06/2018

Kazimierz Brakoniecki

Zeszyt Saint-Laurent

27 IX 2012 roku, czwartek
Budzę się w hotelu w Trois-Rivières. Jest 7.25, ciemno w pokoju, jestem oszołomiony. Nic dziwnego: wczoraj rano wyleciałem z Warszawy linią British Airways do Londynu, skąd późnym popołudniem o godzinie 18.20 wystartowałem boeingiem 777 do Kanady. Lot trwał około siedmiu godzin (siedziałem obok podekscytowanego w miarę zbliżania się do celu Afrykańczyka rodem z RPA, który zapewniał mnie, że Montreal to cudowne, wielokulturowe miasto, które bardzo polubię). Wylądowaliśmy około 22 wieczorem czasu lokalnego, więc myśl, że jeszcze rano żegnałem żonę w Olsztynie, jest niewiarygodna. Organizacja festiwalu poetyckiego, na który zostałem zaproszony, spisała się bez zarzutu: odebrano mnie natychmiast, przekazano gruby informator oraz identyfikator: 28 Festival International de la Poésie du 28 septembre au 7 octobre 2012, Trois-Rivières, Québec, Canada: Kazimierz Brakoniecki Pologne Poète. Przez kolejną godzinę czekaliśmy jeszcze na kilku innych poetów, którzy dolatywali z innych miast i państw, i ruszyliśmy busem przed północą (w Polsce dochodziła szósta rano) do miasteczka Trois-Rivières leżącego sto czterdzieści kilometrów na wschód od Montrealu nad Le Fleuve Saint-Laurent (Rzeką Świętego Wawrzyńca), o której marzyłem w młodości. Wychowałem się nad jeziorami, domowa rzeka Łyna właściwie jest rzeczką, więc bałem się prawdziwych wielkich, rozlanych rzek. Nie pływałem, a mogłem przecież podczas studiów w Warszawie kąpać się w Wiśle, ale się nie zdecydowałem, czując przed nią, skołtunioną i zawirowaną, respekt. Mimo wszystko lubiłem przecież patrzeć na rzekę, na jej toczący się mrukliwie nurt, na tę ruchomą i tajemniczo ożywioną nieznanym mi życiem płaszczyznę wodno-czasową. Obserwowałem Sekwanę, Tamizę, Dunaj, Rodan, Ren, Niemen, Odrę, Narew, kanadyjską Frazer czy nabierające mocy od morza, chociaż krótkie rzeki Bretanii (zaskakująca dzikość Ille-et-Vilaine!) i zawsze z uczuciem podziwu, obcości, niepokoju, fascynacji. Nie dziwi mnie to, że rzeki były bóstwami. Siedzący we mnie głęboko słowiańsko-bałtycki poganin odzywa się na ich widok jakimś pełnym tremendum egzystencjalnym bełkotem. Jednym z najpiękniejszych widoków rzecznych, jaki miałem szczęście ujrzeć, były przeloty zimorodka wzdłuż Łyny niedaleko wsi Ruś na podolsztyńskiej Warmii. Łyna pędzi tam wartko w zakrzewionej i zalesionej dolinie, jest rwąca, głośna, usiana kamieniami i chyba w tych miejscach najbardziej malownicza. Ale przecież to zaledwie czterometrowa struga. A teraz Rzeka św. Wawrzyńca! W języku francuskim są dwa określenia na rzekę, jeśli chodzi o jej status: la rivière, jeśli rzeka wpada do innej rzeki oraz le fleuve, jeśli rzeka, bez względu na wielkość, samowładnie rzuca się do morza.

Okno znajduję za ciężkimi kotarami. Widzę ulicę: jakieś reprezentacyjne budowle (na jednej powiewa flaga francuskojęzycznego Québecu: biały krzyż na błękitnym tle plus białe kwiaty podobno lilii – francusko-monarchiczne znaki). Żadnego ruchu, wstało już słońce. Są i drzewa. Parking. Państwowa flaga Kanady to czerwony liść klonu na białym tle oraz dwa pasy czerwieni po bokach. Dawno temu mój brat Andrzej, kiedy po raz pierwszy po dziesięciu latach przyjechał z Vancouveru do Olsztyna, przywiózł jako trofeum kanadyjski rarytas: syrop z klonu. Teraz możemy go kupić w każdym supermarkecie.

