04/2020

Ireneusz Piekarski

„Z tej samej prowincji”.
O przyjaźni Juliana Stryjkowskiego i Zbigniewa Herberta:
trzy uwagi

Na temat tej znajomości nie znajdziemy wielu informacji w tzw. literaturze przedmiotu: trzy incydentalne uwagi wyłowimy np. w obszernej biografii autorstwa Andrzeja Franaszka, poświęconej autorowi Raportu z oblężonego miasta1, dwie kolejne – równie marginalne – w pracy Joanny Siedleckiej2. Podpisy Herberta i Stryjkowskiego figurują pod tzw. „Memoriałem” lub „Listem 59” – protestem z 1975 roku przeciwko zmianom w konstytucji PRL, dekretującym kierowniczą rolę partii i przyjaźń z ZSRR. Opublikowane diariusze, listy i wspomnienia, rejestrujące niuanse życia literackiego drugiej połowy XX wieku, tego szkicowego obrazu niestety nie uzupełnią o istotne rysy czy kolory. Wprawdzie o uczestnictwie Herberta i Stryjkowskiego w spotkaniu warszawskich opozycyjnych literatów napomknie w dzienniku Jan Józef Szczepański3, jednak szczegółów żadnych nie poda. Wydaje się, że choć pisarze w latach 70. i 80. obracali się w kręgu wspólnych znajomych – do którego należeli m.in. Wiktor i Janina Woroszylscy, Marek i Jolanta Nowakowscy, Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki, Kazimiera i Andrzej Kijowscy – ich ścieżki rzadko się krzyżowały. W każdym razie brak dziś wspólnych zdjęć, zapisów, nagrań…

Wartość prezentowanej tu wymiany listów polega więc m.in. na wydobyciu na światło dzienne faktu nieudokumentowanej należycie wieloletniej znajomości między dwoma wybitnymi pisarzami. Podtytuł „O przyjaźni” nie jest – w odczuciu piszącego te słowa – li tylko dosłownym, wyjętym z tych zapisów epistolarnym zwrotem grzecznościowym czy wyłącznie życzeniową projekcją interlokutorów. Siedemnaście stosunkowo krótkich przesyłek z lat 1974–1993 pokazuje – ponad funkcjonującymi na powierzchni tej korespondencji formułami pozdrowień, życzeń i żartów – emocjonalną bliskość, obopólną fascynację własną twórczością i szacunek względem siebie. Słowo „przyjaźń”, „przyjaciel” powraca na tych kartkach stosunkowo często. Wszelako po lekturze tych pocztówek nadal nie będziemy wiedzieli, jakie kształty znajomość ta przybierała poza formułami werbalnymi: czy tekstowe zapowiedzi kiedykolwiek jakoś się materializowały, np. w rozmowach i dyskusjach („będziemy gadali, gadali i gadali”), spotkaniach przy kawie i papierosie w towarzystwie Katarzyny Herbertowej (która pytała: „Czy będziesz chciał, kiedy się zobaczymy, pójść ze mną na kawę?”), długich spacerach („będziemy wiedli stoicko-emerytalną egzystencję. Można na przykład chodzić po rodzimych polach wraz z kluczem do oznaczania roślin dziko rosnących”)?

Stryjkowski – prozaik, pisarz o pokolenie starszy, z zupełnie inną historią życiową i odmiennym stosunkiem do historii niż Herbert – poeta i eseista. Co ich zbliżało? Na pewno „ta sama prowincja”, jak ujął to autor Martwej natury z wędzidłem, czyli mała ojczyzna dzieciństwa i młodości: Lwów i okolice. A jak można mniemać na podstawie tej korespondencji, w znacznej mierze także – literatura, stosunek do bieżącej polityki (w tym tej prowadzonej w łonie Związku Literatów Polskich) i do „kwestii żydowskiej” oraz – co trochę zaskakuje – do przyrody.

