoteryczna, duchowość. Wstąpić w doskonałość energii, ale po śmierci. Po odrzuceniu powłoki ciała. Mózgu. Umysłu i emocji. Nieskończoność jest stanem powszechnym. ∞. Żyjemy na skraju nieskończoności, poza jej obecnością, dopiero umysł negujący materię przeskakuje do bezmiernego oceanu, jakim jest nieskończoność. Jeśli jest. Wątpienie to kula u nogi. Trzyma nas w głębokim parowie, w piaszczystej pułapce. Zniszczyć wszelką wątpliwość, usunąć ograniczenia. Łatwo powiedzieć. Zapisał to tak: W=N. Wiedział, co muszą przypomnieć mu ten i inne skróty, gdzie ma podążyć myśl. Nad czym myśleć. Co pamiętać.

– Genuś, zapomniałeś?

Ocknął się, nabrał powietrza. Jak zwykle udawał, że jest obecny duchem i w pełni panuje nad sobą, chociaż prawdopodobnie zasnął na chwilę. A już na pewno zamyślenie wyłączyło go z rzeczywistości.

– Półeczkę miałeś zawiesić, obiecałeś. Miałeś… Genusiu…

Prawie miesiąc temu, z jej inicjatywy, kupili w markecie budowlanym deskę, którą im od razu przycięli do odpowiednich rozmiarów, i niezbędne, gotowe już wsporniki. Reszta była prosta.

– Tu ją zawiesimy – powiedziała Marcelina, dotykając palcem ściany przy wersalce. Potrzebowała jej dla doniczek z paprotkami i z asparagusem, i jednym skrzydłokwiatem, może i jeszcze geranium się zmieści.

– Ale gdzie dokładnie? Nad wersalką?

– Tak, tu… część nad wersalką, a część na stołem.

– Dobrze, Marcelko.

Obiecał, to prawda. Prosta robótka. Ale zapomniał. Jakoś też nie miał nastroju. Siedział w fotelu przed telewizorem. Nie oglądał, stwarzał tylko takie pozory, oczy miał przymknięte. Zatopiony w rozmyślaniach albo we śnie. W płytkiej, lecz niezwykle soczystej drzemce. Na stoliku obok – wystygła herbata w jego ulubionej filiżance. Zawsze wypijał całą jej zawartość na jednej sesji, kilkoma tęgimi łykami. Tak lubił najbardziej. Nie uznawał innej procedury pod nazwą „wypicia herbaty”, nie bawiło go siorbanie wrzątku z wierzchniej tafli płynu, gdzie stygł w pierwszej kolejności. Zupełnie wzgardzał popijaniem herbaty letniej, a letniość następowała tuż po temperaturze idealnej, tej do łyknięcia wszystkiego na raz. Dwa‒trzy. Jednak, przyznać trzeba, letnią, a nawet chłodną popijał dla świętego spokoju, dobra sprawy czy jak tego nie nazwać, dla zaspokojenia potrzeby popijania, gdyż herbata zaparzona winna być wypita, skoro już jest. Popijanie realizowało powyższą maksymę, nie należało więc zaparzać nowej, dopóki nie wyssało się resztek gorzkiej esencji z herbacianych fusów przyklejonych do dna. Inna rzecz, że od dawna, od pewnego czasu, herbata w filiżance niezmiennie stygła, nim sobie o niej przypomniał.

– Ja wiem, że to nie twoja zła wola, wiem, Genuś, wiem, że jesteś zmęczony.

– Zawieszę, to naprawdę nie jest problem.

– Ale może byśmy to jakoś zbadali, bo ty tak dużo śpisz, tak zapadasz się głęboko, czasem trudno cię obudzić. Kiedyś tak nie było chyba?

Odpływał na delikatnej, czułej fali, łódka unosiła dziób do góry łagodnie, kolebała na prawo i lewo, siedział w zamyśleniu, drzemał, nie miał do tego serca, cierpliwości, po prostu zapominał o półeczce, chociaż całkiem uczciwie chciał ją dla Marceliny powiesić. Lubił, gdy była zadowolona, zwłaszcza z takich prozaicznych powodów. Tym bardziej że tak pięknie okazywała wdzięczność, jak gdyby dla niej zabił smoka trzygłowego. A jednak półeczka…

– Przysnąłem – sapnął, przetarł oczy. – Dziś już nie będę hałasował, wieczór blisko.

Marcelina tylko pokazała mu czuły uśmiech. Ach, Marcelina… Uśmiech wyrozumiały.

