03/2018

Miłosz Waligórski

Węgry

Czterdzieści lat temu zmarł Tibor Déry (1894–1977), twórca, którego życie może stanowić kanwę dla powieści o tym, co „spuszczony z łańcucha” XX wiek wyczyniał w Europie Środkowej. Kogo obszczekał, kogo obsikał, do kogo się łasił, a komu złamał kręgosłup.

W PRL Déry święcił sukcesy jako autor dziewięciu książek dostępnych w przekładzie na język polski. A przyznać trzeba, że do tłumaczy miał szczęście. Camilla Mondral brawurowo przełożyła genialną antyutopię Pan A.G. w X. (wydanie polskie 1979; G.A. úr X-ben, 1964) i Niki. Historię pewnego psa (1959; Niki egy kutya története, 1956), nowelę, do której przedmowę napisał Gustaw Herling-Grudziński; Feliks Netz spolszczył Anatemę (1982; A kiközösítő, 1966), przewrotną, antyklerykalną biografię świętego Ambrożego; a Tadeusz Olszański Wyimaginowany reportaż z amerykańskiego pop-festiwalu (1982; Képzelt riport egy amerikai pop-fesztiválról, 1971) oraz rozchwytywaną w Polsce końca lat siedemdziesiątych XX wieku powieść Jednouchy (1978; A félfülű, 1975), będącą pełną uszczypliwości wobec świata bogaczy zbeletryzowaną historią porwania wnuka najbogatszego Amerykanina, magnata naftowego Paula Getty’ego.

Tibor Déry odszedł 18 sierpnia. Informację o jego śmierci odnotowały dzienniki, tygodniki i najpoważniejsze pisma kulturalne tego czasu, m.in. „Nowe Książki”, „Perspektywy”, „Życie Literackie”, „Życie Warszawy” oraz „Tygodnik Powszechny”. To wystarczający dowód popularności i obecności pisarza na naszej scenie literackiej. Po 1989 roku Déry – zapewne jako autor z łatką komunisty – popadł w niełaskę wydawców, więc – co za tym idzie – również czytelników. Od tamtej pory nie wznowiono żadnej jego książki. Dopiero w 2017 roku szczeciński kwartalnik literacko-kulturalny „eleWator” poświęcił mu numer tematyczny (2017, nr 4).

Natomiast na Węgrzech w rocznicę śmierci pisarza nie upomniał się o niego nawet pies z kulawą nogą. Ostatnią publikacją związaną z Dérym była wydana w 2010 roku książeczka – jej charakter najlepiej oddaje określenie silva rerum – pod znamiennym tytułem Ha a boldogságot egy tájjal akarnám kifejezni… (Gdybym chciał szczęście wyrazić pejzażem…), w której Ferenc Botka, niestrudzony propagator twórczości autora Jednouchego, przedstawia jego balatońskie lata.

W 1965 roku Déry kupił bowiem w Balaton­füred rozpadającą się willę, wyremontował ją – co było zasługą głównie jego trzeciej żony, aktorki Márii Kunsági (1919–1979) – i zaadaptował do swoich potrzeb. Rok w rok spędzał tu miesiące letnie, odwiedzał miejscowych przyjaciół, pływał łodzią, odpoczywał, przyjmował gości w pięknym ogrodzie z widokiem na jezioro i półwysep Tihany, a przede wszystkim pisał.

Tutaj, u podnóża Góry Tomasza w domu przy ulicy Tamáshegyi 7, powstały m.in. trzy ostatnie powieści: Nie ma wyroku (Ítélet nincs, 1969), pisana na progu starości panorama własnego życia; wspomniany już Wyimaginowany reportaż z amerykańskiego pop-festiwalu, zaskakująco nowoczesna opowieść o Zagładzie widzianej z perspektywy Woodstock, oraz Kochany teściu (1976; Kedves bópeer…!, 1973), wzruszająca historia przyjaźni siedemdziesięciolatka i jego młodziutkiej bratowej. Ich wspólnym mianownikiem jest szczególnego rodzaju ironia, taka, na jaką stać tylko kogoś, kto pisze z oddali, metaforycznie, ale i dosłownie: długo przyglądając się najdalszym punktom – żaglówkom, ludziom w wodzie, światłom na południowym brzegu – i szybko przekonując się o znikomości własnego oka, o śmieszności ja.

Po śmierci Déryego willa przeszła w ręce wdowy po słynnym kompozytorze Zoltánie Kodályu, która kilka lat temu sprzedała ją komuś, czyj zapał, żeby w niej zamieszkać, najwyraźniej okazał się słomiany. Remont rozpoczęto i zaraz porzucono. Zamknięty na cztery spusty dom zarasta teraz pajęczyną i krzakami. Długo błądziłem, zanim go odnalazłem. Schowany w gąszczu na stromym zboczu powyżej ulicy, od miłośników turystyki literackiej wymaga dużego samozaparcia. Żeby przeczytać pamiątkową tablicę na tylnej ścianie, musiałem wejść na teren posesji sąsiada. Pokręciłem się po zdziczałym ogrodzie, obszedłem dom dookoła i stanąłem przed oszkloną werandą.

Już z daleka widziałem stolik w środku, a na tym stoliku dwa gliniane naczynia, które, mimo że były brązowe, czerwieniały od białego światła znad Balatonu. W pierwszej chwili – pewnie zadziałała fantazja – pomyślałem, że mam przed oczami kubki Tibora i Böbe (tak mówił na żonę), ale kiedy przytknąłem nos do szyby, okazało się, że to znicze. Nowe, jeszcze niedopalone. Pewnie remontujący dom robotnicy używali ich wieczorami zamiast świeczek. W głębi, bliżej kuchni, stały dwa stare fotele, wiklinowy i bujany. Ten z wikliny – przynajmniej tak mi się wydaje – znam ze zdjęcia opublikowanego w książce Ferenca Botki.

Prawdziwą pamiątką po pisarzu – co do tego nie mam cienia wątpliwości – było natomiast koło młyńskie, umieszczone przed domem w cieniu rozłożystego kasztana. Kiedyś leżał na nim blat, na blacie obrus, a na obrusie papier, na którym Déry pisał. Zapalał papierosa – a palił non stop – sięgał po pióro kulkowe, zamglonym spojrzeniem prześlizgiwał się po przestronnym krajobrazie, od Tihany aż po Siófok, i zaczynał skrobać. Listy, felietony, wspomnienia, powieści.

Mogę to sobie wyobrazić, bo dzisiaj tam byłem. Niewidzialnym mostem przeniosłem się w przeszłość, która zmaterializowała się w opuszczonym domu, włoskich okiennicach, ażurowej werandzie, w budce ogrodnika, w fotelach. Kasztan już ścięto, a koło młyńskie, pozbawione blatu, omszało. Pada na nie deszcz, śnieg, padają promienie słoneczne. Żarna czasu pracują, nieubłaganie mielą pamięć o Tiborze Dérym. Brzmi to cokolwiek patetycznie, ale widziałem je na własne oczy, więc chyba dlatego takie słowa nie więzną mi w gardle.

Balatonfüred, 26 stycznia 2018 roku

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.