09/2020

Tymoteusz Milas

Życie jest gdzie indziej
(w poszukiwaniu Lajosa Grendela)

Miłosz Waligórski ma na swoim koncie przekłady wybitnej poezji i prozy z kilku języków, w tym z węgierskiego, słowackiego i chorwackiego. Jego dorobek literacki wskazuje na wyjątkowo rzadką wśród polskich pisarzy twórczą wszechstronność, gdyż potrafi nie tylko kreatywnie odtwarzać fikcyjne światy wybranych przez siebie autorów, ale i tworzyć własne opowieści w odpowiadającej mu formie lirycznej (tomiki wierszy) lub epickiej (zbiory opowiadań). Ta druga aktywność, w pełni autorska i oryginalna językowo, bywa dostrzegana przez krytyków częściej, w przeciwieństwie do działań na polu translatorskim. Nie udało mi się namierzyć recenzji samych przekładów, ale być może trzeba poczekać, aż opublikuje opus magnum (czym jest ono w istocie?) wybitnego pisarza z Europy Środkowo- lub Południowo­‑Wschodniej. Po lekturze prozy w jego tłumaczeniu, a w szczególności jednego autora, do którego regularnie wracam, wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu. Jednakże to, czy będzie zauważony, zależy nie od wartościowych analiz i interpretacji tekstów, tylko od zmiany stosunku niszy czytelniczej w naszym kraju do zawodu tłumacza. Być może przyczyną tej pozornej nieobecności w odbiorze społecznym jest częsty brak zaangażowania wielkich wydawnictw w promocję wszystkich ważnych współtwórców książki (tłumaczy, redaktorów), dzięki którym otrzymujemy niekiedy światowe arcydzieła w formie nieodbiegającej znacząco od pierwowzoru. Ale żeby być uczciwym, dodam, że również i ja nie ustrzegałem się błędów jako krytyk literacki i nie doceniałem tej cyzelatorskiej, kreatywnej pracy. I zapewne też tym razem nie siliłbym się na ten wstęp ukierunkowujący uwagę na Miłosza Waligórskiego, gdyby nie fakt, że jego tłumaczenie otworzyło pomost do literatury, której prawdopodobnie nigdy nie przeczytałbym w oryginale. Dzieł pisarza należącego do węgierskiego kanonu literackiego, które poszerzyły nie tylko w moim przypadku świadomość kulturową. Tym wybitnym prozaikiem, którego twórczość przybliża nam Miłosz Waligórski, jest Lajos Grendel. Autor reprezentujący nurt literatury emigracyjnej, jako że od urodzenia mieszkał na Słowacji, gdzie pisał w swoim ojczystym języku węgierskim. Z jakichś powodów pozostaje do dziś raczej nieznany szerzej w Polsce, a przynajmniej nie w takim stopniu jak jego rodacy: Peter Esterházy, Imre Kertész czy Sandor Márai. Trudno stwierdzić, z czego wynika ta dysproporcja w odbiorze, bo na pewno nie ze znaczącej różnicy jakości literackiej, ale przyznam, że jest to dla mnie sytuacja zdumiewająca i budząca moralny sprzeciw wobec praw panujących na rynku książki.

Ponieważ mam za sobą doświadczenia czytelnicze z Poświęcenia hetmana, Dzwonów EinsteinaŻycia w cztery tygodnie Grendela, mogę wyrazić opinię wartościującą, która nie różni się zasadniczo od opinii krytyków literackich na Słowacji i Węgrzech. Jest to pisarstwo na wysokim poziomie artystycznym, niemające wahań formy, o sporym ciężarze filozoficznym, a przy tym atrakcyjne na poziomie fabularno‐narracyjnym i żywo angażujące intelektualnie. Twórczość tę charakteryzuje kontaminacja wszystkich pierwiastków potrzebnych do stworzenia wielkiej, choć nie uderzającej w pompatyczne, moralizatorskie tony, literatury. A więc to nie ten przykład „literatury z literatury” czy też „literatury realistycznej”, czyli w moim odczuciu dwóch biegunów, z których wywodzi się tyle niepoliczalnych w swoich zaletach współczesnych arcydzieł, lecz tej trudnej do opisania, istniejącej odmiany pomiędzy nimi. Podczas gdy jedni pisarze okopują się w swoich schronach, nie odchodząc nigdy za daleko od wydeptanego szlaku prowadzącego do charakterystycznego dla siebie gatunku literackiego czy estetyki, inni idą, skacząc po górach. I takim pisarzem jest właśnie Grendel.

