05/2020

Erin Halleda

Zagraj dla mnie

[…]
Od ponad dwóch lat mieszkali razem, dwie rodziny wciśnięte w trzypokojowe mieszkanie. Dziadek Abram powtarzał, że i tak mieli szczęście. Kamienica była ich własnością, mogli więc wybrać sobie mieszkanie, mogli kazać rodzinie, która mieszkała tutaj wcześniej, przeprowadzić się na strych. Dziadek powtarzał, że mają szczęście, bo wszyscy najstarsi członkowie rodziny natychmiast znaleźli pracę. Szycie porządnych, eleganckich ubrań było ich rodzinną profesją już trzecie pokolenie. Przed wojną „Abram Rosenberg i Synowie” wyhaftowane było srebrnymi literami na naszywkach ich eleganckich płaszczy, garniturów, kamizelek i koszul, które sprzedawane były nawet w Wiedniu i Berlinie. Znali się na krojach, materiałach, maszynach. Teraz musieli kroić mundury i doglądać pracy szwaczy, za minimalną pensję, a nazwisko na naszywkach brzmiało Josef Neckermann. Ale i tak mieli szczęście, powtarzał dziadek, choć te słowa stawały się coraz smutniejsze i słabsze, mieli szczęście, bo nadal mogli kupić coś do jedzenia.

– Zosiu, zagraj coś dla nas – poprosił Abram, gdy skończyli lekcję – ale nie graj żadnych Niemców. Nienawidzę ich i nie chcę słyszeć ich muzyki. Są zbrukani jak wszystko w niemieckiej kulturze. Zagraj jakiegoś mazurka albo krakowiaka. Albo coś naszego, żydowskiego, coś wesołego.

Kiedy dziadek po raz pierwszy powiedział te słowa dwa lata temu, wszyscy w rodzinie zdziwili się. Przecież sam był Niemcem, urodzonym i wychowanym we Wrocławiu, który przywędrował do Łodzi ponad czterdzieści lat temu. Do wybuchu wojny mówił na co dzień po niemiecku. Ale porzucił ten język i zaczął mówić tylko po polsku.

Dziadek podał Zosi skrzypce, zawsze leżące w pięknym futerale na szafie. Dziewczynka zaczęła grać. W chwilę potem dołączyła do niej na flecie Malwina oraz jej brat na akordeonie. Wesoła muzyka wypełniła mały pokój. Abram otworzył drzwi i dźwięki popłynęły do niewielkiego salonu, kuchni i dalej na korytarz. Grali, głośno i odważnie, śpiewali i klaskali, jakby nic więcej nie istniało na świecie oprócz muzyki. I przegapili moment, gdy na ulicy zaczął się zgiełk.

– Już są tu, pod numerem dziesięć! – krzyknął Benjamin, ojciec Zosi, który wpadł do mieszkania wraz z żoną Heleną i bratem Leopoldem.

Wesoła melodia rozpadła się w powietrzu i ucichła, a jej miejsce zajęły krzyki, płacze, donośne szczekanie psów i gardłowe rozkazy esesmanów. Wszyscy podbiegli do okna i zamarli z przerażenia.