1. Poezja pamięci – wątek literacki
Andrzej Biernacki, charakteryzując sposób bycia Herberta, zwracał m.in. uwagę na jego dedykacje, które „starannie były obmyślone wedle wieku i urzędu adresata, dosyć często odrobinę autoironiczne”4. We wrześniu 1961 roku w trzecim tomie wierszy, dobrze już znany i ceniony poeta, wpisał taką dedykację: „Drogiemu Panu Julianowi Stryjkowskiemu memu ulubionemu prozaikowi który może zechce przeczytać te liryczne jąkania”5. To pierwszy zachowany na piśmie ślad tej znajomości, choć zapewne panowie poznali się już wcześniej, być może w redakcji „Twórczości”, w której to Stryjkowski rozpoczął pracę w grudniu 1954 roku, i w której sześć miesięcy później autor Struny światła po raz pierwszy zamieścił swoje wiersze. I choć recenzje i utwory liryczne Herberta trafiały pierw na biurko Ziemowita Fedeckiego, Jana Śpiewaka i naczelnego, to może i świeżo upieczony „kierownik prozy” miewał do nich wgląd? Na początku lat 1960. nasi „przyszli przyjaciele” pozostawali jeszcze – jak widać – w relacjach dość formalnych, ale wpis Herberta charakteryzował się już specyficznym, zmniejszającym dystans, „autoironicznym” poczuciem humoru. Stryjkowski był wówczas autorem dwóch powieści, tomu opowiadań i zbioru esejów. Niemal na pewno to jednak Głosy w ciemności, powieść o „stryjskich Żydach” z 1956 roku, zadecydowała o tak wysokiej w oczach młodszego kolegi ocenie literackich dokonań kierownika działu prozy miesięcznika „Twórczość”.

„Poecie w materii pamięci” – takim z kolei, z pewnością „starannie obmyślonym”, wpisem opatrzył Herbert podarowany Stryjkowskiemu w 1974 roku tom Pan Cogito. Z biegiem lat „ulubiony prozaik” przeistoczył się w „poetę” i tak autor Snu Azrila bywał już przez autora Barbarzyńcy w ogrodzie w dedykacjach tytułowany: w tomach Elegia na odejście (w czerwcu 1990 roku), Rovigo (we wrześniu 1993 roku), również na kartce pocztowej z lat 1980. Być może i w tym określeniu tkwiła doza filuterii. Niemniej, „poeta w materii pamięci” to precyzyjna formuła świadcząca o głębokiej czytelniczej intuicji: pamięć i poetyckość są to – jak widać z perspektywy lat – dwie dystynktywne cechy narracyjnej prozy powieściowej Juliana Stryjkowskiego. Pierwszą z nich wydobył i nieco szerzej opisał Jan Błoński, zauważając, że u autora Głosów w ciemności „sprawność pisarskiej pamięci sięga granic halucynacji. Zwłaszcza słuchowej” i że obdarzony on został „pamięcią doskonałą, jak doskonały bywa słuch”6. Niemal trzydzieści lat wcześniej Iwaszkiewicz z nieukrywanym podziwem pisał w liście po lekturze maszynopisu Głosów: „Ile ty masz lat, żeby tak wszystko pamiętać?”7. Zresztą, na rolę pamięci w swoim procesie twórczym wielokrotnie zwracał uwagę sam Stryjkowski. Poetyckość tej prozy zaś – w odróżnieniu od np. poetyckiego modelu prozy Brunona Schulza, szermującego pleonazmem i leksykalną hipertrofią – można by zaś spróbować wytłumaczyć na dwa sposoby: 1) jako przyprószanie realizmu powieściowego „mistycznym pyłem”, unoszenie przedstawianego świata nieznacznie nad ziemię, tj. sprawianie, że historyczność i wiarygodność opisywanych zdarzeń zaczynają niepostrzeżenie nabierać cech paraboli dzięki przenikającej tę rzeczywistość metafizycznej problematyce, licznym motywom religijnym oraz intertekstom – oraz 2) jako modulowanie składni partii narracyjnych, bardzo często poprzez paralelizmy, wprowadzające rytm przypominający momentami syntaksę psalmiczną, a momentami niemal rytm i prozodię wierszową, czasem typu różewiczowskiego, czasem kasprowiczowskiego. Do tego, jak napisał Herbert w ostatnim liście, dochodzi jeszcze m.in. „tonacja świetnych dialogów” (podkreślenie moje – IP). Polszczyzna wykreowanych przez Stryjkowskiego postaci to bowiem, jak już przekonująco pokazano8, mowa specyficzna – podszyta melodyką i idiomatyką języka jidysz.

