12/2018

Katarzyna Szkaradnik

„Zapisuję – nie wiadomo dla kogo
– dzieje zaniku”

Piekło to brak innych.


„Poniedziałek: Ja. Wtorek: Ja. Środa: Ja” – tak po gombrowiczowsku mógłby rozpocząć swój monolog protagonista nowej książki Jerzego Pilcha, odzwierciedlałoby to bowiem jego osobliwą sytuację. Mamy wszak do czynienia z wywodami ostatniego człowieka na Ziemi, pozostałego po niespodziewanej i bezkrwawej apokalipsie, w wyniku której reszta populacji zniknęła bez śladu. Chciałoby się rzec za Miłoszem: „A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, / Nie wierzą, że staje się już”; w każdym razie można te słowa odnieść do głównego, pardon, jedynego bohatera – mizantropa na tyle skoncentrowanego na swojej samotności, by przegapić moment „wyparowania” innych. Jak sam zauważa, koniec ludzkości nie musi oznaczać końca świata i z owego postapokaliptycznego świata przeszło rok po katastrofie (trudno o precyzyjny pomiar czasu) zdaje relację. „Ktoś musi pisać. Jedyny świadek z automatu jest jedynym autorem”. Ale Pilch nie byłby sobą, gdyby wszystkiego nie oplatała gorzka ironia i gdyby anihilacja rasy ludzkiej nie zeszła na drugi plan na rzecz wynurzeń jego kolejnego alter ego.

Otóż narrator, choć umieszczony w nowych – lub raczej sukcesywnie niszczejących – dekoracjach, jak zawsze został sowicie wyposażony w rysy autobiograficzne. Nowe wcielenie znanego nam opowiadacza przedstawia się jako Jerzy Andrzej Kubica (fanom Pilcha nie trzeba objaśniać, kim byli Stary Kubica oraz Biskup, po którym to drugie imię), ewangelik rodem z Sigły (por. Wiele demonów), pisarz, na dokładkę człek trunkowy („Skomplikowane związki alkoholu i literatury cechowały całe moje życie”), erotoman (jego własne określenie), odludek, chory na Parkinsona, dandys i sybaryta etc.; niewiele zatem zmienia uczynienie go synem pastora czy obarczenie aż dziewięcioma krzyżykami. Pojawiają się wzmianki o zaprzyjaźnionych z autorem Marianie Stali i Bronisławie Maju, o mieszkaniu na Hożej, o wiślańskim kościele Piotra i Pawła, a nawet o zapasach… Kinder Bue­no, do którego Pilchową słabość poznali czytelnicy wywiadu rzeki Inne ochoty. Z innej strony, sygnały te tradycyjnie stają się elementami przewrotnej gry, podważającej proste identyfikacje. Nasuwa się tu fragment, w którym bohater – znajdując w domach zaginionych liczne książki na temat zagłady, eschatologii itp. – stwierdza, że ktoś musiał mu je podrzucić: „Ten sam nieznany mi osobnik. Albo znany. […] Wiem, że kręci się w pobliżu i zależy mu na myleniu tropów. Myli je, a też nie myli”. Ów opis jak ulał pasuje do praktyki autora Pod Mocnym Aniołem.

