12/2020

Józef Baran

Wywyższenie i detronizacje księcia wyobraźni

piórko kraski
które Ci jesienią przyniosłem
może jest tym właśnie
liryki mojej
ciężkim wiosłem

Jerzy Harasymowicz


Kiedy go poznałem, był Księciem Poezji, Czarodziejem słowa, stuprocentowym wcieleniem Poety. Zdobywaliśmy wtedy ostrogi poetyckie, mieliśmy po dwadzieścia lat, z nabożeństwem wpatrywaliśmy się i wsłuchiwali w Prawdziwego Poetę. Nikt nam nie imponował bardziej: żaden polityk (wszyscy skurwieni), profesor, biznesmen (nie było ich wtedy) ani ksiądz, ani ktokolwiek na świecie. Poeta! Poeta! Wydawało nam się, że ma turban na głowie i zaklęcia magiczne w rękawie, że chodzi po mieszkaniu na Łobzowskiej w wyzłacanym płaszczu i z berłem czarodzieja… Że jest właścicielem Królestwa z Innego Świata, czyli Królestwa Poezji. Pstryknie, wypowie zaklęcie i królestwo zjawia się przed oczami. I tak rzeczywiście się działo, gdy czytał nam nowe wiersze. W mieszkaniu przez chwilę krzątała się jego Muza (potem przyszła żona), Maria, z tobołkiem węgla, zapalała w piecu i wychodziła. Poeta czarodziej łaskawie obdarowywał ją dobrym słowem: – Dziękujemy Ci, Marysiu – po czym wracał do Królestwa nie z tej Ziemi, Poezji…

Czasem widzieliśmy go, jak szedł osobny ulicą, w aureoli srebrnych już wtedy włosów, świecących jak dmuchawiec na łące, wyprostowany w czarnym obcisłym swetrze, jakby unoszący się dwadzieścia centymetrów nad ziemią.

Nigdy nie mieszał się z tłumem, nie jeździł autobusem, przemieszczał się w Krakowie na piechotę albo taksówkami…

Jakieś dziesięć lat później, gdy byłem już żonaty i urodziła mi się pierwsza córka Asia, a po powrocie z „tyłów świata”, czyli z Olszyna, gdzie przez pięć lat nauczałem w szkole języka polskiego, stałem się mieszkańcem nieodległej od Krakowa Skawiny – przyfruwał do mnie, wciąż jeszcze z najwyższych parnasów, Książę Poezji, jak o nim mówiono… I jak to u niego po wstępnych żarcikach (to lubił), chichihahahach i przywitaniach, wstępował przy herbacie czy kawie do Królestwa Nie Z tej Ziemi, Poezji.

Wtedy to zdarzył się nieprzewidziany incydent, który zakłócił ceremoniały poetyckie Mistrza… moja paroletnia córeczka przy czytaniu przez niego nowych wierszy dała szelestem gazety znać, że ona tu również istnieje i nie ma zamiaru poddawać się jego „dyktaturze”. Spojrzał na nią badawczo raz, spojrzał krytycznie drugi, zmarszczył brwi trzeci raz, ale to pomogło tylko na chwilę. Bo córka nadal się kręciła i szeleściła papierami, tak że Czarodziej Słowa skrócił czas pobytu w mieszkaniu na Słonecznej, a po wyjściu, gdy odprowadzałem go do przystanku z taksówką, wyznał mimochodem: „Wiesz, pięknie u ciebie, ładnie u ciebie i tak słonecznie, tak jak u mnie, ale…” – tu zawiesił głos – „u mnie jednak, gdy czytam w swoim mieszkaniu wiersz, nie śmie mucha przelecieć przez pokój”.