Wciąż zapominał, coraz więcej zapominał. Marcelina. Bagatelizował to, a ona cierpliwie otulała go matczyną wyrozumiałością, ach, Genuś, Genuś.

Zapominał płacić na czas rachunki, zapominał, po co poszedł do sklepu, gdy zapisywała mu na kartce, zapominał ją zabrać. Nie pamiętał tego, co było poprzedniego dnia na obiad, nie mógł sobie przypomnieć słów, istotnych dla jakiegoś wywodu, przerywał mówienie, poszukując właściwego określenia i nieoczekiwanie zapominał, o czym mówił, a nawet, że mówił w ogóle. Odlatywał w błogość. Ciepłą obojętność. Tam było lepiej.

O dziwo jednak, nigdy nie mówił dwa razy tego samego. A przecież prowadził takie życie, że mógłby po raz kolejny opowiadać anegdotę albo zdarzenie, albo i myśl jakąś, szczególnie według niego zabawną, czy wreszcie pasujące akurat do opowiadania w gronie bliskich czy znajomych, jakieś zabawne wspomnienie. Tylko raz mówił.

Nie powtarzał anegdot, opowieści o czymś niezwykłym, nawet te same zbitki wyrazów niepokoiły go na tyle, że unikał ich, a gdy użył z rozpędu, w zapalczywości, od razu ostentacyjnie zaznaczał ich niestosowność, nieelegancję powtórzenia. Męczyły go spotkania z ludźmi, którzy potrafili opowiadać jedno i to samo przez miesiące, wciąż i wciąż, nierzadko, gdy spotykał ich po roku, dwóch, mówili dalej to samo, z entuzjazmem i pieczołowitością, jakby odsłaniali właśnie nieznane, tajemnicze historie, które dopiero teraz mogły ujrzeć światło dzienne. Z takimi ludźmi zrywał kontakty. Zadręczali go opowieściami, które słyszał właśnie od nich, i nie zamierzali odstąpić od szczegółowej narracji, nawet gdy usiłował przerwać im słowami: tak, tak, mówiłeś wczoraj, wiem, mówiłeś tydzień temu, wiem, że to, tamto i owamto, mówiłeś już kilka razy. Tak? Mówiłem? Rozmówca ignorował go. Bo, uważasz, wtedy… i kontynuował całkiem banalne anegdoty do końca, do tej samej puenty. Oto więźniowie czasu, zapętleni w swoich myślach i wspomnieniach. Oto ci z doskonałą pamięcią, niestrudzeni w odtwarzaniu, powtarzający wszystko do znudzenia, może na tym właśnie polega doskonała pamięć. Tak więc inni, ci z doskonałą pamięcią, powtarzali wszystko do znudzenia, może na tym właśnie polega doskonała pamięć, nie na tym, by pamiętać, że wszystko zostało powiedziane.

Zapomniał, Marcelina już nie miała o to pretensji.

Zapomniał o opłatach, o obietnicach, zapomniał, po co poszedł do sklepu; wstawał od stołu i nawet nie zrobił jednego kroku, bo zapomniał, po co wstał. Postał chwilę i siadł. Marcelinę w końcu zaczęło to wzruszać.

– Pamiętam, maleńka, pamiętam o tej półeczce. To raz‑dwa, w sobotę przed obiadem, ile to czasu, pół godzinki, godzinka, nie dłużej. Pójdę pobiegać, zanim się ściemni.

Wyciągał z szafy w przedpokoju sfatygowany dres, rozczłapane trampki. Każdego dnia biegał przed snem. Późnym popołudniem, wieczorem, czasem nocą, każdego dnia bez wyjątku. Marcelina kiedyś próbowała dotrzymać mu towarzystwa, szybko jednak zrezygnowała. Genek biegał za szybko, od razu została w tyle. Na co jej to bieganie… Tymczasem on wpadał w trans, rytmiczne kroki uspokajały go, nogi niosły go same. Uruchamiał doskonały mechanizm ciała. Mięśnie pracowały bez jego kontroli, z maksymalną wydajnością, w żyłach huczały kaskady krwi, miechy płuc dostarczały całej maszynerii paliwa. Czuł, biegnąc monotonnie, jak wszystko w nim pracuje na wysokich obrotach, łomoce, stuka, zgrzytają przekładnie, zaczynają dudnić tłoki, czuł, jak w nim wiruje potężne koło zamachowe, we wszystkich kierunkach, w poziomie, a potem w pionie, lekko nachylone, tańczące jak żyroskop. Biegł coraz szybciej. Tryby i zębatki w nim wirują, smarowane tłuszczem i słodką limfą, przekładnie i tłoki, wszystko działa bez zarzutu, pojazd mknie przed siebie, mechanizm wyposażony w autonawigację lawiruje pomiędzy budynkami, pędzi wzdłuż osiedlowej rzeczki, przez most, rzucony niedbale, choć stabilnie, obok nieczynnej stacji kolejowej, potem drogą obok torów, porosłych trawą. Pozwalał wtedy myślom szybować swobodnie, unosił go bezmiar przestrzeni. Zataczał wielkie koła, unoszony prądami wstępującego powietrza. Aż w końcu był tylko myślą. Pozbawiony obaw, oczekiwań i potrzeb. Gdy jego ciało swobodnie przemierzało przestrzeń. Ciało. Perfekcyjny wehikuł czasu.