Kładę się i popatruję na monety z podobizną Elisabeth II, królowej Wielkiej Brytanii. Jest i na dwudziestodolarówce z 2007 roku. Po drugiej stronie banknotu widać rysunek łodzi indiańskiej z postaciami z tutejszej indiańskiej mitologii, które otaczają główną postać (wodza?) w kapeluszu (dzieło Billa Reida, 1920−1988). Z lewej strony pod liczbą 20 znajduje się napis po francusku i angielsku: Nous connaîtrions-nous seulement un peu nous même, sans des arts? Gabrielle Roy (1909−1983). Could we ever know each other in the slighest without the arts? („Czy moglibyśmy choć trochę poznać się wzajemnie bez sztuki?”). Zaskakująca formuła o walorach estetyczno-etycznych na banknocie. Co to za porządny kraj! A może to tylko „nic nie kosztująca” hipokryzja? Z kolei sto dolarów kanadyjskich (waluta słabsza od dolara amerykańskiego) z przezroczystym paskiem prezentuje portret sir Roberta L. Bordena (prime, premier minister, ministre 1911−1920) oraz postać pracującą przy mikroskopie (innovation médicale).

Zaczynam ten pierwszy dzień od węszenia po terenie, co i gdzie jest, poczynając od informacji hotelowej, instrukcji obsługi telewizora, macając krany, przyciski, pokrętła, klamki, zamki. Po opanowaniu rzeczy i urządzeń położyłem się na dywanie i zabrałem za gimnastykę. Pokój jest mroczny, muszę palić w nim lampkę, żeby rozjaśnić atmosferę. Kąpiel, zamknięcie drzwi, udało się, winda, wychodzę na spacer. Dzisiaj mamy dzień wolny. Słońce wyszło zza budynku szaro-betonowej instytucji, idę przed siebie i tyle. Ulica amerykańska albo taką mi się wydaje. Za umiarkowanie rosłymi kamienicami głównej ulicy z boku zaraz wyrastają niskie domki, skręcam w ich kierunku i trafiam na nadrzeczny bulwar. To Le Fleuve Saint-Laurent! Jak blisko. Port, a w nim duży statek, bo widocznie morskie statki tutaj dopływają, w trakcie rozładowywania. Uczucie spełnienia! Wieje zimny wiatr i słońce jest chłodne. Drzewa w pełni zielone. Rzeka potężna. Dziwne, zdaje mi się, że jest nieruchoma. Złudzenie na pewno. Sunie po niej długa fala. Oceaniczna? Aż tutaj dotarła od Atlantyku? Kilkaset kilometrów przecież. Głupio mi, ale pytam się robotników, którzy przysiedli na skwerku i coś tam spożywają (wyglądają jak nasi robotnicy: częściowo w kombinezonach, częściowo w dżinsach) o kierunek rzeki. Starszy wstał i pokazał kanapką, młodszy roześmiał się i beknął. Podjechał żółty autobus szkolny wypełniony dziećmi. Ludzi mało, ale przeszło kilku turystów. Maszyna z rurą zbiera odpadki, jest czysto. Dostrzegam drugi brzeg. Trudno odgadnąć, jak szeroka jest tutaj rzeka. Ale robi wrażenie. Ujście ma szerokość pięćdziesięciu kilometrów, a głębia sięga trzystu metrów! Tamta strona jest niska, płaska, zakrzaczona. Środkiem sunie barka. Le Fleuve Saint-Laurent wypływa z jeziora Ontario w kierunku wschodnim i po tysiąc dwustu kilometrach rzuca się wielkim estuarium do Atlantyku. Zawracam tą samą uliczką i docieram do centrum miasteczka, które liczy nieco ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Nowoczesna, biała i betonowa bryła ratusza, dom kultury z biblioteką. Na placyku postawiono w 1994 roku pierwszy na świecie pomnik nieznanemu poecie: na cokole stoi rusztowanie z metalowych kubów. Kustosz muzeum K.I. Gałczyńskiego w mazurskim Praniu, Wojciech Kass, wytyczył w lesie Aleję Nieznanego Poety! Tutaj to siedziba ośrodka festiwalu. W ścianach mijanych budynków wmurowano plakietki z cytatami poetów Québecu. Chyba zwariowali na punkcie poezji! Niedaleko większy skwer z klonami, ławkami i pomnikami: pamięci Żydów, obywateli Kanady, którzy w 1807 i 1808 roku wybrali do regionalnego parlamentu Ezekiela Harta (zrezygnował, bo jako Żyd nie mógł złożyć przysięgi „chrześcijańskiej”) oraz historyka Beniamina Sulte (zmarł w 1923 roku). Przed drzwiami instytucji stoją palacze papierosów. Cieszą się słońcem. Neogotycki kościół z kamienia. Katedra Immaculée-Conception (Niepokalanego Poczęcia). Przez stulecia Kościół katolicki rządził Québekiem, jednocześnie patriotycznie chroniąc przed Anglikami język francuski (podobnie jak we francuskiej Bretanii chronił bretoński – język parafian-wieśniaków). Rano i wieczorem msza. Ładny dom biskupa. To dzięki bogatej rodzinie Hartów w Trois-Rivières wybudowano pierwszą synagogę w Kanadzie pod koniec XVIII wieku. Teraz siedzę w knajpce zwanej „Le Sacristain” (Zakrystian, bo obok katedry). Dochodzi godzina jedenasta, zjadłem zupę z brokułów, a teraz czekam na ciepłego sandwicza (razem zapłaciłem około szesnastu dolarów kanadyjskich, co daje chyba równowartość około pięćdziesięciu złotych).