Ów incydent z szeleszczącą gazetą zdarzył się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy nakłady tomów Księcia Poezji szły w dziesiątki, jeśli nie w setki tysięcy egzemplarzy. Jerzy (bo już wtedy przeszliśmy na „ty”) święcił w dalszym ciągu triumfy, choć tu i tam go już podszczypywano, strącano z piedestałów, np. poeci Nowej Fali nazywali go Midasem Poezji, że niby czego się tknie, przerabia na złoto metafory, ale to złoto jakby tombakowe, bo nie oddaje „rzeczywistości tu i teraz”. Artur Sandauer w szkicu poświęconym ewolucji powojennej poezji i publikowanym w „Polityce” stwierdził, że poezja Harasymowicza to okaz „pseudonaiwnej tandety”, wyżywając się w tej sposób na innym mistrzu krytyki, Kazimierzu Wyce, który wylansował autora CudówWieży Melancholii. Totalna kilkuzdaniowa krytyka Sandauera stała się w jakiś czas później kością niezgody między Jurkiem a mną. On wieszał na Wielkim Krytyku psy, ja nie mogłem się z tym do końca zgodzić, tym bardziej że Sandauer wychwalał mnie w szkicu Poezja niepokazowa i z czasem znajomość z profesorem przeradzała się w zażyłość do tego stopnia, że kiedy tylko jechałem do Warszawy, gościli mnie z Erną, a nawet nocowałem u nich na Karłowicza. Ten rozwój wypadków doprowadził w konsekwencji do rozdźwięków i dysonansów w przyjaźni z Harasymowiczem, a w finale do wieloletniego niewidywania się z nim. Tu trzeba zaznaczyć, że Jerzy bywał w ogóle trudny w przyjaźniach. Jeden z najbliższych przyjaciół, malarz Leszek Dudka, uciął z nim przyjaźń takim zdaniem: „Jurku, to, co najlepsze z ciebie, mam w twoich wierszach, mogę to sobie kupić za dziesięć złotych. Całkowicie mi to wystarczy…”.

Wracając do córki Asi. Córka z czasem rosła, rosła, jak to bywa w zwyczaju wszystkich dzieci, aż ukończyła liceum w Krakowie (dokąd się przenieśliśmy ze Skawiny) i stała się studentką germanistyki, a w latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła pracę. W tym czasie moje relacje z Harasymowiczem znów się naprawiły i polepszyły. Było mi żal dawnego mistrza, gdy obserwowałem, jak bezwzględnie rozprawiano się z nim, doprowadzając do detronizacji Księcia Poezji. Po transformacji ustrojowej, w latach dziewięćdziesiątych przestano go drukować w głównym krakowskim wydawnictwie, gdzie jego tomiki publikowano ongiś w setkach tysięcy egzemplarzy. Bojkotowały go przede wszystkim byłe opozycyjne literackie środowiska. Dawano mu do zrozumienia, że musi odpokutować za to, że w stanie wojennym poparł generała i chyżo zapisał się do ZLeP-u, a także… że korzystał wtedy z okazji, by atakować w wywiadach „mieszczański salonowy Krakówek”. On piewca gór, lasów i łąk bieszczadzkich i muszyńskich, lump – co prawda ufryzowany, bo nigdy lumpem nie był – z „Baru na Stawach”, samorodny talent po technikum leśnym, brał odwet za niegdysiejsze kpiny z siebie „impotentów literackich” – jak ich nazywał – czyli doktorów, profesorów i „naukówek literackich”, które nie odróżniały jesionu od jemioły, gila od dzięcioła, krowy od wołu…

Ponieważ uważałem, że wybitnemu poecie dzieje się krzywda, a także z wrodzonego ducha przekory, postanowiłem przerwać zmowę milczenia wokół niego i jako dziennikarz „Gazety Krakowskiej” zadzwoniłem z propozycją wywiadu. Zgodził się z wdzięcznością. I znów było między nami dobrze… Toteż, gdy pewnego dnia przeczytałem, że ma spotkanie autorskie w jednym z krakowskich domów kultury, wybraliśmy się z córką Asią, która – jak zażartowała – chciała zrehabilitować się za to, że kiedyś jako szkrab zlekceważyła jego wiersze. Spotkania z Księciem Poezji gromadziły w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tłumy fanów. Wydawało mi się, że i teraz, w latach dziewięćdziesiątych, ich nie zabraknie… Okazało się jednak, że bojkot zadziałał i w feralnym dla niego dniu na sali nie pojawił się żaden czytelnik. Poczekaliśmy kwadrans i uzgodniliśmy po cichu z córką, że wymkniemy się, żeby mój dawny mistrz nie miał świadków porażki, a znając jego uwrażliwienie na sprawę frekwencji, wiedziałem, że uzna to wręcz za osobistą klęskę… Zanim jednak zdążyliśmy się ewakuować, dopadł nas organizator spotkania i poprosił do kanciapy organizatora, gdzie siedział poeta z jakimś znajomym. Jurek postanowił, że zrobi nam czworgu „specjalnie spotkanie autorskie”. Udawał, że wszystko jest w porządku. Wiersze o przyrodzie i Bieszczadach okazały się przepiękne. Moja dorosła córka tym razem nie szeleściła gazetą, słuchała uważnie, ba, powiedziała nawet parę niegłupich zdań o tej liryce, co ujęło Jerzego.