Erne Werne
Był środek nocy, gdy dojechali na miejsce. Czarne, koślawe kamienice stały w milczeniu, mżyło. Mama z Beatą przyjechały wcześniej, pociągiem, czekały na nich w pustym mieszkaniu z garnuszkiem zupy. Pachniało pastą do podłogi. Zupa nie miała zapachu. Genek z tatą pilnowali transportu mebli, ubrań, mnóstwa szpargałów poupychanych do worków i drewnianych skrzynek; pośród wszystkiego było nawet pudło z zabawkami, całkiem już niepotrzebnymi, pluszowy miś Wycieruch Genka, jakieś klocki, drewniana lokomotywa… Przy rozpakowaniu tylko miś ocalał, reszta wylądowała w śmietniku. Schował Wycierucha w zakamarku szafy, powodowany impulsem zachowania dziecięcych wspomnień, ale miś znikł w tajemniczy sposób, a raczej, kiedy kilka lat potem przypomniał sobie o nim, nie mógł go znaleźć. W końcu jednak najważniejszy był Czarny Kajet. Trzymał go przy sobie, w małym zielonym plecaku. Nie pozwolił wrzucić na pakę, chociaż tato złościł się, że plecak będzie w szoferce przeszkadzał. Trzymał go oburącz, za żadne skarby nie mógł utracić swoich notatek.

– Nie dręcz pan pędraka – mruknął do taty szofer, z papierosem trzymanym w kąciku ust. – Chce mieć swoje skarby na oku i ja to rozumiem.

– Nie wiem, czemu przenieśliśmy się do Rzeszowa – opowiadał Marcelinie podczas jednej z nieprzespanych nocy, zanim jeszcze zostali małżeństwem. – Rodzice nie byli zadowoleni, potem coś przebąkiwali o nowej pracy, że tato dostał świetną ofertę, że teraz będzie trochę spokoju… nie rozumiałem tego, ale też nie bardzo mnie to interesowało. Dostaliśmy mieszkanie w oficynie, na parterze. Zamieszkaliśmy w studni, z okna widziałem zabetonowane podwórko, metalowy trzepak na dywany wbity w beton na samym środku i dwa kubły ze śmieciami, a dookoła nich rozwlekane przez koty zwały obierek i zgniłych resztek obiadowych. Trafiliśmy do zupełnie innego świata. Nie mieliśmy łazienki, ubikacja była na półpiętrze, na klatce schodowej. Korzystały z niej cztery mieszkania. Wyglądało na to, że straciliśmy wszystko.

Zamieszkali na dnie studni. Kiedy w nocy Genek po raz pierwszy zobaczył to nieszczęsne „podwórko”, ogarnął go strach nie na żarty. Wyglądało, jakby dotarli do kresu, wpadli w pułapkę. Do tej pory otaczały go ulice i przestrzenie, teraz utknęli w wilczym dole.

Tato wyglądał na zafrasowanego, zawstydzonego trochę.

– Tu będziemy mieszkać? – jęknął chłopiec.

– Na razie. Potem wszystko będzie inaczej, zobaczysz. – Tato kucnął, by objąć go ramieniem, chociaż zazwyczaj nie był taki wylewny. – Obiecuję, synu, że nie zagrzejemy tu miejsca. Musimy przeczekać.

– Ale co mamy przeczekać?

– Gorszy czas, synu, A gorszy czas zawsze minie, pamiętaj. Wszystko mija.

Genek pokiwał głową, chociaż nadal nic nie rozumiał.

– Minie gorszy, minie lepszy, czas po prostu mija.

Tato zmierzwił mu z niezdarną czułością włosy.

– Właśnie tak, filozofie. Czas mija, to nasza pociecha – popatrzył do góry, na kawałek nocnego nieba – i utrapienie zarazem.

