02/2020

Henryk Grynberg

Zapiski z Zachodniego Nilu

McLean, 4 – 9 VII 2018
Osiemdziesiąt dwa lata! Nowy rekord! A już myślałem, że nie wytrzymam, bo od kilku dni gorączka mnie trzęsie i od kilku nocy prawie nie śpię. Nie mogę mówić, bo mnie kaszel dusi i z trudem oddycham. Oczywiście to mój diabeł urodzinowy, właśnie w okresie wielkiego święta narodowego, gdy lekarze wyjeżdżają i przychodnie są nieczynne.

Cześć, Piotruś. Dziękuję za pamięć i życzenia. Mnie też diabli dopadli i to w same urodziny: viral syndrome, gorączka i ciarki po plecach latają. Biorę tylenol i gorączka już spada, ale niczego się nie chce.

Kochana Pani Bożeno, z pewnym opóźnieniem dziękuję za Pani piękne dary, bo miałem silną gorączkę wirusową, wskutek szczepienia przeciw kokluszowi. Taka moda teraz w Ameryce, że dziadkowie muszą się szczepić, nawet jeśli nie wiadomo, czy przeżyją ten zabieg, bo starych jest już za dużo. Z powodu choroby nie przesłuchałem psalmów, ale prezent jest bardzo à propos, taki jaki tylko Pani umie dobrać.

Droga Kasiu, zgadłaś, byłem dosyć ciężko chory – w same urodziny – od 2 do 6 lipca. Gorączka wirusowa powyżej 100°F. Sam sobie to załatwiłem, szczepiąc się pod presją przeciw kokluszowi. Teraz leczę się ze skutków intensywnego leczenia…

Drogi Julku, bardzo dziękuję za pamięć i życzenia – także te od Twoich face­bookowców. Przyrzekam, że dołożę sił i będę się nadal starał – na pohybel naszym wrogom.

Minął kwiecień, maj i czerwiec, a ja ani razu nie byłem na rzece – jak nigdy od blisko czterdziestu lat. Albo niepogoda, albo Adam nie mógł, albo ta gorączka.

*
Niestety, to nie miało nic wspólnego ze szczepieniem przeciw kokluszowi. Jak zwykle po południu wyciągnąłem się w moim skandynawskim odchylanym fotelu, w którym od lat drzemię, słucham muzyki, czytam, patrzę w telewizor, a tu nagle trzęsą mną dreszcze. Tak zimne, że szczękam zębami. I to w ciepłe, pogodne, lipcowe popołudnie! Wychyliłem kieliszek scotcha i przeszło, więc wsiadam w samochód i śpieszę na pocztę. Tak mi się śpieszy, żeby wszystko załatwić na wypadek poważniejszej choroby, że ocieram z obu stron moją wysłużoną, dwudziestoletnią hondę o moje ukochane stuletnie dęby po obu stronach mojego krętego drivewayu. Wracam i ponownie się wyciągam w fotelu, a tu znów mną trzęsie, jeszcze mocniej niż przedtem. Łykam dwie aspirynki po 81 mg i znów mi się zdaje, że przeszło, lecz gdy się podnoszę z fotela, potykam się na równej podłodze i padam. Próbuję wstać, lecz znowu padam. Nogi się pode mną uginają, podwijają, nie mogę się na nich dźwignąć. Udar – myślę sobie. To nic, myślę sobie, przyjadą, dadzą zastrzyk i nic mi się takiego nie stanie. Spokojnie przyciskam wisiorek firmy, która za pięćdziesiąt kilka dolarów miesięcznie przyrzeka natychmiastową pomoc. Przyciskam raz i drugi – żadnego odzewu. Przyciskam non stop, ale nic z tego. Trzeba zadzwonić na normalne pogotowie, ale ja leżę w livingu na podłodze, a telefon jest w kuchni na stole. Komórka w kieszeni byłaby bezcenna i teraz szczerze żałuję, że tak uporczywie opierałem się temu wynalazkowi. Czołgam się więc po kamiennej posadzce holu i jestem już przy kuchennym stole, lecz gdy próbuję się unieść i sięgnąć po telefon, osuwam się i uderzam głową w podłogę. Wciąż jednak żadnego bólu. To dobrze, myślę sobie i już nigdzie nie sięgam, tylko chwytam za kabel i ściągam telefon ze stołu. Spadł z trzaskiem na podłogę, ale sygnał jest. Staromodny ścienny telefon, którego na szczęście nie udało mi się zawiesić na ścianie i dlatego leżał na stole. Dostałem go niedawno od Cukiermanów, bo mój tak się zestarzał, że tylko odbierał i nagrywał i żeby zadzwonić, schodziłem do pracowni, gdzie telefon jeszcze był pełnosprawny.