Te dwa przypadki z poetą i paroletnią, a potem dwudziestoparoletnią córką w rolach głównych to jakby koda zawierająca skrócony obraz wywyższenia i detronizacji Księcia Poezji.

Czy w istocie Jerzy Harasymowicz miał jakiekolwiek poglądy (w tym też polityczne) poza poetyckimi? Wątpię. Po pierwsze, zawsze pochłaniała go wyłącznie poezja. Tylko w nią wierzył, i to totalnie. Kiedy jadąc autem, przekraczali w latach siedemdziesiątych – z innym wielkim w tamtych czasach pisarzem i poetą Tadeuszem Nowakiem – granicę regionu tarnowskiego i nowosądeckiego, Jerzy oznajmił Tadeuszowi: „Tu kończy się twoje królestwo literatury, a zaczyna moje”. Myślę, że poecie nie chodziło o metaforę; on wierzył święcie, że jako Książe Wyobraźni jest właścicielem Ziem Nowosądeckich i Podkarpackich. Bo poezja była dla niego jedyną Rzeczywistością, innej nie chciał przyjąć do wiadomości.

To wtedy, po ich wyprawie do rodzinnego domu w Sikorzycach autora PsalmówA jak królem a jak katem będziesz, powstał piękny wiersz Harasymowicza Podróż:

Jechaliśmy przyjaciele światem.

Jechaliśmy słów majem

Jeszcze nie wykończonym

Z błękitu świeżym tynkiem.

Przyjaciel wychylony z wiersza

jak z samolotu

Pokazywał nam co zrobił

Mijały nas łany jak psalmy

Wiejące nieba chorągwią

Pędził kraj strażackich wieży

Podobnych do tatarskich

Jastrzębie nadal podawały hasła partyzanckie

Były biblijne wędrówki krów

Krowy niosły samochód

Jak słoń wieżyczkę

Potem dzieciństwo

Spuściło zwodzony ganek

Przyjaciel witał się z matką

Jak z księgą do nabożeństwa

Pies chodził na rękach

Z radości

Kogut zapalił się do kur

Po małym sadzie chodziłem

Jak po muzeum

Z powrotem

Stanęliśmy w starodrzewie

Chodzimy w staromaju

W starokwiatach

W staroptakach

I w zielonym wieńcu ulewy

Był samochód cały

I biło

Dosłownie biło

Słowikami

(z tomu Polska weranda, WL 1973)


Po wtóre, gdy mowa o niestałości charakteru Harasymowicza i o niemożliwości brania przez niego na serio jakichkolwiek poglądów politycznych, warto zwrócić uwagę na niesłychanie ruchliwą psychikę, która dawała o sobie znać na wielu fotografiach. To jakimś skrzywieniem ust, to grymasem i miną nie do końca ustaloną i ustawioną… Tak jakby poeta nie potrafił się scalić i upozować, jakby nie mógł i nie umiał zestroić twarzy i ciała. Czy wobec tego poeta tak „miniasty”, tak impresyjny i migotliwy wewnętrznie, sypiący na poczekaniu metaforami i używający w mówieniu prawie wyłącznie obrazów malarskich, przenośni, hiperboli i porównań, mógł się zmieścić w schemacie poglądu politycznego? Jak można żądać stałości charakteru i poglądów od człowieka, który był żywą wyobraźnią i wrażliwością, ogniem i wulkanem i nawet na błysk sekundy nie potrafił narzucić swojej twarzy znieruchomienia?