Wychodząc, natknąłem się na najstarszy zachowany budynek, jest to dawny dwór z XVII−XVIII wieku (jak odczytuję z tablicy pamiątkowej), a na skwerku widzę pomnik niegdysiejszego premiera prowincji (urzędnik w garniturze z rulonem papierów) Maurica L. Duplessisa (1890−1958) z inskrypcją: Cooperation toujours, assimilation jamais („Współpraca zawsze, asymilacja nigdy”). Czyli dalszy ciąg walki o zachowanie historycznej tożsamości francuskiej oraz współczesnej quebeckiej opartej przecież na frankofonii. Obok mam maszt z flagą Québecu z informacją: Le drapeau du Québec fut adopté le 21 janvier 1948, sous le règne de l’honorable Maurice L. Duplessis („Flaga Québecu została uznana 21 stycznia 1948 roku w okresie rządów czcigodnego M.L. Duplessisa”). Data uhonorowania miejsca: 24 maja 1990 roku. Dwie rzeczy do zapamiętania: obnoszenie się z codziennym patriotyzmem w postaci wywieszanych flag przez Amerykanów czy Brytyjczyków nie jest czymś nagannym, ale zwyczajnym i prawie „niezauważalnym”, gdyż ten patriotyzm jest patriotyzmem zwycięzców, natomiast wszechobecność narodowych flag i podkreślanie tożsamości, zasług w walce o zachowanie odrębności językowej i kulturowej przez francuskojęzycznych obywateli Québecu bardziej przypomina resentymentalny, postkolonialny, urażony patriotyzm Bretończyków, Ukraińców, a nawet Polaków, który oparty jest na fundamentalnym poczuciu ofiary, poniżenia i nieustającej gotowości do obrony. Ciekawe, co sądzą o tym miejscowi Indianie (podobno nie wolno mówić Indianie, ale ludność rdzenna, rodzima, przedstawiciele Pierwszych Narodów, First nations – tak dyktuje poprawność polityczna), którzy zostali skolonizowani przez Francuzów i Anglików? Ekscytuje mnie to: potomkowie Francuzów jako ofiary potomków Anglików! Upokorzenie straszne. Wiadomo, że na kontynencie europejskim Francja z Anglią toczyły wielowiekowe wojny o supremację, z tym że w połowie XVIIII stulecia Francja królewska straciła na rzecz Korony brytyjskiej Nową Francję (Nouvelle-France), czyli późniejszy Québec.

Spaceruję niespiesznie dalej (chyba zaraz obejdę całe miasteczko i będę mógł zaraz wrócić do Olsztyna „pierwszym pociągiem”!) – cmentarzyk z przełomu stuleci XIXXX niedaleko dużego parkingu, na którym do II wojny światowej znajdowały się szkoły katolickie zakonu Saint-Ursule. Skąd to wiem? Wszędzie wiszą lub stoją informacje turystyczne. Cmentarzyk żydowski zlikwidowano w 1910 roku, a kości przeniesiono na cmentarz w Montrealu. O ile wiem, niezgodnie z prawem żydowskim, które ustanowiło absolutną nienaruszalność żydowskich pochówków (bo umarli mają czekać na sąd ostateczny w miejscu pogrzebania!), ale tutaj nikt tym się przejmuje i nikt z zainteresowanych nie protestuje. Kolejna nauczka dla nas w Polsce, jeśli chodzi o dysponowanie (z szacunkiem, ale zgodnie z polskim prawem i stanem obecnym) dziedzictwem moralnym, kulturowym, materialnym (nie tylko zresztą żydowskim). Pomniczek (pomnikomania nie jest więc polską cechą!) poświęcony pamięci Aux frères des ècoles chrétiennes, 1984 („Braciom [salezjanom] ze szkół chrześcijańskich”). W sumie funkcjonowało tutaj w latach 1844–1980 dziewięć szkół, w tym w latach 1929–1980 jednocześnie aż cztery. Katolicyzm był wszechobecny w Québecu, i do lat sześćdziesiątych minionego stulecia decydował o naturze ustroju tej prowincji, a na pewno formował poprzez edukację na poziomie szkolnym i religijnym konserwatywną obyczajowość oraz francuskojęzyczną tożsamość. Dopiero w latach sześćdziesiątych episkopat Kościoła katolickiego pozwolił na utworzenie niezależnego i świeckiego ministerstwa edukacji.

