02/2018

Karol Płatek

Zakurzone wersy i lekcja pokory
(o Bibliotece Zapomnianych Poetów)

1. Słodko-gorzka to rzecz – czytać poezję autorek i autorów, których nazwiska zginęły gdzieś w labiryncie XX wieku. Słodka, bo odkrywamy dla siebie nowe języki poetyckie, słyszymy (często po raz pierwszy) fascynujące literackie głosy. A gorzka, bo mamy świadomość, że grzebiemy na strychu historii, na który mało kto zagląda.

Seria wydawnicza Biblioteka Zapomnianych Poetów pod redakcją Piotra Mitznera jest na taki strych przepustką. Od 2012 roku Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” wydaje wybory wierszy poetek i poetów, o których czasem nie pamiętają nawet historycy literatury. Poza samą przyjemnością obcowania z tą literaturą – można się z tych książek ogromnie dużo dowiedzieć na temat minionych dni, można spojrzeć na poprzednią epokę z nowych, nierzadko zaskakujących perspektyw, można wejść w sam środek namiętnych dyskusji, które rozpalały środowiska twórcze.

2. Najciekawiej jednak czytać te wybory z nastawieniem detektywistycznym, ciągle zadając sobie jedno i to samo pytanie: dlaczego o nich zapomnieliśmy? Jak do tego doszło, że artyści często prawdziwie zachwycający nie zostali w naszej zbiorowej pamięci na dłużej? Weźmy Juliana Wołoszynowskiego, bohatera ostatniego jak dotychczas tomu. Ten fascynujący poeta i prozaik, za życia uznawany za pisarza bardzo tradycyjnego, za do bólu konwencjonalnego kontynuatora linii nakreślonej przez skamandrytów, po latach okazuje się bez mała rewelacją. W swojej twórczości łączył prawie że radosny ton z głęboką świadomością czających się za rogiem egzystencjalnych zagrożeń. Czasem pisywał utwory niby to fraszkowate, innym razem komponował istne poematy – czuł się świetnie na każdym dystansie, dobry w sprincie, zachwycający w maratonie. No więc – czemu przepadł? Piotr Matywiecki sugeruje w posłowiu (swoją drogą Matywiecki jawi się jako prawdziwy strażnik pamięci zapomnianych poetów – z dwunastu tomów serii przygotował aż trzy), że może po prostu Wołoszynowskiego nikt w porę dostatecznie uważnie nie przeczytał. Jego współcześni widzieli samą powierzchnię: sentymentalizm prozy, pseudoklasyczność poezji. Dalej nie wchodzili, nie mogli więc dostrzec istoty.

Podobną diagnozę można chyba postawić w odniesieniu do Olgi Daukszty. Znaczna część jej twórczości to teksty niezwykle lekkie, wręcz piosenkowe, ale poetka pisała też i w inny sposób. W tomie Błękitne inicjały z 1933 roku zdecydowała się posłużyć dziwną, egzotyczną nawet formą, która łączyła prozę poetycką (bardzo zresztą zrytmizowaną) ze „standardowo” zapisywanymi puentami. A oprócz tego – to autorka niezwykle wręcz współczesna, jeśli idzie o światopoglądowy miąższ wypełniający jej poezję. Śmiała erotyka, feministyczna walka z dyktatem utartych kulturowych podziałów płciowych, problematyka inności – jakie to wszystko świeże, jakie dzisiejsze.

3. Różnie to bywa z tym zapominaniem. Decyduje o tym splot wielu okoliczności. Czasem są to – mam wrażenie – czynniki zupełnie nieartystyczne. Czy skomplikowana biografia Arnolda Słuckiego, na której bez litości odcisnął swoje piętno XX wiek, jest powodem zapomnienia jego twórczości? Bardzo możliwe. Przypomnijmy: Słucki był jednym ze studentów filozofii na UW, którzy w 1950 roku przyczynili się do wyrzucenia Władysława Tatarkiewicza z uczelni. To jednak dopiero początek. Później, w roku 1956, sam został wyrzucony – tylko że z PZPR, za krytykę obecnego w partii antysemityzmu. Udało mu się jednak wrócić do struktur, by w roku 1966 samemu z nich wystąpić w geście solidarności z Leszkiem Kołakowskim. W 1968 roku musiał opuścić kraj – przez Izrael trafił do Berlina Zachodniego, gdzie zmarł w roku 1972. Czy ta pokręcona (ale też jakoś emblematyczna) historia życia mogła mieć wpływ na to, że zapomnieliśmy o poezji Słuckiego, o jego obsesyjnej wręcz fascynacji przemijaniem, o widocznym w tych wierszach splocie romantyzmu z nowoczesnością? Oczywiście, że mogła. Tak to czasem bywa: poezja ginie pod ciężkim butem dziejów.