Szereg ciężarówek i wozów zaprzężonych w konie. Kordon żołnierzy w czarnych mundurach z karabinami maszynowymi. Gdzieś na końcu ulicy pojazdy osobowe, przy których stali dowodzący akcją funkcjonariusze. Była też żydowska służba porządkowa, grupa mężczyzn ubranych w cywilne rzeczy, w której każdy miał na ramieniu białą opaskę z błękitną gwiazdą Dawida, na głowie czapkę funkcjonariusza, a w dłoni pałkę. Na tym tle białe fartuchy kilku sanitariuszy wyglądały wręcz przyjaźnie. Esesmani weszli do najbliższego budynku, żydowscy policjanci ustawili się na ulicy tak, że zamknęli drogę. Wszystkich mieszkańców domu wypędzono na ulicę. Grupa liczyła około siedemdziesięciu osób, mężczyzn, kobiet, starców, nastolatków i dzieci. Najmłodsze z nich, zaledwie roczny chłopczyk, siedział na ręku matki. Mieszkańcom domu kazano ustawić się w rzędzie i pokazać książeczki pracownicze. Wszyscy stali, śmiertelnie poważni, a esesmański oficer szedł powoli wzdłuż szeregu, patrzył na pracownicze książeczki, przyglądał się każdemu i oceniał jego użyteczność dla Rzeszy. Obok niego szło dwóch cywilów i wyszukiwało na listach osób przeznaczonych do ewakuacji odpowiednie nazwiska. Nie musieli długo szukać. Wystarczyło spojrzeć na grupę, aby natychmiast znaleźć w niej starców i dzieci, wystarczyło spojrzeć na blade, zmęczone twarze, aby zobaczyć na nich fizyczne osłabienie, a nawet chorobę. Właśnie tych wyciągnięto z szeregu, zbyt starych i chorych do pracy, oraz dzieci poniżej dziesiątego roku życia, dzieci, których ciała i dłonie były za słabe, za mało sprawne do ciężkiej, całodniowej pracy przy szwalniczych maszynach, przy fabrycznych taśmach. Jedna z pielęgniarek chwyciła najmłodsze dziecko, próbowała wyrwać je z ramion matki. Na ulicy rozległ się rozpaczliwy krzyk, protest, błaganie. Do histerycznie krzyczącej kobiety dołączył jej mąż. Krzyczał coś do cywilów, rzucił się przed nimi na kolana. Niemiecki oficer wyciągnął pistolet, wycelował w głowę mężczyzny i strzelił. Wrzask przerażenia uciszyły rozkazy esesmanów i wrogie, pełne zajadłości ujadanie psów.

– Odejdźcie od okna! – rozkazał dziadek Abram, chwycił Zosię za ramię i szarpnął w głąb pokoju.

Padły jeszcze dwa strzały, a ryki żołnierzy stały się kanonadą nienawiści.

– O boże, co my teraz zrobimy. Musimy je gdzieś ukryć. Ja ich nie oddam! – Helena przypadła do bliźniaków, przygarnęła ich, wyciągnęła dłoń do Zosi, którą dziewczynka natychmiast chwyciła.

– To nam się nie uda. Obaj chłopcy są na liście – odparł Benjamin głosem ciężkim od rozpaczy.

– Moje dzieci mogą zostać, bo są starsze i pracują. Zosia ma dwanaście lat, więc jej też pozwolą zostać, ale będzie musiała iść do jakiegoś zakładu. Możemy poszukać jej miejsca w resorcie bieliźnianym albo tytoniowym, albo może grać na skrzypcach w domu kultury i zarobić dodatkowe pieniądze. Tak jak moje grają – zaproponował Leopold, kładąc bratu dłoń na ramieniu. Płacz Heleny wzmógł się, stał się żałosnym wyciem, przerywanym mamrotaniem, że nie odda dzieci, że to barbarzyństwo, że Bóg powinien ich pokarać za to, co robią.

– Ja z nimi pójdę – odparł Abram – nie pozwolę tym kanaliom zabrać moje wnuki, gdzie się im podoba. Ewakuacja! Co to ma znaczyć? I dokąd?

– Ja też pójdę, dziadku – zaproponowała Zosia i stanęła obok Abrama.

Wybuchła zażarta dyskusja, płomienne słowa padały z ust dorosłych, lecz żadne z nich nie miało szans zmienić cokolwiek w tej ciężkiej atmosferze bezsilności wobec miażdżącej władzy nazistów. Mieli tylko dwie opcje: protestować i natychmiast zginąć lub poddać się rozkazowi i zachować choć nikłą szansę na przeżycie. Wybrali to drugie.

Abram i Helena spakowali trochę najpotrzebniejszych rzeczy do walizek, ciepłą odzież na zimę, bieliznę, dokumenty. Mimo że był dopiero dziesiąty września i dni były jeszcze ciepłe, wszyscy nałożyli na siebie kilka warstw ubrań, podkoszulki, koszule, rajstopy, swetry, grube skarpety. Zosia wypchała swój plecak tym, co kazała jej zabrać mama. Czuła się zbyt dorosła, aby zabierać ze sobą lalkę, ale nie potrafiła się powstrzymać przed zabraniem ze sobą kilku zeszytów z nutami, które wcisnęła do plecaka. Porządnie spakowane w futerale skrzypce przycisnęła do siebie i usiadła na krześle.