Pierwszy raz mieliśmy okazję przekonać się, jak niebywałymi umiejętnościami narracyjnymi dysponuje autor, wczytując się w opowiadania zebrane w zbiorze Poświęcenie hetmana (2014). Teksty te odbierałem jako labirynty misternie skonstruowane ze złudnych iluzji, odkrywające świat niebędący wytworem fikcji ani wiernym odbiciem rzeczywistości, lecz mający status labilny, przez co wywołujący efekt czytelniczej dezorientacji. Cechuje to moim zdaniem literaturę pierwszorzędną. I choć ta mała proza pochodzi raczej z wczesnego okresu twórczości Grendela (zaczął publikować w latach osiemdziesiątych), to nie ma w niej żadnych oznak świadczących, że uprawia ćwiczenia stylistyczne po to, aby pokazać swój potencjał, bo chyba jeszcze nie wie, o czym chce pisać. Nie, dostaliśmy w pierwszej odsłonie dzieło twórcy dojrzałego, nie tylko wiekowo, ale też artystycznie. Który potrafił opowiedzieć o problemach w odbiorze nie rzekomo jednego świata, a faktycznie wielu światów, zewnętrznych i wewnętrznych człowieka, generujących problemy etyczne i metafizyczny lęk o status własnego „ja”. Co więcej, Grendel już wtedy, zdaje się, „wyczerpywał” na swój sposób tę wymagającą kompozycyjnej precyzji formę opowiadań, tak jakby chciał przekroczyć granicę gatunku, co z czasem uczynił, stając się powieściopisarzem. Konstrukcje fabularne są zbudowane ze znawstwem przez autora mającego ogromną teoretyczną wiedzę o budulcu, z jakiego chce tworzyć, i doświadczenie w pracy z narzędziami do jego formalnego przekształcenia, przy czym, ta „nadświadomość” autorska objawia się również w przewidywaniu naszych reakcji psychicznych, poprzez pozostawianie tropów pozornie prowadzących do klarownej interpretacji, ale w rezultacie sprowadzających nas na rozdroża sensu. Kiedy więc rozpoczynałem lekturę, dość szybko uświadomiłem sobie, jak zaskakujący i ożywczy może być dla mnie, na studiach czytelnika dość długo zafascynowanego nurtem postmodernizmu w literaturze, jeszcze ten rodzaj pisarstwa charakterystycznego dla prozy z drugiej połowy XX wieku, będącego erudycyjną łamigłówką, złożoną z nietransparentnych rozwiązań fabularnych, a zarazem, co znamienne dla tego autora, próbą diagnozy jednostki zapadającej się w entropii, pod wpływem nagłego zdarzenia przekształcającej sposób bycia. Z perspektywy czasu sądzę, że mój stan po lekturze dobrze określa znany poetycki passus o „robieniu nieporządku w moim chaosie”. Wchodząc więc głębiej w historię bohaterów Poświęcenia hetmana, mierzyliśmy się z ich głównym, niewykoncypowanym problemem, jakim jest „splątanie teorii poznania” (tak też określa narrator ideę historii o młodym mistrzu szachowym, którego narzeczona zdradziła z agresywnym osiłkiem w dwuznacznych okolicznościach), co wprawiło mnie w konsternację, jako że nie można stwierdzić, czy to człowiek jest nierozpoznawalny, czy zmienna rzeczywistość, która go współtworzy, zawsze wymyka się, nie poddaje kontroli w sytuacji, gdy chcemy nad nią jakoś zapanować, tj. zrozumieć. Choć to przesunięcie akcentu na ontologię w fabule nie wydaje się obecnie czymś nowatorskim w literaturze, praktyczne ujęcie aporii bytu w Grendelowskich małych prozach intryguje mnie bardziej od wielu spostrzeżeń lepiej znanych autorów postborgesowskich fikcji.