2. Pan Cogito szuka rady – wątek żydowski
Autor Austerii wiele godzin spędzał, komunikując się z przyjaciółmi przez telefon. Swego czasu prowadził długie poranne debaty telefoniczne z Pawłem Hertzem, często i regularnie kontaktował się też z braćmi Brandysami. Młodszy, Kazimierz, zanotował taką „anegdotę paryską” w 1970 roku: „dziś rano zadzwonił telefon, kiedy się goliłem w łazience, więc mówię do Marysi: gdyby to było w Warszawie, to na pewno Julek S. by dzwonił (on zawsze telefonuje, jak jestem namydlony). Pędzę z białymi wąsami do kabiny i oczywiście dzwoni Julek: przejazdem w Paryżu, wraca do Warszawy”9.

Czasem, jak wynika z diariusza Stryjkowskiego, dzwonił doń też „Zbyszek”. W dzienniku pod datą 1 października 1972 roku autor Imienia własnego zanotował wrażenia z wieczoru u Stanisława Trębaczkiewicza, poświęconego pamięci Jerzego Zawieyskiego: „Zbyszek Herbert deklamował swoje wiersze. Pięknie czyta i wiersze są piękne. Śliczny jest wiersz o rabinie Nachmanie z Bracławia. Pamiętam go, czytał mi przez telefon, kiedy go napisał”. Utwór o cadyku bardzo się Stryjkowskiemu spodobał, choć sam do chasydyzmu miał stosunek ambiwalentny – w Austerii (1966) zgryźliwie-ironiczny, w „Na wierzbach nasze skrzypce” (1974) krytyczno-nostalgiczny, w Śnie Azrila (1975) i w Sarnie (1992) coraz cieplejszy. Zapewne więc to nie rewaluacja chasydyzmu zadecydowała o wysokiej ocenie wiersza. Autora Głosów w ciemności, być może, urzekła – tak mu przecież bliska – aura pamięci i idea wyobraźniowego powrotu do nieistniejącego już świata żydowskiej tradycji i mądrości. Inny wiersz skomplementowany przez Stryjkowskiego, Elegia na odejście pióra atramentu lampy, też zawierał motyw żydowski: pióro kupowane dla chłopca jest wszak w żydowskim sklepiku, ale utwór dotykał przede wszystkim uniwersalnego problemu przemijania, zapominania, odchodzenia rzeczy i zdrady minionego świata – doświadczenia, będącego także jednym z wymiarów Głosów w ciemności. Wiersz wzruszył Stryjkowskiego do łez i był to – jak napisał po lekturze – „żydowski płacz”.

Stryjkowski odwiedzał Izrael trzykrotnie, miał tam rodzinę, znajomych, kontakty. W 1984 roku oddał Herbertowi przesyłkę, która nadeszła z Jerozolimy – przetłumaczony na hebrajski przez Dawida Weinfelda zbiór Mar Cogito weszirim acherim (Pan Cogito i inne wiersze). Herbert napisał wówczas do swojego tłumacza: „mój przyjaciel Julian Stryjkowski przekazał mi tom moich wierszy przełożonych przez Pana i łaskawie mi ofiarowanych. Natomiast w żaden sposób nie mogłem uprosić go o zdobycie Pana adresu. Julian od lat zajmuje się Biblią i zapewne uważa, że takie rzeczy jak adres niegodne są wysiłku badacza spraw boskich”10. Siedem lat później – również dzięki translatorskiej pracy Weinfelda – Herbert otrzymał (literacką) Nagrodę Jerozolimy i spędził w tym mieście ponad miesiąc. Odświeżył wówczas znajomość z wybitnym hebrajskim poetą Jehudą Amichajem, któremu następnie poświęcił wiersz w tomie Rovigo. W listach do Weinfelda Herbert pisał o swoim bliskim stosunku do Izraela, który jest częścią jego „duchowej Ojczyzny” i do hebrajskiego – „świętego języka kultury”.