Nikt się nie odzywał. Przez zamknięte okna napływały do wnętrza mieszkania wrzaski i płacze, strzały pistoletów, szczekanie psów. Selekcja szła powoli, bo każdy mieszkaniec musiał być sprawdzony, każdy dom dokładnie przeszukany, od piwnic po strych. Helena nałożyła bliźniakom drewniane krążki z nazwiskiem i datą urodzenia, które zrobili kilka dni temu. Taki był rozkaz. Te informacje rodzice uzupełnili o adres i ich własne nazwiska. Zosia, aby dodać braciom otuchy, zrobiła sobie taki sam krążek, teraz powiesiła go sobie na szyi i pokazała braciom, że jedzie razem z nimi. Ucieszyło ich to bardzo. Matka przypadła do nich, zaciskała ich dziecięce dłonie na krążkach z nazwiskiem i powtarzała to, co było na nich napisane.

– Pamiętajcie wasze nazwiska, pamiętajcie, kim są wasi rodzice – prosiła ze łzami w oczach.

Godzinę później drzwi do ich domu otwarły się z hukiem, a w korytarzu huknęły ostre rozkazy esesmanów.

Niemcy weszli do domu i kazali wszystkim wyjść na ulicę. W mieszkaniu Rosenbergów oficera SS przywitał Abram, mówiąc do niego płynną niemczyzną. Niemiec uśmiechnął się lekko, słysząc swój ojczysty język, przywitał się, omiótł wzrokiem przygotowanego do podróży starca, stojącą obok kobietę oraz trójkę dzieci. Najwyraźniej spodobała mu się ta subordynacja, bo skinął tylko głową na drzwi, nie wrzeszczał, nie sarkał. Cała rodzina wyszła i ustawiła się na samym końcu szeregu mieszkańców kamienicy. Zaledwie krok od nich stało kilku żydowskich policjantów.

– A gdzie jest Rumkowski? Nie ma odwagi patrzeć na to, jak odcina się gałęzie od pnia, który tak bardzo chce uratować? Listy nazwisk łatwo wam było sporządzić – syknął Abram w stronę mężczyzn.

– Milcz! Nie wiesz, co tu się dzieje, głupcze – odparł jeden z nich, zrobił krok i pochylił się w stronę Abrama. – Wszystkie szpitale zostały opróżnione. Ten dziecięcy też. Oni wyrzucali dzieci przez okna, te najbardziej chore i słabe, te najmniejsze, noworodki. Widziałem, jak jedna z dziewczynek próbowała uciec, miała może cztery lata, a Niemiec strzelił do niej jak do psa i roześmiał się po tym. Myślisz, że tylko ty kogoś tracisz? To rzeź!

– Oni naprawdę chcą zrobić z getta obóz pracy? Chcą nas zaharować na śmierć? – Abram nie ukrywał odrazy w głosie, ale popatrzył policjantowi prosto w oczy, kiedy zapytał: – Gdzie oni nas zabierają?

Policjant cofnął się i nie odpowiedział.

Z domu naprzeciwko wyprowadzono mieszkańców. Zosia zobaczyła wśród nich swoją koleżankę Rachelę, trzymającą za rączkę trzyletnią siostrę. Nie miała na szyi drewnianego krążka z nazwiskiem i datą urodzenia i nie była na liście do ewakuacji. Jednak gdy niemiecki żołnierz chciał jej zabrać siostrę, objęła ją mocnym uściskiem i zaczęła krzyczeć w proteście. Dołączyła do niej matka, a potem ojciec. Wszyscy krzyczeli i płakali. Niemiec dał znak ręką stojącemu nieopodal żołnierzowi z karabinem maszynowym. Rozległa się jedna długa seria strzałów, rodzina ucichła, a z ich martwych ciał popłynęły czerwone strumienie krwi. Zosia wybuchła płaczem, chciała pobiec do Racheli, ale mocna dłoń dziadka zasłoniła jej usta i zatrzymała w miejscu. Nikt się więcej nie sprzeciwiał. Nikt więcej nie ociągał się z okazaniem książeczki pracy lub drewnianego krążka z wiekiem dziecka.