Można przepaść i z mniej dramatycznych powodów. Kto pamięta o Bogdanie Ostromęckim? Poeta ten zmarł w 1979 roku, nie przyłożywszy ręki do jakiegokolwiek przesilenia w polskiej literaturze. Autor Twojego głosu na każdej drodze jak mało kto potrafił tworzyć za pomocą oszczędnych środków poetyckie obrazy zapadające w pamięć, jednak jego największą zasługą było nieszablonowe podejście do pisania wierszy religijnych. Potrafił bowiem wznieść się ponad doktrynę; jego teksty – chociaż pisane z perspektywy stricte katolickiej – nie popadały w dewocję, były za to okazją do głębokiej i nieoczywistej refleksji. Kto ze współczesnych, powiedzmy, konserwatywnych poetów umiałby napisać wiersz taki jak Ostatnia wieczerza Ostromęckiego? Myślę, że nie byłoby wielu kandydatów.

No ale wróćmy do pytania – dlaczego ten autor przepadł? Jego artystyczne propozycje chyba nie trafiły na podatny grunt. Ostromęcki pisał w erze, która należała do Nowej Fali. Inne namiętności rozpalały tamten czas, inne wiały wtedy wiatry. Jest i drugi powód, bardziej prozaiczny. Jak pisze w posłowiu Janusz Drzewucki, Ostromęcki egzystował raczej na uboczu życia literackiego, był samotnikiem, nie związał się na stałe z żadnym środowiskiem artystycznym. Może też dlatego pozostał postacią relatywnie nieznaną; w pojedynkę ciężej zostać zauważonym, to jasne.

4. Są straty, które bolą bardziej od pozostałych. Jedną z nich jest Światopełk Karpiński – niezwykle popularny w międzywojniu satyryk i felietonista, a do tego oczywiście poeta. Codziennie bawił czytelników swoimi wierszowanymi kronikami, w których opisywał bieżące gorączki, w swoich humorystycznych utworach z niezwykłym wdziękiem i szwungiem zdawał relacje z literackiego życia II RP (jako przykład można tu chociażby przywołać wiersz Donos, rzecz naprawdę rzadkiej urody, a do tego rzemieślniczo bezbłędną).
Ale to nie wszystko. Był przecież Karpiński także poetą lirycznym, dążącym do tego, by w pojedynczym tekście pomieścić jak najwięcej odcieni rzeczywistości. Z tym jego liryzmem to swoją drogą nie taka prosta sprawa. Komedia ciągle mieszała się w jego twórczości ze wzniosłością, żart ścierał się z patosem. Ta właśnie bez mała kabaretowa lekkość odpowiedzialna jest za to, że wiersze w swojej wymowie bezapelacyjnie poważne trafiają w samo sedno i oddziałują na czytelników z wielką mocą. Ciągłej lektury domagają się na przykład wiersze napisane w sierpniu 1939 roku – jak W przedpokoju czy Próbny lot. Karpiński z niezwykłą ostrością oddaje napięcie tamtych wakacji – ostatnich wakacji przed kataklizmem.

Dlaczego jego strata jest tak dotkliwa? Bo ten spadkobierca Słonimskiego i Tuwima nawet nie zdążył zaprezentować światu pełni swoich możliwości. Zmarł w 1940 roku, mając zaledwie trzydzieści jeden lat. W tym wieku niektórzy twórcy dopiero zaczynają łapać wiatr w żagle. Żagiel Karpińskiego już wtedy był wyraźnie wydęty. Żal myśleć, dokąd mógłby dopłynąć.