Doszedłem do kolejnego historycznego budynku. Niski, jak większość tutaj, ale zgrabny. To, jak się okazuje, nadal funkcjonujący klasztor des Ursulines (urszulanek). Malutka siostra opowiedziała mi historię miejsca: do lat osiemdziesiątych XIX wieku mieścił się w nim szpital, następnie powstała katolicka szkoła dla dziewcząt; jako liceum miejsce funkcjonowało do 2005 roku (coraz więcej było nauczycieli świeckich). Siostra, zdziwiona moją ochotą zobaczenia muzeum (widocznie nikt tu nie przychodzi, a poza tym jest po sezonie), pyta mnie, czy jestem z Québecu. Na odpowiedź, że z Polski, mówi, że poznała kiedyś w mieście Québec księdza Polaka, i dodała: „U nas w szkole lekcje religii nie były tylko katolickie, np. Thérèse Germain przez lata prowadząc te lekcje, uczyła w równym stopniu zasad religii katolickiej, protestanckiej i żydowskiej, zabierała uczennice do różnych świątyń na nabożeństwa i wykłady. Po wojnie w ogóle unowocześniono katolickie szkolnictwo, poziom był wysoki, klasyczne języki, humanistyka. Uczennice prawie wszystkie mieszkały w internacie. To były dobrze wykształcone panny”. Jako kolejna powstała szkoła podstawowa i średnia prowadzona przez katolickie stowarzyszenie świeckie jako szkoła prywatna. Zwiedzam muzeum, oglądam krótkometrażowy film, wyglądam przez okno i widzę cmentarzyk siostrzyczek zakonnych. „Niedawno zmieniono cmentarz i wszystkie siostry mają takie same nagrobki, nie tak jak kiedyś stosownie do godności zajmowanej w zakonie” – informuje młodziutka wolontariuszka-uczennica oprowadzająca mnie po muzeum. Jej francuski jest dla mnie niewyraźny. Bo to przecież kanadyjski francuski, w moich uszach jakiś taki zamerykanizowany, jakby mówiła, mając kluski w ustach.

Kieruję się dalej na wschód miasta, mając po swojej prawej ręce rzekę, której, chociaż jest blisko, nie widać. Sympatyczne, drewniane i dziwne domki z altankami, werandami, schodkami. Liczniki elektryczne na zewnątrz, słupy też są drewniane, pochylone, druty wiszą sobie spokojnie – jak na filmach amerykańskich. W USA byłem zaledwie pięć minut, kiedy latem w 1991 roku zjechaliśmy zagadani z bratem z głównej drogi granicznej między Kanadą i USA w Kolumbii Brytyjskiej i dalszą jazdę zagrodził nam kowboj w kapeluszu stojący dumnie okrakiem na szosie, w pobliżu trzymając swój policyjny samochód. Na szczęście wystarczyło przeprosić za nieuwagę i czmychnąć z powrotem. Kolta zdążyłem zauważyć. I teraz też widzę samotny wóz policyjny, a w środku policjant zajęty swoim komputerem.

Starzy ludzie tu i ówdzie, wreszcie kogoś widzę. Są i dzieci, bo spostrzegam prawdziwą szkołę z boiskiem. Przechodzę obok potężnego – jak na to, co tu widziałem – kompleksu budynków, który mieści m.in. muzeum wojska (uzbrojenia? muszę tu wrócić). Czego nie dostrzegłem: księgarni ani zwykłego sklepu spożywczego. Dochodzi piętnasta, więc zawracam, kierując się już mniej wyczuciem, a bardziej zdobytą orientacją w terenie. To przecież małe miasto, chociaż historyczne, biorąc pod uwagę specyfikę krainy.