– Zosiu, pamiętaj, wróć do nas, do Łodzi. Trzymaj ten krążek, tu jest nasz adres, moje nazwisko. Pamiętaj. Będziemy na was czekali – błagał ojciec przy ostatnim uścisku, ostatnich pocałunkach.

Zosia obiecała, pociągając przy tym płaczliwie nosem, że na pewno to zrobi, że wróci, że będzie uważała na bliźniaków.

Wpakowano ich na samochód wraz z innymi matkami, dziećmi, staruszkami. Było tłoczno, a strach i gorycz biły z każdej pary oczu. Kiedy samochód ruszył, Zosia starała się jak najdłużej patrzeć na tłum na ulicy. Widziała, jak wujek i kuzyni trzymają ojca, który wyrywał się, chciał biec za ciężarówką, krzyczał coś niezrozumiałego. Jednak gdy pojazd skręcił na skrzyżowaniu, ulica, przy której mieszkali, zniknęła jej z oczu.

Przez całą drogę nikt się nie odzywał. Nawet gdy pojazd zatrzymał się na dużym placu i kazano im wysiadać.

Plac był już pełny. Przywiezieni z całego getta ludzie siedzieli na tobołkach, które pozwolono im ze sobą zabrać. Wysoki płot i druty kolczaste zamykały teren. Co kilka kroków stał żołnierz z karabinem na ramieniu, a przy bramie wjazdowej także z wilczurami. Tylko jeden budynek, podłużny, drewniany, przypominający raczej dużą szopę, stał na placu. „Radegast”, mówił szyld wiszący na ścianie. Kilka schodków wiodło na nadbudówkę, na której stał budynek, która tworzyła jednocześnie rampę dla stojącego na torach pociągu. Długi niczym opasły wąż był szereg bydlęcych wagonów, pomalowanych na brunatnoczerwony kolor, przypominający zaschniętą krew. Chyba nikt z nich nie wierzył, że to właśnie te wagony zostaną użyte do ewakuacji, dopóki, kilka godzin później, nie otwarto drzwi. Zgrzyt metalu przeszył powietrze, zgrzyt i kolejne salwy gardłowych wrzasków, popędzających, zastraszających.

Jedną ręką Zosia przyciskała do siebie futerał ze skrzypcami, drugą mocno zaciskała na małej dłoni Jakuba. Czuła na ramieniu dłoń dziadka, a za sobą słyszała, jak mama stara się uspokoić marudzenie Szymona. Grupa, w której się znaleźli, została skierowana do jednego z wagonów. Słychać było szepty pełne strachu, tłumione szlochanie, kwilenie małych dzieci. Trudno było ocenić, ilu ludzi wepchnięto do wagonu wraz z rodziną Zosi. Metaliczny zgrzyt przesuwanych drzwi poprzedził głośny trzask, a potem pisk zasuwy i szczęk zamykanej kłódki. Zanim pociąg ruszył kilka godzin później, ciasnota i duchota stały się męczące tak bardzo, że kilka starszych osób zemdlało, dzieci zaczęły coraz głośniej marudzić, prosić o wodę, płakać. Przeciągły gwizd lokomotywy i nagłe szarpnięcie wagonem przerwały na moment napięte oczekiwanie. Pociąg ruszył.

Turkot kół, lekkie kołysanie pociągu miały w sobie coś sennego, coś uspokajającego. Wkrótce zapadł zmierzch, mrok w wagonie zgęstniał, połknął w sobie i świat, i światło. Ludzkie sylwetki zniknęły, a ich miejsce zajęły jęczące, pochlipujące, skarżące się kształty.

Kołysanie. Turkot kół. Kołysanie. Turkot kół. Kołysanie. Cichy płacz. Kwilenie dzieci. Ludzie usiedli na podłodze, tak jak tylko mogli, w ciasnocie, jeden przy drugim. Pić mi się chce, ktoś ciągle prosił wody, to jeden, to drugi, ale wody nie było. Zosi zachciało się siku, powiedziała o tym wstydliwie matce. Podano im wiadro na dochody. Było już do połowy pełne i cuchnęło obrzydliwie. Mocz i kał obcych ludzi. Nieznośny fetor, wywołał u niej odruch wymiotny, ale jej żołądek był zupełnie pusty. Nie chciała załatwiać się do tego wiadra, ale gdyby tego nie zrobiła, zesikałaby się tam, gdzie siedziała. Zatkała nos palcami i załatwiła potrzebę. Pomogła matce przy bliźniakach. Jeszcze mama i dziadek załatwili swoją potrzebę, po czym podali wiadro dalej.

