04/2021

Wojciech Łysek

Wspólna znajoma

Poznaliśmy się dzięki Fanny Hill.

Tytułowa bohaterka powieści Johna Clelanda, woman of pleasure, zgorszyła czytelników w Anglii w połowie XVIII wieku. Nie przestawała też w kolejnych latach i w różnych krajach, choć książka oskarżana była o pornografię i napotykała cenzuralne bariery. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych minionego stulecia w Polsce zmieniało się tak wiele i w tylu dziedzinach, że w wydawnictwie, w którym pracowałem, powstał pomysł, by dopuścić Fanny Hill do głosu także po polsku.

Chcieliśmy być pierwsi, ale wiedzieliśmy, że ziarno zepsucia posiał już ktoś wcześniej, choć raczej pokątnie. Otóż w bogatej ofercie Bazaru Różyckiego były również odbijane na ksero broszurki z pamiętnikami Fanny. Nie był to maszynopis, pierwodruk wyglądał na wydawnictwo prasowe.

Śledztwo edytorskie doprowadziło do konkluzji, że mamy do czynienia z odbitkami z czasopisma wydawanego po polsku w Izraelu. Autor adaptacji i przekładu nie ukrywał się przed czytelnikami – i słusznie, bo miał prawo być dumny za swojej pracy. Twórcą spolszczonej Fanny Hill okazał się Mieczysław Sztycer.

Nie wiem, czy ktoś kiedyś podejmie się kolejnej próby przekładu tego klasyka literatury erotycznej na polski. Zawsze znajdą się odważni, by konkurować nawet z Ireną Tuwim czy Pawłem Hulką-Laskowskim. My w wydawnictwie uznaliśmy, że przekład jest gotowy i pozostaje mieć tylko nadzieję, iż uda się dotrzeć do autora.

Powiodło się nam. Nawiązałem z panem Mieczysławem kontakt korespondencyjny, potem telefoniczny. Wydawnictwo Almapress podpisało umowę wydawniczą. Pamiętniki Fanny Hill Johna Clelanda w adaptacji i przekładzie Mieczysława Sztycera okazały się prawdziwym bestsellerem ku radości wydawcy i autora.

Tantiemy na złotówkowym koncie autora przekładu w Banku Handlowym pozwoliły mu na przylot Lotem do kraju urodzenia, z którego Niemcy przepędzili go w 1939 roku na wschód, skąd z kolei z armią Andersa trafił do Palestyny, by doczekać powstania państwa Izrael.

Witałem na lotnisku w Warszawie osiemdziesięcioletniego kolegę. Świadomie używam tego słowa, choć wtedy znaliśmy się tylko korespondencyjnie, dzieliły nas różne granice, w tym granica wieku, właściwie pół wieku. Z Mietkiem, tak kazał mi do siebie mówić, szybko znaleźliśmy wspólny język. W końcu obaj byliśmy ludźmi słowa. Ja byłem jego przewodnikiem po współczesnej Polsce, on był księgą zapisaną w tylu rozdziałach, że nie wiadomo, na której stronie ją otwierać.

Przedwojenny inteligent, człowiek kulturalny, budzący szacunek, a zarazem bezpośredni. Jednocześnie oszczędny i ostrożny w podejmowaniu tematów drażliwych. Dobrze nam się rozmawiało, ale nie odrobiłem do końca lekcji, nie wykorzystałem okazji do zadania wielu pytań o losy samego Mietka, o historię, której był świadkiem.

Przed II wojną światową zaczął pracę w warszawskiej prasie jako dziennikarz, głównie interesował się filmem. Do dziś, gdy czytuję prace o początkach naszej kinematografii w międzywojniu, to czekam, aż w cytacie czy przypisie pojawi się odesłanie do artykułu Mietka. Miałem wielką frajdę, wysyłając mu kiedyś drugi tom Historii filmu polskiego pod redakcją Jerzego Toeplitza i z dopiskiem, by zajrzał na s. 307 i 309. No, ale on, stale żywotny i zakotwiczony we współczesności, wolał dyskutować o właśnie wspólnie obejrzanym Podwójnym życiu Weroniki Krzysztofa Kieślowskiego.

W Izraelu aż do emerytury Mietek Sztycer pracował w polskojęzycznej prasie, która długo miała tam grono czytelników, poszerzane falami emigracji po 1956 i 1968 roku. Pisał nie tylko doraźne artykuły, ale i dłuższe formy, jak o pochodzeniu Adama Mickiewicza. No i opowieści w odcinkach, publikowane w periodykach, jak „Fanny Hill”, „Tajemnica Eli Cohena”. Ludzie, którzy najczęściej w dojrzałym wieku i nie z własnej woli byli zmuszeni emigrować, nawet jeśli nie chcieli, unosili znad Wisły bagaż języka i kultury. Nie przypadkiem w Tel Avivie przy ulicy Allenby działała przez lata księgarnia Edmunda Neusteina, której bywalcem był też Mietek, nazywana najlepszą polską księgarnią na świecie.

Poznała nas z Mietkiem angielska osiemnastowieczna kurtyzana, ale okazało się szybko, że mieliśmy jeszcze jedną wspólną znajomość, miłość na całe życie – polszczyznę. Cieszę się, że mogłem mu jeszcze towarzyszyć w spacerach po Warszawie. Żałuję, że choć wtedy mogliśmy odwiedzić Pomnik Bohaterów Getta, to na gruzach przedwojennego Muranowa nie stało jeszcze Muzeum Polin, które jest wspaniałym domem wspólnej historii Polaków i Żydów, kiedy jeszcze polszczyzna i jidysz szeleściły razem w chaszczach.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.