Igraniu z konwencjami sprzyja również paradoksalna sytuacja narracyjna. Pozornie obcujemy ze stylizacją na ni to dziennik, ni to pamiętnik, napomknęłam o „monologu”, trafniejszym pojęciem wydaje się jednak monodram. Nasz opowiadacz w iście teatralny sposób kreuje na pustej scenie rolę rzuconego w po(za)ludzki świat, zabłąkanego wśród szczątków scenografii z wolna poddającej się dzikiej przyrodzie. Rzekome wyróżnienie trudno uznać za kuszące: „Kubica” zyskuje wszystko na wyłączność i absolutną swobodę, ale wolność bez stróżów prawa okazuje się pusta, skarby zaś niepotrzebne, skoro nie ma z kim porównywać statusu. Na dodatek dziewięćdziesięciolatkowi, acz rześkiemu, trudno podejmować dalsze wyprawy, zwłaszcza kiedy nie można liczyć na transport publiczny; pozostają mu więc włóczęgi po centrach handlowych oraz… palcem po niespleśniałych jeszcze dziełach sztuki. Usiłując zaadaptować się do ekstremalnych okoliczności i poszukując jakiegoś absorbującego zajęcia, wielbiciel pustelniczego życia w obliczu przymusowego odosobnienia zarazem desperacko rozgląda się za śladami podobnie „ominiętych”. Oczywiście, docieka przyczyn, sprawców i przebiegu totalnego exodusu (bo może to nie anihilacja, tylko ewakuacja), rozważa, czy jego przetrwanie ma związek z zatratą innych, czy jedno i drugie jest zaledwie przypadkiem. A że z taką wersją niełatwo się pogodzić, „Kubica” niczym Witold z Kosmosu uparcie szuka znaków, proroctw, ukrytych zwiastunów, które można poskładać w sensowne wytłumaczenie. Chociaż to porównanie znacznie na wyrost, gdyż narrator u Pilcha głównie raczy nas seriami pytań retorycznych i obficie cytuje odnośną literaturę. Wreszcie sam się reflektuje: „Ocalałem, aby w nieskończoność ustalać, dlaczego ocalałem?”.

Sceneria zatem niby zostaje nakreślona, lecz fantastyczna rama fabularna jest wątła, a kreacji świata przedstawionego trochę brak wiarygodności. Jak już sygnalizowałam, ostatecznie postapokaliptyczne realia okazują się pretekstowe, również tym razem bowiem – by znów sięgnąć do Dziennika Gombrowicza – „Ja jestem najważniejszym […] moim problemem: jedynym ze wszystkich moich bohaterów, na którym mi naprawdę zależy”. Mimo że Pilchowy protagonista kokieteryjnie uprzedza zarzuty: „Próbuj coś wyjaśnić […]. Rób cokolwiek, ale nie grzeb w sobie”, pogrąża się w autoanalizie. Bądź co bądź aktywność publiczna literalnie utraciła sens, wspomnienia zaś „są jedynym miejscem, w którym jeszcze występują pełnokrwiste postaci”. W dygresyjnym silva rerum naszego robinsona, jak można się domyślić, dominuje tęsknota za kobietami „wabią[cymi] słynnym trzecim niedopiętym guzikiem” i wiwisekcja niewydarzonych związków damsko-męskich, a z reminiscencjami mieszają się fantazmaty i marzenia senne. Ślizgając się po tematach, „Kubica” zahacza o kwestie poważne, np. w rozwinięciu refleksji nad samobójstwem z Portretu młodej wenecjanki czy w odkrywczych, dających do myślenia interpretacjach malarstwa ulubieńców autora Innych rozkoszy – Boscha i Bruegla (to bodaj najlepsze passusy).