Nie wiem, co by było, gdyby nie ten podarowany aparat i pogotowie, które zaraz przyjechało. Pogodni młodzi ludzie w ponurych czarnych mundurach, nie podnosząc mnie z podłogi mierzą mi puls, ciśnienie, temperaturę i nieustannie pytają: jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, jaki dziś dzień, miesiąc i rok, a nawet kto jest prezydentem Stanów Zjednoczonych. Zadowoleni z moich odpowiedzi, kładą mnie w końcu na nosze na kółkach i wyprowadzają z domu. Nogami do przodu, tak jak sobie zawsze wyobrażałem, tylko nie to, że będę całkiem przytomny. Wstawiają mnie do karetki i znów wszystko mierzą, zadając te same pytania. Z jednej strony dziewczyna, z drugiej młodzieniec – bardzo sympatyczni. Proszę, żeby zawieźli mnie do szpitala Inova, gdzie pracuje doktor Krist i gdzie równo dwanaście lat temu leżałem z powodu wirusowego zakłócenia równowagi (patrz Pamiętnik) i wszystko się dobrze skończyło. Właśnie tam jedziemy – zapewniają. Zajeżdżamy, wynoszą mnie, ale niczego tu nie poznaję. Okazuje się, że są dwa szpitale Inova. Proszę, żeby zadzwonili do doktora Krista. Zadzwonili, ale go nie ma, wyjechał na urlop. Tak samo jak dwanaście lat temu. Bierze urlop w lipcu, w okresie moich urodzin, właśnie wtedy, gdy rokrocznie dopada mnie diabeł, który o tym dobrze wie.

W szpitalu inni młodzi ludzie mierzą mi wszystko od początku, zadając te same pytania. Niektórzy zapewniają, że współpracują z doktorem Kristem. Moje odpowiedzi wciąż są zadowalające, ale temperatura za wysoka i nie chcę jeść. Przychodzą lekarze, każą podnieść jedną rękę i drugą – podnoszę. Potem jedną nogę i drugą, ale tego nie mogę. Młodzi ludzie wciskają mi do penisa kateter, delikatnie, bezboleśnie. Trwa to dosyć długo, więc opowiadają sobie jakieś zabawne historie. Nie słyszę, co mówią, bo słuch mam od dawna wadliwy. Noszę w uchu aparat słuchowy – tylko jeden – w szpitalu wyjąłem go na noc i nie mogę więcej znaleźć. Podziały się gdzieś również eleganckie progresywne okulary, które sobie sprawiłem za sześćset dolarów na miejsce eleganckich progresywnych – też za sześćset dolarów – które półtora roku temu zostawiłem w samolocie. Zabrałem je do szpitala pewny, że będę miał czas na czytanie, ale nie mam na to żadnej ochoty. Carolyn Cukierman i Ella Barnes mnie odwiedzają. Mówią do mnie, nie wiem co. Przedstawiają się jako moje siostry i żądają dla mnie lepszej opieki. Niepotrzebnie, bo opiekę mam dobrą. Młodzi ludzie obu płci wiedzą o Hłasce, Agnieszce Osieckiej, Komedzie, Frykowskim, albo tak mi się zdaje. Imponuję im, że znam tak sławnych ludzi. W rozmowach pojawia się również Stachura, którego nie znałem i nie wiem, co on ma tu do rzeczy, prócz tego, że razem debiutowaliśmy i że też go dawno nie ma, o czym zresztą nie pamiętam, bo wszystko jest tak, jakbyśmy wciąż jeszcze byli i coś robili – Stachura jakiś scenariusz, a ja nie pamiętam co, ale jestem jednym z nich jak nigdy przedtem i częściowo i na mnie spada ich gloria – jak nigdy przedtem.