Ojciec zapewnił go z takim przekonaniem, że uwierzył mu i przez lata całe czekał w pełnej gotowości na następną przeprowadzkę. Nie mógł wiedzieć, że utkną w tej rzeszowskiej kamienicy na zawsze. Dopiero po maturze wyjechał do Gdyni na studia, które przerwał po dwóch latach. I tak już był żeglarzem na spienionych falach czasu… zrozumiał w końcu, jak ułoży sobie życie. Nie na pokładzie, jako marynarz mórz i oceanów, tylko w zakątku, do którego będzie wracał z dawna i z kiedyś. W miejscu, w którym będzie u siebie i w którym wszystko będzie stało na swoim miejscu, tak, jak raz ustawi, jak postawi, ułoży, położy. Żadnych zmian.

Ilekroć wracał myślami do tamtych czasów, pierwszych tygodni, gdy rozlokowali się w wilgotnym, przesiąkniętym szczurzą wonią mieszkaniu, od razu ogarniał go bezbrzeżny smutek. Wszystko tam było gorsze od tego, co mieli w Warszawie. Ściany w każdym pokoju przyozdobione były freskami zacieków. Miał wrażenie, że te gargantuiczne plamy wiszą w powietrzu jak woal, czuł na sobie ich śluzowatą tkankę. Obejmowały go i przyciągały do siebie, gdy tylko oparł plecy o ścianę.

Nowi koledzy w nowej szkole przez pierwszą połowę roku szkolnego nie mogli go jakoś okiełznać. Nie pozwalał mówić na siebie ani Genek, ani Gienek, wymagał formy – Eugeniusz. Słowo „geniusz” schowane w jego imieniu zaczęło mieć dla niego znaczenie, lubił je; sprawiało mu przyjemność. Ostatecznie wszedł do paczki klasowych zabijaków (tak o sobie mówili), jako Eniu. Między sobą i tak nazywali go Mędrek, chociaż przecież nigdy nie sadził im żadnych mądrości. Może dlatego, że nauka przychodziła mu bez trudu i zawsze wszystko umiał. Irytował tym każdego, nawet niektórych nauczycieli, którzy mówili: O, to w Warszawie poziom wysoki, ale pociśniemy, pociśniemy pana Eugeniusza i trochę upuścimy ciśnienia w zwojach.

Koledzy mieli niewyszukane przezwiska. Robak (Antek Robaczewski), Lala (Romek o urodzie efeba), Bynek (krępy, porywczy i kłótliwy Tadziu), Osa (czarnowłosy i cienkonosy Osuchowski), Szarlota (Mirek, syn cukiernika, wyjątkowy chudzielec), Major (Heniu, syn wojskowego) i Chacha (Norbert Chaszyński). No i jeszcze Kaszana (absolutny grubas klasowy, Tymoteusz).

Do końca nie został przez grupę wchłonięty, nie miał złudzeń, ale też nie zabiegał o to. W jego głowie drzemały inne myśli, całkiem osobliwe, nie było sposobności, by je komukolwiek ujawnić, nie odczuwał też takiej potrzeby.

Spotykali się po lekcjach za murem, na porosłym chwastami placu. Tam posmakował pierwszy raz wina owocowego, które przyniósł Chacha; wziął kilka sztachów okrutnie cuchnącego giewonta, skombinowanego przez Majora, wypalili go podając sobie z rąk do rąk (Kaszana oczywiście się zrzygał). Następnym razem Major przyniósł napoczętą i bardzo wygniecioną paczkę popularnych. Każdy – poza Genkiem – wziął sobie jednego. Genek tylko powąchał i pokręcił przecząco głową. Zarechotali z satysfakcją, ktoś poklepał go po ramieniu, nie spostrzegł nawet kto. Oczywiście Kaszana się zrzygał. Wtedy to zakiełkowała w nim myśl, że musi – wzorem tajnych agentów z filmów przygodowych – wejść w fałszywą tożsamość kolesia-zabijaki. I zniknąć w cieniu grupy.

Było mu to na rękę. A tak naprawdę całą uwagę chciał skoncentrować na da Vincim. Jak powiedziała pani Jabłonka, było więcej tych jego ilustracji, musi je tylko znaleźć w bibliotece. Miała na myśli bibliotekę w Warszawie, ale przecież w takim Rzeszowie też musiała być jakaś biblioteka z rysunkami da Vinci. Popyta, powęszy… a na zewnątrz puści wizerunek łowcy autografów. To wystarczające dziwactwo, by znaleźć w nim schronienie.