Niemniej wdzierającą się w treść melancholię Pilch po swojemu tonuje drwiną i cynizmem, w eseistyczne solilokwium wplata rubaszność, grozę przełamuje tragikomizmem i wisielczym humorem, ewentualną rolę Boga w zagładzie (wniebowzięciu?) kwituje z ironiczną rezerwą, ambitne diagnozy spłyca seksistowskimi uwagami, patetyczne dywagacje zderza z dosadnymi kolokwializmami, a nieraz z wulgarnością balansującą na granicy dobrego smaku. Można niektóre z tych posunięć uznać za kiksy; tak czy owak, stylistyczne rozchwianie należy do cech rozpoznawczych tego pisarstwa, czasami też da się rozpoznać w autorze ostatniego, co tak frazę wodził. W dodatku nie zawsze musi dla efektu posiłkować się hiperbolą i groteską, czego ilustracją choćby taka perełka: „Teraz cisza jest jak imiona Boże: ma swoje kształty, hierarchie, struktury, może nawet sezony. […] Jest jak w przedśmiertnej duchocie albo w coraz ciaśniejszej budowli. Niekiedy słychać delikatny i z niczym nieporównywalny szmer – jakby roje pszczół szturmowały ostatni kilometr, a może jakby stutysięczna publiczność na stadionie oddychała zwycięsko”. Z innej strony, błyskotliwe bon moty często sąsiadują z sentencjami typu coelhowskiego; plus za to, że i tutaj stać pisarza na autoironię: „Polszczyzna chyba faktycznie eksplodowała? A może to ja z moją niesprawnością wyleciałem w powietrze i teraz bieda i wstyd?”. Minus z kolei za nachalne wtręty publicystyczne dotyczące „wodza” („Wiadomo, kogo mam na myśli. Jego brak jest ewidentnie korzystną stroną zagłady”).

W takim kontekście blurb: „Oto Jerzy Pilch, jakiego nigdy dotąd nie czytaliśmy!” stanowi zwykły chwyt marketingowy, gdyż autor Miasta utrapienia wciąż eksploatuje (krytycy powiedzą: powiela) swój przenośny zestaw lejtmotywów. Za ich specyfikę i za ową przewidywalność jedni go nie tolerują, drudzy natomiast apoteozują i gdyby oni przetrwali apokalipsę, właśnie po jego prozę udaliby się do opuszczonych księgarń niczym bohater Żywego ducha (teraz mają dodatkowy powód). Bo też „Kubica” – to znów żadne novum – nie zamyka się solipsystycznie w swoich rojeniach, jego opowieść jawnie żywi się cudzymi. Można by go scharakteryzować wyimkiem z przedmowy do dwóch esejów twórcy dekonstrukcji wydanych w 2018 roku O Apokalipsie: „Apokaliptyczny «dyskurs nuklearny» Derridy pozostaje na płaszczyźnie kodów, gatunków, wytworów literackich, a zatem głównie w obrębie świata jako tekstu. Również tam […] filozof znajduje schronienie przed końcem ostatecznym”. Analogicznie u Pilcha, który zapożycza się u twórców nieprzebranej literatury apokaliptycznej, przy czym bezpośrednią inspirację zarówno swoisty metanarrator, jak i pisarz w wywiadach wskazują w Wydarzeniu Guida Morsellego (wyd. polskie 1980).

Lecz właśnie na tle „literatury przedmiotu” realizacja owego motywu przez autora Tysiąca spokojnych miast wypada dość blado. Jako wyobrażenie Błękitnej Planety pozbawionej ludzi historia ta nieszczególnie przekonuje, nie tylko ze względu na nieścisłości rzeczowe (w rodzaju świateł nadal palących się w domach po roku). Oczywiście, można w Żywego ducha upatrywać np. ostrzeżenie przed permanentnym ignorowaniem globalnych zagrożeń, niemniej apokalipsa wydaje się tu jedynie sztafażem, eksperymentem pozwalającym spojrzeć z nieco odmiennej perspektywy na centralny problem nurtujący pisarza. Po ukazaniu się powieści o biesach szalejących w Sigle Bronisław Maj, w dyskusji pt. Jerzy Pilch i jego demony na falach Dwójki w kwietniu 2013 roku, stwierdził bez ogródek, że książki bohatera audycji są „tak jak każda wielka literatura, na jeden temat – o umieraniu”. W tym świetle drugie dno zyskuje przekorna autotematyczna uwaga narratora: „Nikt tu nie układa prostackiego science fiction. To już anioł śmierci lepiej brzmi”; powieść nabiera znamion mrocznej paraboli, w której oddzielenie od bliźnich okazuje się myślową wprawką do krańcowej izolacji, oswajaniem odchodzenia w radykalną samotność. Apokalipsy zawsze doświadcza się pojedynczo.