*
Pewnego rana wsadzają mnie do warczącej zimnej tuby, gdzie nie wolno się ruszać, a nawet gdyby było wolno, nie ma miejsca, i trwa to strasznie długo. Proszę, żeby mnie wypuścili, a oni – właściwie jeden męski głos – że już niedługo, i jest mi coraz zimniej. Potem gdzieś leżę i wołam „bedpan!” i „dead-pan!” – ku zdziwieniu sanitariuszy z dalekich krajów, którzy nie rozumieją, o co chodzi. Owijają mnie w nieprzemakalne pieluchy. Wołam więc „change my diaper!”, ale im się nie śpieszy albo mają za dużo pieluch do przewijania i przypuszczam, że niechętnie się przewija dorosłych. Przewijają mnie mężczyźni i kobiety, same młode. Kobiety robią to staranniej i delikatniej. Bardziej krępuję się mężczyzn. Mają spray dezodoryzujący i odkażający, lecz i tak nie ma gorszego poniżenia. Wciąż nie lubię jedzenia, bo trudno je przełykać. Ma to swoje dobre strony, bo mniej jedzenia to mniej przewijania. Atletycznie zbudowani Kreole rzucają mną jak workiem kartofli. Boję się zwłaszcza poniedziałków, gdy wiozą mnie pod prysznic i miotają w te i wewte pod za zimną lub za gorącą wodą i muszę im wciąż przypominać, że jeszcze jestem człowiekiem i że jeszcze niestety żyję. Pod prysznicem siada się na dziurawym krześle, na którym trudno powstrzymać stolec – jeszcze jedna degradacja. Wśród pielęgniarzy są muzułmanie z Afryki, oni są cierpliwsi i zdaje się, że nie mają nic przeciwko temu, co robią.

W nocy naciska się guzik, czego oni bardzo nie lubią. Przychodzą, żeby czym prędzej wyłączyć sygnał, i mówią, że zaraz ktoś przyjdzie, ale nikt nie przychodzi. Uważają nas za rozpieszczonych darmozjadów i są przekonani, że robią nam łaskę. Owszem, mogą być przepracowani i przemęczeni, zwłaszcza w nocy, ale my nie leżymy tu dla przyjemności. Strofują nas podniesionym głosem. Nie wierzą, że to my jesteśmy ich zwierzchnikami, a nie oni naszymi, i że to my płacimy – jeszcze nie wiem, jak słono – ubezpieczalni, która im płaci. Do głowy im nie przychodzi, że gdyby nie my – zniedołężniali starcy i kaleki – to nikt by ich nie sprowadzał z najdalszych zakątków świata, gdzie nikt ich nie potrzebuje. Czeka się więc i czeka, gdy zabraknie w nocy wody, gdy kołdra spadnie na podłogę, gdy ciężka noga wysunie się z łóżka i nie daje się wciągnąć z powrotem. Pewnej nocy ta noga obrasta mi bryłą lodu. Błagam, żeby ktoś tę bryłę odrąbał, ale nikt nie chce jej dotknąć. Ktoś nawet ostrzega: – Nie dotykaj, bo to zło! Mam zimne żelazne obręcze na obu nogach. Proszę kogoś, żeby te obręcze przeciął, ale on nie może, bo nie jest lekarzem.

Leżę na pobojowisku we Francji pod koniec pierwszej wojny światowej. Jest zasłane rannymi. Tak gęsto, że pielęgniarki, niemłode już, chodzą po nas. Nogi mamy przygniecione ogromnym ciężarem i mówią nam, że im dłużej będziemy leżeć bez ruchu, tym prędzej zwyciężymy. Kilka nocy leżę w zimnym gabinecie, w drewnianej willi (daczy) z początku zeszłego wieku. Urzędują w niej komuniści, którzy wiedzą wszystko, co było, co jest i co powinno być, mają prawo robić, co chcą i nikt nie śmie im się sprzeciwić. Dla nich nie ma żadnego znaczenia to, że leżymy w gównie, w ogóle nie zwracają na nas uwagi i – w przeciwieństwie do komunistów, których naprawdę znałem – nie mają żadnych sekretów, niczego nie ukrywają, walą całą prawdę. Widzę wśród nich Broniewskiego, a nawet Borowskiego i przemyka mi przed oczami Hanka Sawicka, o której długo nie wiedziałem, że się nazywała Szapiro i była cioteczną siostrą Stefana Kisielewskiego, tylko że kochała ludzi (bez wzajemności). Zdaję sobie sprawę, że jestem świadkiem jak jeszcze nigdy i leżę cichutko, starając się wszystko zapamiętać, choć wiem, że to niemożliwe.

