06/2018

Zdzisław Antolski

Zubińskiego morze martwe

Mitologiczny Narcyz zakochał się w swoim odbiciu w lustrze wody, natomiast Tadeusz Zubiński zapałał uczuciem do swojego literackiego odbicia, czyli Filipa Mirskiego z miasteczka Wrzosów, najważniejszego miejsca we Wszechświecie. Nie wątpię, że Narcyz czerpał olbrzymią przyjemność z wpatrywania się w swoje odbicie, ale dla postronnych obserwatorów musiało to być zwyczajnie nudne. Żeby nie było nudnie, Filip Mirski jest cały czas w podróży, to go generalnie różni od mitologicznego Narcyza, który tkwił w miejscu. Dla swojego wędrowania znalazł nawet intelektualne uzasadnienie: „Wie pan sam, że taka jest różnica pomiędzy autorami, że pisarz pisze z życia, a literat z literatury. Moim zdaniem, wszystkiego w życiu trzeba spróbować, posmakować, doświadczyć. Każdy ból i każdą rozkosz zaliczyć. Nigdy nie ukrywałem, że na przykład sprzątałem plażę w Parnawie, pracowałem w tartaku pod Dyneburgiem”.

Jednak w czasie tych swoich licznych podróży Mirski cały czas gada tylko o sobie, o swoim przebogatym wnętrzu, o swoich podbojach erotycznych, biesiadach z kumplami i sukcesach literackich. Pojawiają się też strzępy życiorysu, jakieś obrazki z przeszłości, a wszystko bardzo chaotycznie wymieszane, jak w pralce automatycznej. Choć właściwie jest to współczesny „człowiek bez właściwości”, który nie ma wykrystalizowanych poglądów politycznych, społecznych ani religijnych, popisuje się tylko erudycją i sypie cytatami jak z rękawa. Sam dla siebie jest jedyną wartością. Kocha siebie, innymi pogardza lub ich lekceważy. Bałwochwalca własnej wykreowanej sylwetki, jak to Narcyz.

Jego epizod solidarnościowy to czas zmarnowany na pisanie jakichś patriotyczno-historycznych bzdur, zamiast epokowych powieści, do jakich Mirski został stworzony ze swoim gigantycznym talentem. Znudzony, zaplątany w Historię. W Londynie odczuwa „monotonną pustkę, martwotę” i właściwie nie wiadomo, po co tam pojechał, chyba żeby się chwalić po powrocie, gdzie to nie był i czego nie widział. Bo Mirski wszystko robi na pokaz, po to, żeby to później opisać swoim oryginalnym językiem „mistrza prozy”. Na nudę emigracji najlepszy jest seks, no i tu Mirski też jest oczywiście mistrzem, choć czasem cierpi na „niedomogi”, ha ha.

Zastanawiałem się podczas lektury, czemu ta książka Zubińskiego jest tak śmiertelnie nudna? Przecież Dawno i daleko, powieść, w której po raz pierwszy chyba występuje młodziutki Filip Mirski, urzekło mnie swoją poezją, nastrojowością, klimatem polskiej prowincji. Tam bohaterowie byli prawdziwi, mieli swoją psychologię, sprawdzali się w działaniu. Otóż w Morzu tego nie ma, bohaterowie tylko gadają, pusta retoryka, autor nawet nie opisał dobrze ich wyglądu, są tylko przechwałki podstarzałego dandysa. Już w powieści z kluczem Rzymska wojna widać było owe pretensje narratora do całego świata, że nie osiągnął sukcesu na miarę swoich wymagań i oczekiwań. Bohater eksternalizował swoje wewnętrzne rozczarowania i porażki na otaczający go świat i ludzi, którzy chcieli dla niego jak najlepiej, a zostali potraktowani okrutnie i niesprawiedliwie. Znany jest taki typ psychologiczny człowieka, który za swoje porażki wini wszystkich wokół, tylko nie siebie. On jest nieskończenie idealny i doskonały, a winni są inni. Jakie to proste i łatwe, prawda? Morze wewnętrzne to w pewnym sensie kontynuacja tamtej powieści, również pod względem pretensji do świata.

Morzu − „obrazki i ciekawostki emigracyjne” z Anglii, znane, banalne, ograne i nudne jak flaki z olejem. A potem nagły przeskok do Czech i znów nie wiadomo, czym są te zapiski: dziennik podróży, pobieżna relacja, bo na pewno nie proza literacka. Zubiński się powtarza, już wszystko znamy, choćby z jego poprzednich książek, tych fikcyjnych prozatorsko i tych przewodników turystycznych. Żeglowanie po wewnętrznym martwym morzu? Strach przed ciszą, nieobecnością? Sztuczny cyklon? A potem Niemcy i Holandia, wszystko telegraficznie, w pośpiechu i zawrotnym tempie.

Oj, chyba za dużo tych grzybów w barszcz, przesadził tym razem Mirski-Zubiński, przejadło się… Widać, że książka była pisana w pośpiechu, a poszczególne segmenty fastrygowano, bo na porządne szycie czasu nie starczyło. Tu nawet mistrzostwo języka nie uratowało książki, która jest jakimś postmodernistycznym workiem na wszystko: literacki reportaż, powieść dokumentalna, miniesej, dziennik podróży, wspomnienia erotyczne męża swoich żon. Tylko gdzieniegdzie, jak kępki kwiatów na pustyni, słynne jego opisy przyrody, w których zaklęto ludzki los, oczekiwanie na szczęście i poezję dnia i nocy.

A poza tym nuda znerwicowanego, pełnego pretensji do świata faceta z napisem na czole „pisarz”, intelektualisty we własnym mniemaniu. Wewnętrzne morze martwe. Stanowczo stać Zubińskiego na coś lepszego. Cenię sobie jego pisarstwo (oprócz kilku ewidentnie „puszczonych” powieści) i mam nadzieję, że w następnej książce pokaże lwi pazur.

Post scriptum
Powyższą recenzję napisałem 23 marca i wysłałem przez internet do redakcji „Twórczości”, a dwa dni później dowiedziałem się, że Tadeusz Zubiński nie żyje. Z początku łudziłem się, że to być może drastyczny dowcip Tadeusza, ale wkrótce Liliana, jego była żona, potwierdziła, że Tadeusz zmarł 25 marca wieczorem, w szpitalu w Aninie, czekając na operację zastawki serca.

Był pisarzem dużej rangi, pierwszym takim na Ziemi Świętokrzyskiej od czasów Stefana Żeromskiego i Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego. Stworzył swój własny język, swój styl opowieści, a to dużo, to bardzo dużo… Nie był łatwym partnerem w naszej znajomości, ale wiele mu zawdzięczam, zarówno jeśli chodzi o krytykę literacką, do której mnie poganiał, jak i twórczość prozatorską, do której usilnie zachęcał.

Spoczął w Suchedniowie − Wrzosowie. Nie mogło być inaczej. Żegnaj.

Tadeusz Zubiński: Morze wewnętrzne.
Oficyna Wydawnicza Volumen,
Warszawa 2017, s. 240.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.