Wróciłem do pokoju hotelowego. Mroczno, mimo że zagląda przez okno słońce. Ociepliło się, minęła godzina piętnasta, a ja nadal w euforii. Zaglądam do informatora, wynika z niego, że wezmę udział w trzydziestu trzech małych, kameralnych oraz zbiorowych i oficjalnych spotkaniach podczas dziesięciu dni (do 7 X włącznie). Dla mnie to prawdziwy maraton. Ze znanych mi poetów ze świata (ale nieosobiście) jest Amos Oz z Izraela. Najwięcej oczywiście z samej Kanady, tej anglojęzycznej również. Zatelefonowałem do bratowej Grażynki Zambrzyckiej (też poetki) z Vancouveru, że dotarłem, i ponownie ruszyłem w rejs po ulicach. Ani mój brat artysta malarz, ani jego żona poetka (która wydała tomiki wierszy w Toronto w wydawnictwie emigranckim) nigdy nie poznali terytorium ogromnej Kanady, mieszkając w stanie British Columbia (też wielkim) i nie opuszczając go. Więc ja pierwszy z rodziny przebywam we wschodniej Kanadzie, historycznym Québecu – mam poza tym zamiar poznać Montreal i Ottawę, stolicę państwa. Muszę to jednak napisać: Kanada to rozległe państwo, mające prawie dziesięć milionów kilometrów kwadratowych, drugie pod względem powierzchni po Rosji, które zamieszkuje mniej więcej trzydzieści pięć milionów ludzi. Odległość w linii prostej między Montrealem a Vancouverem, leżącym nad Pacyfikiem, wynosi prawie trzy tysiące siedemset kilometrów, a w linii drogowej – blisko pięć tysięcy! Montreal od Atlantyku dzieli prawie tysiąc czterysta kilometrów. Sama prowincja Québec – jedna z dziesięciu prowincji kanadyjskich – liczy 1 542 000 kilometrów kwadratowych, a zamieszkuje ją osiem milionów osób, z tego prawie osiemdziesiąt procent mówi po francusku i mieszka w miastach. Pociągów w poprzek kontynentu od lat nie ma, lata się samolotami, towary przewozi wielkimi ciężarówkami, a północ – leżąca wzdłuż wschodniego wybrzeża Zatoki Hudsona – jest wielką białą pustynią…

Rozmyślając o tym bezkresie kanadyjskim, przypomniałem sobie kolegę Romka Rapcewicza, który z rodzinnego Kętrzyna po studiach w Olsztynie w 1982 roku dotarł szczęśliwy do wymarzonej Kanady, którą poznał z podróżniczych lektur Arkadego Fiedlera. Chciał polować na „grubą zwierzynę”, podróżować, więc wybrał taki styl życia: pół roku pracy w księgowości, pół roku w aucie terenowym na bezdrożach dalekiej północy. Nauczył się wielu rzeczy z dziedziny przetrwania, początkowo z odpowiednich książek, a następnie już z praktyki własnej, ale i tak rzeczywistość północnokanadyjska go zaskoczyła. Niestety po kilkunastu latach takiej przygody spotkało go nieszczęście: trzy udary pod rząd, uratowano go, teraz niestety przedstawia sobą strzęp człowieka. Widziałem go jako szczęśliwego trapera i po latach jako niepoddającego się nieszczęściu inwalidę. Ja też w dzieciństwie szalałem na punkcie „amerykańskiej, dalekiej Północy”, zaczytując się Szarą Wilczycą czy Barim, synem Szarej Wilczycy Jamesa Olivera Curwooda. Jako chłopak pasjonowałem się dramatyczną historią zdobywania Przejścia Północno-Zachodniego na Morzu Arktycznym. Jako pierwszy na początku XX stulecia dokonał tego na statku, chociaż nie jednym ciągiem, ukochany mój wówczas norweski badacz i podróżnik Roald Amundsen. Chciałem być odkrywcą, ale nie dane mi to było. W każdym razie jak pod koniec podstawówki biegałem na nartach po zamarzniętych jeziorach i zaśnieżonych pagórkach mojej domowej olsztyńskiej okolicy, to marzyłem o „jakichś wyczynach, odkryciach, wędrówkach polarnych” (nigdy tropikalnych!). Wybrałem się na egzamin do technikum dalekomorskiego w Darłowie-Kołobrzegu, ale okazało się, że muszę nosić okulary, więc nie dopuszczono mnie do egzaminów. I dlatego zostałem poetą lewitującym.