Nie wolno mieć nożyczek, nawet bardzo małych, paznokcie u rąk i nóg rosną jak szpony. Terapeutami są Amerykanie, młodzi, mężczyźni i kobiety, przeważnie biali. Jedna długowłosa blondyna zagląda do mnie przez szparę w kotarze, wypytuje mnie o szczegóły mojej choroby i mówi, że gdyby ona tak straciła niezależność (independence), to wolałaby nie żyć. Ja też bym wolał, ale boję się powiedzieć, bo a nuż to prowokatorka, która ma obowiązek zawiadomić przełożonych i znajdę się pod specjalnym nadzorem jako potencjalny samobójca do reszty ubezwłasnowolniony jako niepoczytalny. Nigdy nie mija mojego łóżka obojętnie: Muszę porozmawiać z moim przyjacielem Henrym. Chcę ją spytać, czy zna jakichś humanitarystów, którzy zabijają z miłosierdzia – nazywa się to merci killing – ale nie mam odwagi i pytam tylko, czy to jest legalne. Okazuje się, że nie w Wirginii. Chętnie bym dopłacił, żeby mnie wykradli do bardziej miłosiernego stanu, czego oczywiście nie mówię, lecz i tak wkrótce przychodzi do mnie młody specjalista z serią fachowych pytań, między innymi, jak często myślę o samobójstwie. Odpowiadam, że nie częściej niż dawniej, co jest kłamstwem, bo cały czas się rozglądam za jakąś możliwością.

Grając na zwłokę, poddaję się intensywnej terapii, poczynając od mycia zębów, które jest jednym z przedmiotów. Dają mi wózek inwalidzki. Ach, jak przyjemnie spacerować jak za dawnych dni – szydzi kreolski sadysta, gdy wyjeżdżam na długi korytarz. Muszę długo prosić, żeby mnie posadzili na wózek i żeby mnie położyli z powrotem do łóżka, gdy bolą mnie od tego pośladki. Każą mi siedzieć na tym siodle boleści, a ja nie wiem, że wózek może mieć wyścielane siedzenie. I muszę długo prosić, żeby posadzili mnie na sedesie, żebym się wreszcie uwolnił od pieluch. Tak długo, że następuje wstrzymanie, co uważa się za dowód, że wzywam ich niepotrzebnie. I tak samo długo pociągam za dzwonek, żeby mnie podnieśli z sedesu, podtarli, podciągnęli mi spodnie i wypuścili z ubikacji. Zależność i redukcja, że naprawdę lepiej nie żyć. Zwłaszcza dla mnie. Na początek Holokaust, a na koniec to. Co za diabelska klamra.

Pokój dzielę najpierw ze starym Murzynem, który chodzi, ale dziwnie podrygując. Mamy osobne telewizory. Mój cały czas milczy, bo mnie nic nie interesuje, a jego brzęczy cały dzień i całą noc. Gdy po paru tygodniach go puszczają do domu i zostaję w pokoju sam, stwierdzam, że nasza wspólna szafa jest dosyć ciężka, żeby zawisnąć na klamce jej drzwi, ale nigdzie nie ma sznura. Na miejsce Murzyna zjawia się zadbany biały dżentelmen, któremu wszyscy nadskakują. Żona mu przywiozła piżamy, szlafroki, nawet kota w klatce do pogłaskania. Ma władzę w nogach, lecz do ubikacji jeździ na wózku – co godzinę. Przystojny, uprzejmy, próbuje nawiązać ze mną rozmowę, ale ja prawie nic nie słyszę, więc daje spokój. Zresztą następnego popołudnia znika. Przeniósł się bliżej swojego domu – wyjaśnia starsza pielęgniarka. A więc jest tak ważny i możny, że może przenieść się gdzie chce, nawet w ciągu dwudziestu czterech godzin, a ja już drugi miesiąc tu tkwię i gdziekolwiek dzwonię, żeby mnie przyjęli, to nie ma dla mnie miejsca. Jego miejsce zajmuje wielki, gruby facet po operacji kolana. Jeździ na specjalnym wielkim wózku, bo na normalnym się nie mieści. Ma dwoje nie mniej otyłych dzieci. Córka całą górną część swojej obfitości wspiera na walkerze, który przed sobą prowadzi. Syn porusza się jeszcze o własnych siłach. Synowa, Latynoska normalnej tuszy, przychodzi z synkiem w wieku przedszkolnym, którego uważa się za geniusza, więc nieustannie się popisuje, a personel, który zdaje się znać całą rodzinę, biega wokół nich na palcach i spełnia każde ich życzenie. Przychodzą z ogromnymi bukietami kwiatów, które wypełniają większość naszej wspólnej przestrzeni. Przychodzą co wieczór i zostają do późnych godzin, prawdziwa troskliwa rodzina. Pielęgniarka zaciąga moją kotarę, żeby specjalny pacjent miał some privacy with his family. Mnie rodzina nie przyniosła ani jednego kwiatka.