Stryjkowski – który w latach 90. mawiał o sobie, że jest Izraelocentryczny – od końca lat 60. w zasadzie do śmierci doświadczał różnorakich form antysemickiego nękania: budziły go uporczywe poranne głuche telefony, otrzymywał obelżywe listy i jednoznaczne zachęty do opuszczenia Polski, inkrustowane groźbami pobicia. Życie uprzykrzano mu, jak i wielu innym, na różne mniej lub bardziej podłe sposoby. Oto np. sekwencja zdarzeń – zrekonstruowana z kart jego dziennika – mających miejsce na początku lat 70. 20 lutego 1971 roku pisarz zanotował: „Szofer wozu «Kultury» trąbi na mnie, ilekroć mnie widzi przechodzącego. Jest to oczywiście akt antysemityzmu albo przynajmniej chamstwa. A raczej jedno i drugie. Jestem wobec tego bezsilny. Wiem, że nie powinienem sobie z tego nic robić. Ale nie potrafię. Jeszcze kiedy piszę te słowa, trzęsie mnie. Jest to moja bezsilność wobec chamstwa”. 6 czerwca 1971 roku: „Szofer wciąż na mnie trąbi, gdy mnie widzi na Wiejskiej. Sama twarz prosi się o cegłę. Pokrzykuje za mną… «Aj waj gewałt». Taka jest ta moja ojczyzna. Poczucie ojczyzny bardzo się zmienia, zależy od takich drobnych, zdawałoby się, nic nieznaczących faktów”. 13 grudnia 1971 roku: „Znowu szofer Wilhelmiego. […] Poza tym boję się go. Może mnie «nadwerężyć fizycznie», jak zagroził mi, kiedy go spytałem, czemu się do mnie przyczepił. To jest wprost nieszczęście”. 10 października 1972 roku: „Znowu szofer na mnie trąbił. Nie wiem, co mam zrobić”.

Formułę Herberta z listu, że jest trochę Staro-, a trochę Nowotestamentalny, i wyznania podmiotu lirycznego jego wierszy, np. w utworze Homilia, że chciałby „z Żydami odmieńcami” zwinąć „życia cały kram”, autor Imienia własnego zapewne przyjmował z sympatią i wdzięcznością. Tak zareagował np. w rozmowie w Oborach z Mironem Białoszewskim po lekturze jego opowiadania Kirkut: „Pan lubi Żydów, od razu nabrałem do pana serca”11.

3. Monotonia dzikości – wątek przyrodniczy i polityczny
Autor trylogii biblijnej bywał nie tylko badaczem „spraw boskich”, ale również przyziemnych. Jak ujął to Marek Nowakowski, Stryjkowski był „Żydem «polno-leśnym», [który] znał się na roślinach, ptaszkach”, „spacery z nim po podwarszawskich łąkach i lasach stawały się lekcjami przyrody”12. Była to opinia dość powszechna w środowisku literatów. Kazimierz Brandys zapisał np.: „W czasie naszych spacerów w Kazimierzu umiał wymienić wiejską nazwę każdej roślinki przydrożnej. – Popatrz no, to jest dzięcielina. A na to mówią «krwawnik»”13. Podobnie wspominała Julia Hartwig: „Były strony w Julku zupełnie niespodziewane. Gdy wyszliśmy kiedyś w Oborach razem na spacer, okazało się, że potrafi nazwać niemal wszystkie kwiaty spotkane na łąkach, co dosyć jest u mężczyzn niezwykłe. Okazało się, że wprowadziła go w ten roślinny świat jego starsza siostra, o której wyrażał się bardzo czule”14.