Ponownie na ulicy jako niespieszny przechodzień, wychodzień, zachodzień, pogodzień, światowidz, cudzewidz, cudzoziemiec, cudoziemiec. Tym razem szybko w znanym mi kierunku wschodnim dotarłem na kraniec miasteczka. Po drodze dostrzegłem osiedlowy sklepik, w którym kupiłem sok i sandwicza. Ciepło. Dziwię się…, że jestem w… Ameryce Północnej i mówię po francusku. Zmieniłem nieco kierunek, idąc graniczną ulicą, docieram do pierwszego hipermarketu. Następnie zdecydowałem się podążać wylotową drogą z miasta: wkraczam na most, pod którym szybko sunie kolejna rzeka Saint-Maurice – w zasięgu wzroku wpada do Saint-Laurent, po której płynie jakiś drobnicowiec. Kanada usiana jest rzekami, jeziorami, lasami. Sięga przecież aż po Grenlandię. Québec graniczy od wschodu z Labradorem. Siadam na ławce, to promenada w pobliżu Saint-Maurice, ścieżka rowerowa na wysokim brzegu nadrzecznym. Rowerzyści, rowerzystki, biegacze i biegaczki. Jakoś przykre są widoki (znękanych wyczynem) biegaczek w poważniejszym wieku: nie lepiej skorzystać z roweru? Jest 17.30 i nadal ciepło. Ludzie ubrani zwyczajnie. I nagle widzę wielki, wschodzący księżyc w pełni po drugiej stronie Saint-Laurent. Jak ser podziurawiony ciemnymi plamami. Zza Saint-Maurice wyglądają liczne i dymiące kominy. Dochodzi zapaszek. Stamtąd? Pojawia mi się w oczach rejs statkiem z miasta Vancouver na wyspę Vancouver: mijane wysepki od strony kontynentu jeżyły się lasem iglastym, aby po minięciu pokazać swoje blizny po kompletnych cięciach i wycięciach lasu. To objaw słynnej podobno kanadyjskiej obłudy. Tu ekologia, a tu biznes: tartaki-tarcica-chcica!

W drodze powrotnej właściwie pustki na ulicach. Czarne wiewiórki przebiegają zadrzewione ulice. W Vancouverze można je zabijać, jeśli pokażą się na prywatnej działce. Taka jest ich mnogość i są niesympatyczne. Tutaj nie wiem. Podobno podbijają już Europę. Malutki kościółek anglikański pw. Św. Jamesa. To w jego wnętrzu lub w domu parafialnym francuscy patrioci w 1760 roku poddali się i podpisali przysięgę wierności angielskiemu królowi. Słońce zmierza ku zachodowi i wyraźnie się ochładza. Przejeżdżające auta osobowe nie mają z przodu tablic rejestracyjnych. W recepcji i biurze festiwalowym ruch. Poetki i poeci meldują swoje przybycie.

Wróciłem z kolacji, którą dla kilkunastu gości zagranicznych zorganizowali w hotelu szefowie festiwalu: Gaston Bellemare oraz Maryse Baribeau. Z kilkunastu osób wyróżniał się kataloński poeta Carles Torner, który ładnym francuskim opowiadał o „bitwie o niepodległość ojczystej Katalonii”. Maryse Baribeau opowiedziała natomiast o swojej „walce o autonomię Québecu” (dwukrotnie mieszkańcy prowincji odrzucili tę ideę w referendum), narzekając, że jej pokolenie sześćdziesięciolatków jest zmęczone, a młoda generacja jest zadowolona, „jak ma pełną lodówkę, aczkolwiek walka o żywą obecność języka francuskiego trwa i nigdy nie zaginie”. Piliśmy wino hiszpańskie i francuskie. Okazuje się, że w festiwalu weźmie udział dziewięćdziesięciu poetów, z czego dwudziestu sześciu zagranicznych, pięćdziesięciu jeden z Québecu oraz czternastu z anglojęzycznej części Kanady (najwięcej z sąsiedniej prowincji Ontario).

Dzień był długi i obfitował w wydarzenia. Położyłem się po godzinie dziesiątej wieczorem i obudziłem nad ranem. W Polsce dochodziła na pewno dziesiąta rano. Zsiadłem więc do spisywania podstawowych danych o Québecu:

1. Włoch John Cabot (Giovanni Cabotto) na służbie króla angielskiego Henryka VII dopływa do dzisiejszej Kanady, odkrywając dla Anglii w 1487 roku Labrador, Nową Ziemię, Nową Szkocję, nazywając to terytorium Terra Prima Vista. Jego syn Sebastian (a wszyscy mieli polecenie znaleźć przejście do Chin) dopłynął bardziej na północ, docierając do zachodniej Grenlandii, Ziemi Baffina, północnego Labradoru;

2. Włoch Giovanni Verrazano na służbie króla francuskiego Franciszka I w 1524 roku dopłynął do wybrzeży dzisiejszych Stanów Zjednoczonych na wysokości Karoliny i płynął wzdłuż brzegu aż do mniej więcej dzisiejszego Nowego Jorku, nazywając wschodnie wybrzeże Francescana. Francuz Jacques Cartier (1491–1557) jest historycznym odkrywcą Québecu; w 1534 roku wpłynął do rzeki Saint-Laurent w czasie drugiej wyprawy w poszukiwaniu drogi do Chin (statkami dopłynął aż do miejsca zwanego Mont Royal, Królewska Góra – przyszły Montréal); przez stulecia obfitujący w ryby i wieloryby atlantycki akwen morski leżący u wybrzeży Ameryki Północnej odwiedzany był masowo przez francuskich, bretońskich, baskijskich rybaków;