Pewnego francuskiego rozbitka po czterdziestu dniach wyciągnięto z morza i spytano, czego mu najbardziej potrzeba. Powiedział, że muzyki klasycznej. Ja jestem takim rozbitkiem. W domu miałem radio zawsze nastawione na klasykę. W samochodzie ta sama stacja włączała się, gdy przekręcałem kluczyk i jeździłem otoczony muzyką, która nie przestawała mi grać, gdy wracałem i wchodziłem z powrotem do domu. W szpitalu, gdzie dwanaście lat temu znalazłem się z powodu vertigo (Pamiętnik, 3 VII 2006), każdy miał słuchawki z wszelką muzyką do wyboru jak dawniej w samolotach. Słuchając muzyki, nigdy nie byłem sam ani nie marnowałem czasu. Przywracała perspektywę, równowagę, spokój. Była najskuteczniejszym lekiem na wszystko. W Polsce, gdzie miałem tylko małego pioniera, szemrała mi w tle podczas pisania i podpowiadała harmonię. Za mojej drugiej młodości, gdy latałem do Izraela jako ochotnik, miałem za pasem walkmana z wtykanymi w uszy słuchawkami i teraz pomyślałem sobie, że byłoby to świetne rozwiązanie. Będę miał jako lekarstwo Bacha, Mozarta, Beethovena, Chopina i niczego mi nie będzie potrzeba. Pytam więc Gene’a, męża Elli, który jest znawcą muzyki, czy może mi coś takiego kupić. Mówi, że ma takie stare radio. Liczę dni i godziny, nie mogę się doczekać. Przyjechali oboje w słoneczny niedzielny poranek, zasiadamy przed budynkiem, Gene podaje mi mały, lecz masywny odbiornik z nastawioną moją stacją. Drżącą ręką wtykam kabelki w uszy, lecz słyszę okropny hałas. Proszę, żeby poprawił stację. Gene słucha i mówi, że odbiór jest całkiem czysty, nie potrzeba niczego poprawiać. To samo Ella. Nie mogę uwierzyć. Sprawdzam na Cukiermanach, Lucynie i Wiktorze Serlinach – wszyscy słyszą piękną muzykę, tylko nie ja. Albowiem zdarza się wirusowe zaburzenie słuchu, które zniekształca dźwięk muzyki i zdarzyło się ono właśnie mnie. Straciłem więc nie tylko wolność i niezależność, ale nawet muzykę, i zostaję w tej niewoli bez żadnej pociechy.

Zapisałem to później, ale wstawiam tu dla chronologii, bo to nie dziennik, lecz pamiętnik.

[…]

Chesterbrook, 13 IX 2019
„Pij, pij, pij bracie pij, na starość torba i kij”. Torba i kij znaczy chodzić po prośbie. Nigdy nie przypuszczałem, że i mnie to spotka. Pojechałem dziś naszym autobusem do banku, apteki (po dodatkowe tabletki na sen), po znaczki pocztowe. Zajęło mi to całe rano, które normalnie przeznaczam na pisanie, ale za to nikogo o nic nie proszę i już nie można ode mnie „oczekiwać czegoś więcej”. Inni niepełnosprawni jeżdżą supermarketowymi skuterami, ale mnie musiałby ktoś pomóc wsiąść, zaopiekować się moim rollatorem, sięgać dla mnie na górne półki, pomóc wysiąść, podać z powrotem rollator – czyli chodziłbym po prośbie wśród obcych. Coraz lepiej ruszam prawą stopą, może odzyskam prawo jazdy i kupię samochód. Nawet jeżdżenie taksówkami będzie mi się bardziej opłacało.


Chesterbrook, 15 IX 2019
W reakcji na post, w którym napisałem, że lepiej nie przeżyć siebie i umrzeć u siebie, Kasia znów proponuje mi Sopot: wszystko na jednym poziomie, nowoczesna łazienka, posiłki, sprzątanie, na podwórku brzoza, wiśnia i bzy… Ale ja już nigdy nie będę u siebie w kraju, gdzie sędzia – przedstawiciel władzy – publicznie znieważa naród żydowski, po czym otrzymuje od ministra sprawiedliwości awans.