W takim sensie nowa książka kontynuuje za Portretem młodej wenecjanki eksplorowanie rozpadu formy, materii, a przede wszystkim więzi. Otrzymujemy więc elegijno-groteskowe studium z jednej strony – gdy patrzeć ku światu – zanikania, utraty, przemijania (deliberacje narratora nad znalezioną w parku sukienką mogą budzić asocjacje z Balladą o paniach minionego czasu Villona), z drugiej strony – przy spojrzeniu wsobnym – degeneracji, bezradności, „udręki końcówki”. Aczkolwiek dziewięćdziesięcioletni „Kubica” sprawia wrażenie nad podziw żwawego, tu i ówdzie napomyka, że już przed zniknięciem ludzkiego rodu wegetował „w zupełnej samotności, niedołężny i schorowany”. I opisuje zanurzanie się w ów czarny nurt, w którym pamięć płata figle, ciało stopniowo odmawia posłuszeństwa, imaginacja bardziej dręczy przyszłością, niż koi przeszłością, a inni coraz bardziej się oddalają.

Ale może inni inni się przybliżają? Może tak wolno interpretować omamy dotyczące czyichś kroków lub głosów, chwile, kiedy nieobecność staje się widmową obecnością? Sceny takie – umotywowane, jak powiedziałby psycholog, deprywacją sensoryczną i częściej niż z literatury kojarzone z niezliczonych filmów – współgrają z sygnałami z zaświatów, o których mniej lub bardziej serio wspominają narratorzy wcześniejszych utworów Pilcha, np. Drugiego dziennika: „A choćbym i był [na pogrzebach – KSz] – co to za argument? […] Ciągle mam poczucie, że ktoś jest obok. Stoi przy biurku, […] zdejmuje buty w przedpokoju. […] Jakby z krwi i kości w sensie ścisłym”. „Tamta strona” również w Żywego ducha się anonsuje, m.in. w postaci fantomowej praczki śpiewającej starą pieśń ewangelicką.

Niemniej i sam „Kubica” niestrudzenie usiłuje nawiązać kontakt z innymi. Chociaż stroniący od towarzystwa egotyk początkowo waha się, czy opustoszały świat jest przekleństwem, czy jednak spełnieniem jego marzeń, w przerażenie wprawia go wizja dożywotniego braku nie tylko atrakcyjnych kobiet w zasięgu wzroku, lecz także czytelników. Pisanie w takich warunkach wydaje się bezzasadne, jak w przytoczonej przeze mnie w tytule-parafrazie wersu Raportu z oblężonego miasta. „Nie wiadomo dla kogo” powstaje ów raport nie tyle z zagłady globu, ile z indywidualnej, małej apokalipsy, ale powstaje pomimo wszystko, jako efekt specyficznego nałogu: „[W]ymyślanie różnych rzeczy, potem też ich zapisywanie, staje się rzeczą pierwszą. Jest transem, natchnieniem, szałem”. A może to znamię kondycji ludzkiej – dopóki istnieje przynajmniej jeden homo loquens, koniec historii-dziejów nie oznacza końca historii-opowieści. „Każdy robak swój byt niepojęty łagodzi, jak umie. […] My opowiadamy historie” – tłumaczy w Wielu demonach Fryc Moitschek. Tezę tę potwierdza narrator Żywego ducha: „Ledwo jakąś dygresję naszkicuję, teraźniejszość przypomina, jak jest upiornie, i przywołuje mnie do porządku”. Snucie gawędy jawi się więc jako ucieczka przed rozpaczą, próba – niczym w przypadku Szeherezady – zagadywania, czyli odsuwania śmierci.