Szybko też znalazł okazję, by uwiarygodnić swój Kajet. Chłopaki namówiły go na koncert big‑bitowy w Klubie Łącznościowiec. Lala miał dwa bilety, ale weszło ich sześciu, tak to sprytnie rozegrali. Kaszany jednak nie wpuścili.

Genek wybrał długowłosego gitarzystę. Wyglądał na mało ważnego; był najspokojniejszy, trochę nieobecny; zaśpiewał kilka piosenek tak, jakby w ogóle nie chciał śpiewać. Po koncercie podbiegł do niego, gdy ten schodził ze sceny. W wyciągniętych dłoniach trzymał otwarty Kajet. Gitarzysta odgarnął włosy z policzka i spojrzał na Genka z roztargnieniem. Potem nabazgrał niewyraźnie swoje imię i nazwisko, a następnie zaczął patrzeć uporczywie na swój wpis, niemal zdziwiony. Wykrzywił nieco usta w lewą stronę. Taki przekąs. I patrzył. Aż Genek pomyślał, że może mu nie oddać Kajetu. Odebrał mu go szybkim ruchem.

– Mój pierwszy autograf – powiedział długowłosy artysta.

Genek uświadomił sobie, rozczarowany, że zdobył wpis od kogoś, kto jest mało ważny, koledzy jednak szybko wyprowadzili go z błędu.

– O, masz Nalepę…

– Tedi jest dobry, blusuje jak szatan…

– To pierwsza klasa wioślarz, najlepszy…

Żeby nie zapomnieć, kogo upolował, podpisał niewyraźne gryzmoły drukowanymi literami.

Grunt został przygotowany, nikogo już Czarny Kajet nie dziwił.

Niedługo potem jego relacje z grupą zostały ostatecznie umocowane na dość niskim poziomie, zaraz po tym, jak jeden z nich puścił krótkiego bąka.

Wszyscy na moment znieruchomieli.

Każdy patrzy na każdego. Twarze z kamienia. Usta ściągnięte, drżą.

Jakimś swędem psim znajdują winowajcę. Jeden z nich pęka. Jakby mimo sznurówki ust miał na twarzy namalowaną winę. Stoi przed całym towarzystwem, a trwa to sekundę, i na oczach wszystkich kończy, co zaczął, a przerwał. Teraz jest to szybkie, pełne determinacji trąbienie. I jednocześnie zaczyna panicznie uciekać, chociaż spada na niego grad kuksańców, uderzeń na głowę otwartymi dłońmi, pac, pac, na plecy i barki, pac, i kopniaki wycelowane w zadek, bo zawsze ktoś jest z tyłu, pac, pac, pac, otaczają go, pac, szturchają, klepią, popychają. Ofiara unosi ręce, chowa między nimi głowę i próbuje wykrzyczeć co sił w płucach, wyrecytować właściwie:

– Er-ne! Wer-ne!… Cha, cha, cha!… Już nie… cha, cha… pierne!

A oklepywań i kopów tylko przybywa.

– Zamawiam na sęka! Dupa mi pęka! – i zaczyna charczeć, pokasływać: – Chchk… Kk… – Trzeba teraz szczeknąć jak pies lub bodaj z godnością powiedzieć: „Hau”. Łatwo nie jest.

I na koniec złożyć usta w ciup, i zagwizdać. Cokolwiek. Gwizdnąć, ale gwizdnięcie jest ponad siły. Wkoło śmiechy, pohukiwnia, gwizdnij tu, jak usta nie mogą ułożyć właściwej dziurki, nie składają gwizdałki, no, żadną miarą. A im bardziej poniewierany osobnik próbuje, tym większy go śmiech ogarnia, tym większa bezradność. Nie można zagwizdać, gdy śmiech w człowieku rozbuja. Wszyscy wciąż rechoczą w najlepsze. Najbardziej sam winowajca. I próbuje… i próbuje… I dopóki nie zdyscyplinuje nieposłusznych ust na tyle, by zrobić z nich gwizdek, bodaj na krótko, by… by… fy… fy… fi… fiuu! – by gwizdnąć, niewyraźnie, cicho, krótko, żałośnie… dopóty trwa młócka. A na koniec wszyscy dyszą i jeszcze hehkają, hehe, chichkają, chichi, sapią i szczerzą zęby.

Dla formalności i rzeczy porządku, Genek dołączył do klepaczy, aby zaznaczyć swą przynależność, acz klepał niedbale. Potem mógł z wszystkimi już hepać i chichać – został uznany. Chociaż obserwował wszystko z dystansu.

[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.