Dzięki tej wrażliwości zmiennego „wiecznego chłopca”, która nie daje się ucywilizować i wydorośleć, i pragnie wciąż przeżywać nowe fascynujące przygody wyobraźni, otrzymywaliśmy poezję niezwykłych skojarzeń, pięknych zmyśleń, chłopięcego humoru, zabaw lingwistycznych, zachwytów i zauroczeń światem.

Pamiętam, że jego opowieści mieniły się kolorami jak malarstwo Renoira, Podkowińskiego czy Klimta. Nie obchodził go socjalizm ani kapitalizm. Był żywym dowodem na to, że od urodzonego anarchisty czy surrealisty, trudno wymagać, by „realizował się” realnie. Jeśli w latach osiemdziesiątych wstąpił do ówczesnego ZLeP-u, to przede wszystkim dlatego, że korzystając ze sprzyjających okoliczności, pragnął zrewanżować się tym, którzy kiedyś nazywali go poetą naiwnym, poetą krasnoludków i zajączków, gdy tymczasem poeta w tamtych politycznych latach „winien” wyłącznie walczyć słowem o wolność i niepodległość narodową.

Kapryśny, zmienny jak pogoda – poeta wyobraźni, nastroju, małej metafory, a nie „wysuszonego”, jak twierdził, intelektu, nazywał siebie żartobliwie w jednym z wierszy „Jerzy Przeobrażeński”. Za tę swoją „przeobrażeńskość”, kapryśność i niespotykaną wyobraźnię, która miała wielkie oczy, płacił niekiedy słoną cenę. Tą ceną za „elektryczność duszy” bywały np. różne dziwactwa. Wyhodował je u siebie do tego stopnia, że utrudniały mu normalne funkcjonowanie. Nie chodził na przyjęcia, bankiety, oficjalne spotkania. Nawet w najodleglejsze punkty Krakowa wypuszczał się na piechotę. Omijał ulice, gdzie mieszkał ktoś, kto go obraził. Chorobliwie nadwrażliwy, nie mógł latać samolotami, dlatego za granicą był tylko na Słowacji i w Czechach. Pewnego dnia uciekł w nocy z kocem z domu wypoczynkowego nad Popradem, znajdującego się obok torów kolejowych w Muszynie, bo wyobraźnia podpowiadała mu, że pociąg wjedzie do środka. Przed każdym spotkaniem autorskim trzymał się za serce, jakby miał za chwilę dostać zawału. A chodziło o to, że bał się o frekwencję.

Utrzymywał się wyłącznie z pióra, nie pracując nigdy etatowo, co było sztuką nie lada i miało dobrą oraz złą stronę. Dobrą – bo dysponował nieograniczoną ilością czasu na pisanie wierszy, a tego właśnie wymaga ta zaborcza kochanka. Złą – bo napisał ich o wiele za wiele: miniatur, poematów, reportaży i felietoników wierszem, żartów i obrazków lirycznych, ba!, nawet wierszowanych komentarzyków do meczy: Wisła – Cracovia… Poezja sankcjonowała jego istnienie, stała się dla niego religią.

Bo naprawdę był rasowym „zwierzęciem poetycznym”, a nie „politycznym”. Impulsywny, emocjonalny – żył w dziwnych wyimaginowanych światach. Obca mu była wszelka kalkulacja intelektualna. Kierował się pierwotnym instynktem, intuicją. Bawił się jak dziecko w wymyślanie coraz to nowych światów, nowych ról dla siebie. Raz Grek, raz lump z „Baru nad Stawem”, to znów folklorysta zauroczony kulturą i tradycją gór, a kiedy indziej subtelny liryk, Ormianin, Ukrainiec, buddysta albo rubaszny plebejusz gadający gwarą i żargonem… Wszystkie te wcielenia „Jerzego Przeobrażeńskiego” należało traktować nieco z przymrużeniem oka jako kolejne kreacje wyobraźniowe, w które on oczywiście święcie wierzył. I tak, gdy odkrył w sobie szlachciurę – Broniuszyca, nic tylko furt mówił o swoich przodkach-Sarmatach, przesłuchiwał na płycie pieśni rycerskie etc. Ba, przytył o kilkadziesiąt kilogramów! Gdy zaś „udawał Greka”, chodził w czarnym swetrze, zeszczuplał i wysubtelniał. Jako buddysta był oczywiście wegetarianinem. W alkoholach nigdy nie gustował, bo i tak był pijany poezją od rana do wieczora.