Jednak coś w tym mechanizmie niezupełnie zadziałało; mimo krążenia wokół egzystencjalnych lęków i kwestii ostatecznych opowieść „Kubicy” nie wsysa czytelnika ani nie szarpie za trzewia. Rzecz jasna, omawianą książkę można traktować jako następną próbę powrotu autora do dawnej biegłości po skutkach operacji mózgu i w porównaniu z Zuzą, albo Czasem oddalenia widać spory krok naprzód, aczkolwiek pisarz i tak zdaje się wymawiać „starczym otępieniem” dziewięćdziesięcioletniego narratora. Wzmiankowany przez niego postępujący z wiekiem ubytek intensywności najwyraźniej udzielił się samej powieści, która mniej zdeterminowanych może chwilami nużyć i zniechęcać mętnymi albo przegadanymi i jałowymi fragmentami, zwłaszcza gdyby dla kogoś stanowiła pierwsze zetknięcie się z Pilchem. Niekiedy bardziej niż brak ludzi przebija z niej brak pomysłu na zużytkowanie wyjściowego konceptu. (Zresztą, pomijając już motyw apokalipsy – do cna przemielony w filmach i serialach – i skupiając się na samotności, można jako pozytywny przykład wymienić choćby urzekającą powieść psychologiczną Dzień dobry, północy Lily Dalton‑Brooks. Jedynymi ocalałymi z niezidentyfikowanej hekatomby są tam starszy mężczyzna w arktycznej placówce badawczej oraz astronautka w średnim wieku wraz z resztą załogi stacji kosmicznej. Oboje protagoniści, poświęciwszy dla nauki relacje międzyludzkie, podobni są do Pilchowego samotnika z wyboru, który zostaje skonfrontowany z samotnością mimowolną a bezgraniczną).

Summa summarum, z jednej strony w Żywego ducha dostajemy coś, do czego pisarz nas przyzwyczaił, z drugiej wiemy, że stać go na więcej, nawet na epicki rozmach. Osobiście wciąż nie tracę nadziei ani na dzieło w stylu Wielu demonów, ani na trzeci tom dziennika, ponieważ oba te bieguny autofikcji lepiej unaoczniają potencjał autora Bezpowrotnie utraconej leworęczności. Lecz może forma z założenia ma tu korespondować z treścią? Skądinąd bohater jest świadom nieadekwatności języka sprzed katastrofy w odniesieniu zarówno do powszechnego, jak i własnego kataklizmu. A fantasmagoryczny zamachowiec „podsłuchany” przez narratora wyjaśnia wspólnikowi: „Jakbyśmy zabili, pokazalibyśmy, że nas stać, że potrafimy przerwać spowijający nas koszmar, że nawet jak nas ogarnie wewnętrzny chaos, potrafimy zapanować nad chaosem. Natomiast nieudany zamach będzie […] [k]olejnym rozpaczliwym […] wołaniem”.

Niemniej nasuwa się pytanie: kto woła?, innymi słowy, dyletanckie pytanie, czy pisarz rozprawia (się) w książce ze sobą albo na ile „Kubicę” istotnie można uznać za jego porte-parole. Naturalnie, jak przypomina protagonista Pod Mocnym Aniołem, „Pierwsza osoba liczby pojedynczej jest elementem fikcji literackiej”. Intryguje mnie jednak przytoczony wcześniej cytat o „osobniku” mylącym tropy narratorowi; wycięty stamtąd urywek brzmi: „Zostało za mało sił, żeby go szukać. Za mało czasu”. Jeśli przyjąć, że ową instancją metaforycznie byłby autor, a kolejni opowiadacze w jego prozie byliby Pirandellowskimi „postaciami w poszukiwaniu autora”, pozostaje ufać, że Pilch dysponuje jeszcze wystarczającą ilością sił i czasu i następnym alter ego przydzieli ich pulę. Bo choć unicestwianie świata wychodzi mu różnie, jako jego kreator jest jedyny w swoim rodzaju.

Jerzy Pilch: Żywego ducha.
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2018, s. 198.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.