3. Samuel Champlain w 1608 roku zakłada miasto Québec (jako Habitation sur le Saint-Laurent), co oznacza powstanie Franco-Amérique (obok właściwego Québecu należy do niej od 1699 roku również francuska Luizjana od Zatoki Meksykańskiej po Wielkie Jeziora), Nova Gallia, Nouvelle-France, New France; początki kolonizacji; 1635 rok – założenie kolegium jezuickiego; nazwy: Québec, Qvebecq, Quebeck, Kébek, Kebbek;

4. Handel futrami (głównie bobrowymi) z Indianami zwanymi les Amérindiens (np. Irokezami); w ogóle stosunki Francuzów z ludnością rodzimą są lepsze niż te utrzymywane przez bardziej bojowo i kolonizacyjnie nastawionych Anglików; dzicy (sauvages), metysi (z mieszanych małżeństw francusko-indiańskich), traperzy (les coureurs de bois);

5. Francuska l’Acadie (Akadia, obecnie to wybrzeża wschodnie: Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik oraz Terre-Neuve, Nowa Fundlandia) zostaje przekazana w 1713 roku Brytyjczykom na mocy układu w Utrechcie; deportacje od 1755 roku ludności francuskiej przez Anglików; coś jakby czystka etniczna, na Karaiby, do Nowej Anglii, Luizjany…; część uchodźców wraca do Francji); Wolter wyraża panującą opinię o francuskiej Kanadzie: są to „krainy pokryte lodem przez osiem miesięcy w roku, zamieszkałe przez barbarzyńców, niedźwiedzie i bobry”; Francja stopniowo rezygnuje z terytoriów zamorskich w Ameryce Północnej nie tyle przez ignorancję czy brak środków, ile przez bierność polityczną oraz brak większego zainteresowania;

6. Traktat paryski na zakończenie wojny siedmioletniej (głównie francusko-angielskiej) w Europie w 1763 roku: Francja bez żalu oddaje swoje terytoria w Kanadzie Brytyjczykom; początkowo nic się nie zmienia w życiu kolonii; francuscy osadnicy to katolicy, brytyjscy to protestanci; imperium brytyjskie reprezentowane jest przez gubernatora; Montreal zostaje stolicą; w 1774 roku uchwalono coś w rodzaju konstytucji dla Québecu, czyli prowincji francuskich Kanadyjczyków rządzonych berłem królowej;

7. Hiszpanie przejmują Nowy Orlean, a w 1803 roku Napoleon Bonaparte sprzedaje wielką obszarowo Luizjanę USA: koniec francuskiej Ameryki; wojna w 1812 roku pomiędzy brytyjskim Zjednoczonym Królestwem a USA doprowadza do powstania odrębnej tożsamości kanadyjskiej;

8. 1791 rok – przyjęcie drugiej konstytucji, podział kraju na BasHaut-Canada, czyli na Québec i Ontario ze stolicą w Ottawie; w 1867 roku uchwalenie federacyjnej konstytucji dla zjednoczonej Kanady, zwanej Brytyjską Ameryką Północną: prowincje Ontario, Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik, Québec; dopiero w późniejszych latach, a niektóre prowincje oficjalnie dopiero w XX wieku, przystępują do kanadyjskiej federacji: Kolumbia Brytyjska (1871) Manitoba (1871), Nowa Fundlandia i Labrador (1949), Saskatchewan (1905) oraz trzy wielkie terytoria północne, których powierzchnia objęła prawie cztery miliony kilometrów kwadratowych powierzchni;

9. Olbrzymia rola konserwatywnego Kościoła katolickiego w Québecu w podtrzymywaniu tradycji francuskiej, języka francuskiego poprzez edukację, popieranie rodzinnych zakładów produkcyjnych;

10. 1867 rok – przyjęcie uchwały przez parlament o uznaniu dwóch języków oficjalnych: angielskiego i francuskiego; 1910 rok – dwujęzyczność we wszystkich dokumentach państwowych; lata 1969 i 1988 – wszystkie prowincje potwierdzają prawo o dwujęzyczności kraju; w wieku XX coraz liczniejsze fale migracji Francuzów ze starego kraju do Québecu;