Mimo że drogi nasze dość szybko, jak wspominałem, się rozeszły, obserwowałem zawsze z wielką sympatią, choć już z dalsza, arystokratyczne, czasami plebejskie dziwactwa i maniery, a także jego kolejne „przeobrażenia”. W ostatnich latach mówił o sobie najchętniej, że jest poetą Natury. I ja może ze wszystkich wcieleń najwyżej właśnie cenię „Harasyma” malującego słowami nastroje i krajobrazy:

Głogi głogi głogi

Ni wiersza

Ni człeka

Ni ptak nie narzeka

Spokój

Nie trzeba pisać

Nie trzeba świata

Sobą zachwycać

(Głog ostan)


Odwiedziłem go na Czerwonym Prądniku (ja mieszkam na Białym Prądniku), na rok czy dwa przed jego śmiercią. Pozostało mi z tej przyjaznej pogawędki parę zapisków z rozmowy z nim: – Pory roku są dla mnie zbiorami wierszy. Największe zbiory – jesienią i wiosną. Zimą przesypiam miasto jak niedźwiedź. Świat ptaków i zwierząt jest mi sto razy bliższy niż świat komputerów i biznesmenów. Jeśli Bóg rzeczywiście istnieje, to właśnie tam, w ciszy jesiennego lasu, w poszumie wiosennej choiny. Liryka, czyli szczerość serca, spontaniczność uczuć – powstaje właśnie z naszego zetknięcia z Naturą i jej najwspanialszym dziełem – Kobietą. Wreszcie – z wolnością duchową, istniejącą ponad porządkiem politycznym i ponad układami, obowiązującymi w danej dekadzie.

– Mówimy, liryka, a to jest dusza. Ten złoty płomyk, który gdzieś tam migoce. Bez tego bylibyśmy zaledwie maszynami, które coś tam zjedzą, przetrawią, dostaną pieniądze, wydadzą pieniądze, pokochają się według maszynowych reguł, potem umrą, potem znowu się narodzą. Takie wory z cementu. To mnie przeraża.

W ostatnich latach pisał coraz bardziej wysublimowane wiersze. Wiele z nich poświęcił swojej wspaniałej żonie Marysi, która powinna zostać świętą za życia i która tyle lat chroniła go przed prozą życiową.

Miał na pieńku z „mieszczańskim Krakówkiem”. Kochał las bukowy, Bieszczady i Karpaty. Albowiem jak pisał:

W górach jest wszystko co kocham

Wszystkie wiersze są w bukach

Zawsze kiedy tam wracam

Biorą mnie klony za wnuka


W parę lat po jego odejściu z tego świata, napisałem o nim wiersz chrakteryzujący Księcia Wyobraźni, którego ostatnim (spełnionym za pośrednictwem helikoptera i Marysi) życzeniem była poetycka sugestia wyrażona w wierszu, by rozsiano jego prochy nad połoninami. Symboliczny grób Jerzego Harasymowicza stanowi dziś pomnik w kształcie bramy na Przełęczy Wyżnej. Tam też, nie w Krakowie, odbywają się coroczne spotkania upamiętniające poezję autora Cudów:

NIE PISAŁ DAT POD DEDYKACJAMI

UPIERAJĄC SIĘ ŻE POETA

JEST ISTOTĄ PONADCZASOWĄ

– Jerzemu Harasymowiczowi

kochałeś zawsze wolność

i masz wolność

rozsiany po połoninach

wyzwolony od istnienia

od tyranii

czasu i przestrzeni

twoim marzeniom

nie przeszkadza już nawet

źdźbło cienia

realności

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.