Smród odchodów nie zniknął, nawet gdy ktoś przykrył czymś wiadro. W wagonie było tylko jedno małe okno, przez które wpływało chłodne powietrze nocy, tylko jedno małe okno, za którym przemykały miasta i wioski, w oddali. Kołysanie. Turkot kół. Kołysanie. Turkot kół. Kołysanie. Turkot kół. Przez całą noc, cały poranek. I ciemność pełna żałosnych westchnień, szeptów, łkania, dziecięcego marudzenia, duszności i tłoku. Kołysanie. Turkot kół. Turkot kół. Turkot kół. Niekończące się godziny kołysania i turkotu kół, w podróży, której celu nikt nie znał.

Nagle pociąg zaczął hamować z metalicznym piskiem i stanął. Gdzie my jesteśmy, zaczęto pytać. Ktoś podsadził jakąś młodą dziewczynę do okna i kazał jej powiedzieć, co widzi. Kiedy wreszcie postawiono ją z powrotem podłodze, rozpłakała się, a przez łzy wykrzyczała, że w tym miejscu umrą. Jakiś mężczyzna ryknął na nią wściekle, spoliczkował ją, wrzeszcząc, że nie wie, co mówi, że histeryzuje. Rozdzielono ich, uciszono dziewczynę. Ktoś inny wyjrzał przez okno. Powiedział, że widzi tylko tory kolejowe, za nimi płot z drutu kolczastego, a jeszcze dalej jakieś budynki. Niepokój wzrósł. Nerwowe szepty, panika w oczach, wyczerpanie nieznośnymi warunkami podróży, otumanione zmysły, zgaszenie i zmęczenie. Drzwi otworzyły się raptownie. Raus! Alle Raus! – ryczeli esesmani. Psy ujadały. Na betonowej platformie oprócz umundurowanych żołnierzy czekała grupa mężczyzn ubranych w pasiaste kubraki. Natychmiast rzucali się w oczy. Wyglądali jak więźniowie, twarze mieli poszarzałe, oczy zasnute czymś w rodzaju zobojętnienia lub dobrze ukrywanego smutku. Stali w grupie i dopiero, gdy jakiś oficer krzykiem popędził ich do pracy, rozeszli się wzdłuż pociągu, zaczęli pomagać wychodzącym z wagonów ludziom, zabierali im walizki i tobołki, mówili, żeby wszyscy robili to, co im się każe. Jako pierwszy wyszedł z pociągu dziadek Abram, zdjął z wagonu Zosię i bliźnięta, pomógł Helenie i dźwignął ich największą walizkę. Bliźniacy marudzili. Byli głodni, spragnieni, niewyspani. Jeden z nich przewrócił się, popchnięty przez ludzi wysiadających z wagonu, rozpłakał się, a w chwilę potem jego brat też wydął płaczliwie usta i zaczął pochlipywać. Helena podniosła Jakuba, a Zosia przygarnęła Szymona, powiedziała, że wszystko będzie dobrze, że dotarli już na miejsce i za chwilę będą mogli tu gdzieś odpocząć. Chłopiec przytulił się do niej. Donośny głos niemieckiego żołnierza wybuchł gdzieś nad ich głowami, kazał wstać, zostawić walizki i iść we wskazanym kierunku. Poszli więc, wraz z setkami innych. Tylko Zosia sprzeciwiła się, nie zostawiła ani plecaka, ani futerału ze skrzypcami. Niemiec w oficerskim mundurze, o szczupłej sylwetce i przystojnej twarzy, można by nawet powiedzieć o przyjacielskich rysach twarzy, stał na środku rampy i przyglądał się ludziom. Od czasu do czasu podnosił do góry laskę, którą trzymał w dłoni, wskazywał na kogoś i dawał znać żołnierzom. Ci zabierali wskazanych, izolowali ich od reszty, grupowali. Resztę pasażerów pociągu dzielono na dwa rzędy, osobno kobiety z dziećmi, osobno mężczyźni.

[…]


[Całe opowiadanie można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.