11. Quebekczycy generalnie są przeciwko udziałowi Kanady w I i II wojnie światowej oraz powszechnej służbie wojskowej;

12. Rok 1948 – Québec otrzymuje herb i flagę z niebieską lilią burbońską; federalna Kanada jest monarchią konstytucyjną, królowa brytyjska rządzi symbolicznie w osobie gubernatora generalnego; Zgromadzenie Narodowe jest dwuizbowe; rząd krajowy reprezentowany jest przez premiera zwycięskiej w wyborach partii; prowincje mają dużą wewnętrzną autonomię; mają swoje parlamenty i lokalne rządy z premierami;

13. W latach sześćdziesiątych XX wieku następuje ożywienie gospodarcze, nacjonalistyczne, nowa Partia Québécois dąży do autonomii prowincji, ale dwa referenda (w 1980 i 1995 roku) nie doprowadzają do zwycięskiego wyniku; w 1967 roku prowincję odwiedza generał de Gaulle, który rzuca hasło na wiecu Vive le Québec libre! („Niech żyje wolny Québec!”); masowy ruch na rzecz autonomii (a nawet niepodległości) nazwano la Révolution tranquille („Spokojną Rewolucją”); rodzi się świadomy obywatel Québecu zwany Québecois; wynikiem tej rewolucji, która wybuchła z powodu niezadowolenia ekonomicznego, niechęci do konserwatywnego Kościoła katolickiego i przede wszystkim przeciwko rządowi federalnemu, który preferował obywateli anglojęzycznych (pochodzenia amerykańsko-brytyjskiego), stał się wzrost świadomości tożsamościowej, ekologicznej, feministycznej, kulturowej;

14. W 1968 roku Pierre-Elliott Trudeau zostaje premierem Kanady, a w październiku 1970 roku następuje największy w historii prowincji tzw. kryzys październikowy w następstwie niezwykle poważnych wydarzeń politycznych i społecznych, które zaburzają proces zmian wprowadzanych stopniowo przez „Spokojną Rewolucję” narodową (w której biorą udział poeci-bardowie, jak Morin, Chamberland): organizacja terrorystyczna Libération du Front de Libération du Québec (FLQ, komórka terrorystyczna Wyzwolenie Frontu Wyzwolenia Quebeku) m.in. porywa attaché handlowego ambasady Wielkiej Brytanii, następnie ministra pracy (zmarł); premier ogłasza stan wojenny w Québecu, interweniuje wojsko federalne, następują aresztowania terrorystów; długotrwałe zmagania programowe pomiędzy federalistami i autonomistami (w Europie lata siedemdziesiąte charakteryzowały się również wzrostem aktywności terrorystycznej grup lewicowych i lewackich wyrosłych z kontrkultury i rewindykacji tożsamościowej, głównie w Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii);

15. Lata siedemdziesiąte przynoszą uspokojenie radykalnych ruchów politycznych bez porzucenia różnych form aktywności na rzecz autonomii prowincji, rozwoju kultury narodowej, postępowych idei (jak radykalny feminizm); w 1974 roku język francuski uznany zostaje za oficjalny język (od 1977 roku obowiązuje parytet językowy); w 1980 roku odbywa się referendum na temat suwerenności Québecu: sześćdziesiąt procent głosów przeciw; powtórka referendum w 1995 roku przynosi pięćdziesiąt jeden procent głosów przeciw; nie brakuje zarówno fanatycznych zwolenników federacji, jak i rozżalonych niewielką porażką autonomistów, jednak emocje opadają, a osiągnięty stan pragmatycznego porozumienia bez opuszczania Kanady pozostaje generalnie akceptowalną rzeczywistością polityczną;

16. W Québecu na powierzchni 1 542 681 kilometrów kwadratowych mieszka nieco ponad osiem milionów mieszkańców, niecały milion „anglofilów” w Montrealu i okolicach; ludność rodzima to eskimosi (Inuits), Indianie, metysi;

17. Ustrojem Kanady pozostaje monarchia konstytucyjna, ponieważ władczynią, pomimo iż symboliczną, jest w dalszym ciągu królowa brytyjska, która mianuje swojego namiestnika (także honorowego generalnego gubernatora); Kanada to kraj niepodległy, ale należący do Commonwealthu!;

18. Język francuski historycznie rozwijał się w Nowej Francji (Kanadzie) dwoma torami: w Akadii nad Atlantykiem (obecnie mówi nim kilkutysięczna zaledwie ludność malutkich wysp Saint-Pierre i Miquelon należących do zamorskiej wspólnoty Republiki Francuskiej) oraz wzdłuż rzeki Saint-Laurent – ten francuski „kebecki” rzeczywiście różni się od „paryskiego” chociażby wymową.

[…]

[pełny tekst do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.