Po lunchu siedziałem na ganku, gdy zajechał ambulans i zabrał kobietę z grubo owiniętą głową, pewno udar. Pół godziny później zajechał drugi, ale nie wiem, po kogo, bo wróciłem do siebie, żeby nie wiedzieć.

Chesterbrook, 16 IX 2019
Kasia pisze, że rozmawiała z moimi przyjaciółmi w McLean i wymyślili, że trzeba stworzyć „prywatną Foundation for the Perpetuation and Support of Henryk Grynberg’s Oeuvre”, bo powinienem być w normalnym domu, a nie takim, jaki opisałem na FB. Ale taka fundacja to też chodzenie po prośbie. A poza tym nie pieniędzy mi potrzeba, lecz człowieka. Którego powinienem był dużo wcześniej poszukać. Jak Irit Amiel, moja starsza i mądrzejsza siostra z Holokaustu: „na razie osiemdziesiąt osiem wiosenek na karku, za dwa tygodnie piąty wnuk zaprasza na wesele, a pięcioro prawnuków pląta się w sobotę u prababci w ogródku”. Nawet poeta/poetka może żyć i umierać jak człowiek.


Chesterbrook, 17 IX 2019
Eduardo pokazywał mi kilka kondominiów. Wszystkie dla mnie trudno dostępne. Nie finansowo, ale fizycznie i coraz bardziej wygląda na to, że nie mogę mieszkać sam. Dawno temu napisałem dowcipnie, że jestem na przegranej pozycji, której mi nikt nie odbierze. Teraz to się sprawdza.


Chesterbrook, 20–30 IX 2019
Rosyjski Głos Ameryki w rozmowie ze mną nie puścił mojej uwagi, że Rosja do dziś czci Kalinina, jednego z sześciu, którzy podpisali wyrok śmierci dla tysięcy polskich oficerów, a Polska zamiast protestować przeciw premedytacyjnemu Kaliningradowi na swojej granicy, protestuje przeciw przypadkowej katastrofie pod Smoleńskiem, bo jak już nieraz przedtem woli wojować z fikcją niż z rzeczywistością.

Dobra wiadomość: mój dom stoi i będzie stał, ścięli tylko dęby najbliżej budynku, żeby go trochę poszerzyć. Powiedział mi to syn mojej byłej sąsiadki z przeciwka, który ją tu regularnie odwiedza, a więc non omnis moriar. Druga dobra wiadomość: po raz pierwszy od trzech tygodni nie zażyłem nawet połowy pastylki uspokajającej – zapomniałem. Jak dobrze, że można zapomnieć.

Przyjechała konsultantka, którą mi polecił Eduardo, żeby mnie uświadomić, jakie mam możliwości niezależnego istnienia. Otóż nie mam, a konsultacja kosztowała dwieście dolarów. Druga niedobra wiadomość: jednak rozbiorą mój dom i postawią intratne wielkie domisko.

Na ganku dopadła mnie dojmująca chandra, bo oto nadchodził długi niepotrzebny wieczór i co ja z nim i z sobą zrobię? Nawet muzyka nie pomagała, przeciwnie, przeszywała na wskroś. Zdjąłem słuchawki i pognałem po pastylkę. Ale najpierw do toalety. I co się okazało? Mój niepokój był w stolcu i po wypróżnieniu jak ręką odjął. Warto sobie to zapamiętać. Zaraz potem zafascynowała mnie nowa runda meczu, w którym opozycja usiłuje znokautować prezydenta i w żaden sposób nie może. Oglądając wymianę ciosów, poczułem niepohamowane łaknienie i wykończyłem słoik prażonych orzechów. Zasnąłem bez pierwszej połowy pastylki nasennej i zażyłem ją dopiero w drugiej części nocy.

Nie ma i już nie będzie takiego miejsca na ziemi, gdzie mógłbym być znowu wolny. A po tym wszystkim, co mi pokazał Eduardo, jedynym rozwiązaniem jest ta poczekalnia, gdzie jestem.

Kiedyś w Warszawie, zmęczony ludźmi i troskami codziennego życia, myślałem o tym, że może jest jakiś klasztor, gdzie mógłbym się zamknąć jako rezydent. Oddawałbym im wszystkie dochody, w zamian za wikt, opierunek i święty spokój, żeby czytać i pisać jak średniowieczny mnich. I co? Jestem w takiej celi, mam wszystko co trzeba i więcej czasu niż kiedykolwiek, żeby czytać i pisać.

[…]

[całość można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.