W powieściach Stryjkowskiego zwierzęta pojawiają się stosunkowo rzadko (choć czasem odgrywają w nich istotną rolę, jak np. koguty w Echu). Za to w dzienniku obserwacja przyrody zajmuje zdecydowanie więcej miejsca. Opisy kwiatów, drzew i ptaków to często nie tylko efekt beznamiętnej i katalogizującej obserwacji, ale i – jak to niekiedy bywa – reprezentacja stanów uczuciowych diarysty: „Tuż nad rzeką stoi samotna płacząca wierzba, ona już jest żółta. Pierwszy znak wiosny. Jeszcze wcześniej niebo zaroiło się stadami dużych ptaków” (zapis z 7 marca 1970 roku). Po miesiącu nastrój exula wyraźnie się pogorszył: „Nad rzeką dziwne to drzewo – wierzba nie-wierzba płacząca zrobiła się jeszcze bardziej żółta. Jak człowiek, który się czerwieni, gdy ma obstrukcję i nie może się wysrać. Tak ta wierzba nie może się wreszcie zazielenić. Smutek, smutek, smutek. Ja się tu czuję, jakbym umarł i znalazł się na tamtym świecie. Takie mi to wszystko obce” (zapis z 12 kwietnia 1970 roku).

Herbert też interesował się nazwami ziół, na jakimś karteluszku wynotował np.: arcydzięgiel, werbena, kozieradka, ruta, hyzop, złocień, wilczomlecz15. W liście z sierpnia 1983 roku pisał do Stryjkowskiego z Olecka o tym, że namnożyło się dzikiego ziela ponad miarę i o monotonii tej dzikości, która „jest doprawdy zastanawiająca” – a wszystko to w kontekście rozwiązania Związku Literatów Polskich.

W lipcu 1985 roku Zbigniew Herbert udzielił Jackowi Trznadlowi wywiadu, który pod tytułem Wypluć z siebie wszystko16 wszedł do tomu rozliczeniowych rozmów z polskimi pisarzami Hańba domowa. W książce tej, dodajmy, znalazła się też wypowiedź Stryjkowskiego pt. Olbrzymia czarna przestrzeń. Dialog Herberta z Trznadlem odbił się szerokim echem, nie tylko wśród literatów. Poeta bez pardonu zaatakował kolegów pisarzy, którzy niegdyś zaangażowali się w komunizm, czerpiąc ze swojego wyboru różnorakie korzyści, a następnie stali się filarami opozycji, m.in. Tadeusza Konwickiego, Kazimierza Brandysa, Jerzego Andrzejewskiego. I choć Stryjkowski – jak i np. Wiktor Woroszylski – nie został przez autora Pana Cogito wymieniony z nazwiska, to mógłby z łatwością odnaleźć się w grupie „starych koni” i tych obywateli Polski prawobrzeżnej, którzy sowieckie praktyki poznali już „w tydzień od wkroczenia armii-wyzwolicielki do Lwowa” czy Wilna i w związku z tym powinni byli doskonale rozumieć, co oznaczało „wyzwolenie” w maju 1945 roku.

I Stryjkowski, i Herbert byli w swych wyborach politycznych zdecydowani, zapalczywi, ostrzy w sądach i wymagający od przyjaciół, jednak polityka i historia ich ostatecznie nie poróżniła – jak np. Stryjkowskiego z Nowakowskim czy Herberta z Miłoszem. A „botanika” potrafiła nawet łączyć… „Otwieram las Twoimi kluczami, które byłeś mi łaskaw w takiej obfitości przysłać” – pisał Herbert z Olecka, w momencie, kiedy przy stoliku w „Czytelniku” trwały zapewne debaty o powinnościach artysty i niepotrzebnym zacietrzewieniu.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.