5. Kontakt z twórczością niektórych odkrywanych na nowo poetów boli. Prawie że szokują nas sposoby, których użyli, by zapisać swoją egzystencję. Myślę tu głównie o Stanisławie Wygodzkim (właściwie miał na imię Jehoszua). Przed wojną, na początku swojej pisarskiej drogi – oddany „sprawie”, komunizmowi, walce o równość. Już w tamtych wczesnych wierszach – czasem, nie da się ukryć, nieco topornych – widać wiele talentu i artystycznej samodyscypliny. Zaraz jednak przychodzi straszny czas – czas Zagłady. Poeta, który jeszcze niedawno z zapałem pisał o społecznej niesprawiedliwości, przestaje istnieć. Wygodzki przeżył, ale jego pisarstwo przeszło czarną transformację. Osobiste doświadczenia tak go przemieliły, że do końca swoich dni przepracowywał w chorobliwych utworach niekończącą się żałobę. Zagłada zabrała pisarzowi całą rodzinę. Fakt, że on sam przeżył, był chyba dla niego nie do zniesienia. Zwłaszcza że chciał umrzeć. W pociągu do Oświęcimia połknął wraz z żoną i córką luminal, żeby już nigdy się nie obudzić. Jemu jednemu się to nie udało, dawka okazała się zbyt mała.

Te wiersze są przerażające. Wygodzkiego szarpała rozpacz tak wielka – że klasyczna forma nie była w ogóle w stanie jakoś osłabić czy uspokoić emocjonalnej nagości jego poezji. To obsesja pod postacią liter, ale czego innego można się spodziewać? Niektórych tekstów Wygodzkiego, jak na przykład Nad fotografią córki, prawie nie da się czytać – tak są nasączone utratą. Inne jeszcze porażają bezlitosnymi konceptami, testującymi naszą wyobraźnię – oto poeta sięga po Lokomotywę Tuwima i tworzy na jej podstawie ciemny palimpsest o transporcie do Oświęcimia o tym samym tytule. Wstrząsające nenia; czytanie ich to przeżycie, którego się szybko nie zapomni – nawet gdyby mocno się chciało.

6. To, rzecz jasna, jedynie kilkoro artystów, których poznać czy przypomnieć sobie można, czytając Bibliotekę Zapomnianych Poetów. W każdym tomie serii jest przynajmniej kilka wierszy, po których lekturze należałoby ponownie zadać sobie pytanie podstawowe: czemu o nich zapomnieliśmy? Dlaczego nie wchodzimy do fascynującego świata nieograniczonej wyobraźni Jana Śpiewaka? Dlaczego Czesława Janczarskiego kojarzymy jedynie jako autora Przygód i wędrówek Misia Uszatka? Dlaczego nie pamiętamy o Stefanie Pomerze, kronikarzu utraconej żydowskiej rzeczywistości? Dlaczego nie czytamy surrealistyczno-baśniowej twórczości Stanisława Piętaka? Dlaczego nie wracamy do ekshibicjonistycznych wierszy Elżbiety Szemplińskiej? Dlaczego nazwisko Władysława Chodasiewicza kojarzy nam się przede wszystkim z wiadomym utworem Herberta?

Dlaczego? Nie wiadomo. Albo nie wiadomo do końca. Bo jak z trafiającą w punkt prostotą pisze we wstępie do wyboru wierszy Janczarskiego Hałyna Dubyk: „Dziwne są dzieje recepcji literackiej”. Ano dziwne. Poplątane. I to jest wyjątkowo cenna lekcja, którą z obcowania z Biblioteką Zapomnianych Poetów można wyciągnąć – lekcja pokory. Bo nie wiemy, jak będą wyglądać hierarchie literackie za, powiedzmy, pięćdziesiąt lat. O których poetkach i poetach czytelnicy zapomną? Którzy twórcy będą świecić na parnasie? A może poza laureatami najbardziej medialnych nagród i grupką tłumaczonych szczęśliwców zapomnimy o wszystkich? Oby nie. Ale to przecież możliwe. Tym uważniej czytajmy dziś wiersze zapomnianych, tym wnikliwiej studiujmy zakurzone wersy.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.