05/2020

Marcin Mielcarek

Wszystkie nasze Boginie‑Matki

Siedziałem przy butelce wódki, a właściwie to ona siedziała przy mnie, bo to ona mnie, a nie ja jej dotrzymywałem towarzystwa, i czułem jej miłość do mnie, miłość bezwarunkową jak miłość matki do dziecka. Natomiast ja, właśnie ten ja, ten nikt, ten żaden, ten tylko, czułem do niej całkowitą nienawiść, mimo tego jej „palącego” uczucia. Bo ona mnie przecież kochała i w sumie tylko ona, a ja zwyczajnie jej nienawidziłem. A nienawidziłem jej jak wielu.

Piłem przy biurku i siedziałem przy tej butelce długi czas. Starałem się napisać list do matki, taki prawdziwy list, taki list, jaki pisano kiedyś, dawno, w tych lepszych, prawdziwszych i odległych czasach. List z krwi i kości, a nie jakiś nijaki mail czy beznadziejny esemes pozbawiony mojej duszy i serca. Nie. Ja pisałem prawdziwy list. I wcale nie szło mi dobrze.

Szła mi natomiast dobrze flacha czystej, na tyle dobrze, że skończyła się, zanim w ogóle napisałem kilka pierwszych słów. Pomyślałem, że bez niej i tak nie podołam, dlatego zebrałem się w sobie, odrzuciłem długopis i wstałem od i tak pustej kartki papieru. Musiałem się przejść.

Wieczór był dosyć ciepły i suchy, bo piękne lato zaczęło się na dobre, ale mimo to – mimo tej wspaniałej i cudownej pogody – szedłem całkiem sam, tymi pustymi ulicami dużego miasta. Nogi niosły mnie gdzieś, nie wiedziałem gdzie – zapewne do baru. Szedłem chyba w poszukiwaniu tak zwanej weny – tylko że ja raczej w nią nie wierzyłem. Szedłem, aż w końcu przekroczyłem próg knajpy i mimo że nigdy wcześniej w niej nie byłem, poczułem się jak w domu.

Usadowiłem się zaraz przy samym barze i kazałem lać setkę wódki do szklanki.

– A co do tego?

– Nic.

– Jak to nic? Mam zrobić drinka, tak?

– Nie. Chcę po prostu setę wódki w szklance. Nic do tego.

Barman dziwnie mi się przyglądał, ale spełnił prośbę. Szklanka wódki wylądowała obok mojej dłoni. Wódki z kostkami lodu.

– Nie prosiłem o lód. To nie pierdolona Ameryka, żebyśmy pili wódkę z lodem.

– Takie mamy zasady – odparł szorstko.

Chciałem powiedzieć mu, że pierdolę te ich całe zasady, ale zdążył odejść, aby obsłużyć innego, równie spragnionego klienta – zresztą dobrze, nie miał obowiązku tolerować mnie, chama, buca i prostaka w jednym; o tym pomyślałem dużo później.

Upiłem połowę ze szklanki i pomyślałem, że to nie najgorszy wynalazek z tym lodem – zresztą nieważne. Odwróciłem się i rozejrzałem po barze. Świecił pustkami – kilka osób siedziało przy stolikach, przy barze siedziałem ja sam jeden. Dopiłem tę – jak to się ładnie mówi – wodę ognistą i dałem znak barmanowi, żeby nalał mi jeszcze. Teraz podał bez lodu. Cholera.

Nie wiem czemu, ale nie dostrzegłem jej od razu – znaczy się widziałem ją i jej kumpele czy też koleżanki, ale widziałem je tylko jako grupę śmiejących się, dobrze bawiących, pijanych dziewcząt; bywa i tak. Sączyłem powoli wódkę ze szklanki i przyglądałem jej się z uwagą – kobiety i alkohol, czyli dwie sprawy, które jeżeli się facetowi znudzą, to już po nim, umarł z kretesem i na amen.

Dziewczyna wydawała mi się znajoma, chociaż miałem całkowitą pewność, że jej nie znam. Odwróciła głowę w moją stronę i spojrzała na mnie. Na pewno jej nie znałem, ale wiedziałem już, dlaczego wydawało mi się, że ją kojarzę. Wyglądała zupełnie jak moja matka.

To było bardzo dziwne uczucie i moje zachowanie też było dziwne, bo nie mogłem przestać się na nią gapić i zamiast odwrócić swój głupi łeb w drugą stronę i wyjść, to cały czas patrzyłem. Musiała w końcu zauważyć, co robię, bo coraz częściej na mnie zerkała. Czułem się nieswojo, ale nie wyszedłem z tej knajpy. Poczułem się jeszcze bardziej nieswojo, kiedy nagle wstała, zrobiła kilka kroków i zatrzymała się obok.

– Taką masz pracę? Gapisz się na ludzi? – odezwała się i przez chwilę myślałem, że ma taki sam głos. Na szczęście miała inny, miły, zajeżdżający wschodnim akcentem. Polką nie była na pewno.

– Właściwie to tak. To jest moja rola. Płacą mi za to, żeby tu siedzieć i przyglądać się wybranym osobom. Zapytaj o mnie na barze.

– A o kogo mam zapytać?

– Marcela.

Odwróciła się i spytała o coś barmana. Pomyślałem, że zaraz wezwą ochronę i będę musiał wyjść, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego facet za barem postawił przed nią jakiegoś kolorowego drinka.

– To mówisz, że masz na imię Marcel.

– Tak mówię. A ty?

– Nadia.

– Nadia – powtórzyłem za nią.

– No co niby? – Jej ciemne oczy dziwnie mnie badały, a i w nich było też coś dziwnego, jakby agresja, jakaś niezrozumiała duma, pewna odwaga, może bezczelność, ale taka w dobrym znaczeniu. To był żar. Bił od nich pewnego rodzaju żar, który trudno pomylić z czymś innym.

– Niby nic.

– Ale?

– Nie powinienem tego mówić.

– Czego?

– Niczego.

– Że niby dziwki tak mają na imię, tak?! O to ci chodzi?!

– Nie. To nie to.

– No powiedz wreszcie!

– W porządku. Powiem.

Napiłem się wódki, a ona czekała. Wbiła we mnie te swoje dzikie, wschodnie oczy i patrzyła zaciekawiona. Nie mogłem tego dłużej przeciągać.

– Wyglądasz zupełnie jak moja matka – powiedziałem spokojnie, od niechcenia, tak, żeby to zdanie brzmiało najzupełniej w świecie normalnie, i zrobiłem to, wcale na nią nie patrząc.

Zaśmiała się.


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.