Następnie z Dzwonów Einsteina Grendela wybrzmiała mi opowieść w zupełnie niemoralizatorskiej tonacji o rewolucji oportunistów politycznych. Powieść na ważny temat, a przy tym oryginalna, bo ukazująca zderzenie ideologii z jednostką bez jednoznacznego oceniania obu stron narastającego konfliktu, tj. ludzi wykonujących swoją pracę zgodnie z wyznaczoną rolą w sprawnie działającym systemie normalizacji potrzeb, nakładającą się na ten system siatką relacji władza–obywatele w Czechosłowacji, oraz nie tyle jawnych buntowników, ile bardziej emigrantów wewnętrznych, w duchu sprzeciwiających się fasadowej rzeczywistości i deprecjonujących socjalistyczną „wiarę”. Jednak za tymi dwiema postawami kryje się cała paleta odcieni tożsamości, które Grendel jako świadek zachodzących zmian (urodzony w 1945 roku) potrafił opisać przenikliwie, udowadniając, że maska założona na czas ideologicznych przebieranek zniekształca odbiór rzeczywistości, wżera się głęboko w duszę oraz prowadzi zarówno do komicznych, jak i tragicznych efektów. Bohater, Franek, absolwent matematyki i fizyki, początkowo sceptycznie podchodzący do możliwości wprowadzenia w życie teorii Marksa i Engelsa, zakochuje się w naiwnej, związanej z partią idealistce i dzięki jej koligacjom rodzinnym rozpoczyna karierę zawodową, podejmując zatrudnienie w miejscu, gdzie aby przetrwać, nie może wypaść gorzej na scenie od innych „aktorów” i „aktorek” tego nieintencjonalnego kabaretu „socjalizmu z twarzą klowna”. Oprócz codziennych bojów o przetrwanie musi też toczyć rozmowy ze swoim Niedoścignionym Ja, podającym w wątpliwość sens jego postępowania. „Ludzkie samopoznanie jest kruchsze niż najcieńsza powłoka” – mówi, ale czy głos wewnętrzny może zahamować pęd za utopią władzy i miłości, gdy człowiek jest w młodym wieku, a inni nawołują, żeby się z nimi bratać? W każdym razie ta literatura ma tę przewagę nad historią, że potrafi opisywać barwniej gęby i formy człowieka w czasach mętnych ludzkich charakterów. Nie wydaje mi się, aby powstała podobna powieść polska. Bez względu na stopień zanurzenia w odmętach PRL nie udało się chyba jeszcze żadnemu z naszych pisarzy opowiedzieć historii transformacji ustrojowej, której narracja skutecznie oczyszczałaby nie tak odległą przeszłość z patyny i patosu przy pomocy narzędzi przeznaczonych dla krytycznych rewizjonistów: (auto)ironii, groteski i parodii. Wszystko to, co się działo od lat pięćdziesiątych do wybuchu Aksamitnej Rewolucji w 1989 roku, zawarte jest niczym w multikolorowej pigułce w tej powieści Grendela o arcytrafnym podtytule „opowieści z Absurdystanu”.

I w końcu ostatnia, jak do tej pory (wydana w 2018 roku), najbardziej intelektualna powieść Życie w cztery tygodnie, obfitująca w przemyślenia, mająca taki ładunek niewymuszonych „mądrości” doświadczonego człowieka, że można zestawić ją z powieściami eseistycznymi z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Grendel opowiada w niej historię Sanyiego Vargi, sześćdziesięciolatka, którego świadomość jest obezwładniona przez pamięć o utraconych ludziach i nierozwiązanych sprawach z przeszłości, będącej być może jedyną formą istnienia, do jakiej można się dostosować. I która nie potraktuje nas jak nieproszonego gościa.

Strategie pisania Grendela cechuje z jednej strony atrakcyjny fabularyzm, a z drugiej wnikliwy psychologizm. Narrację prowadzi zazwyczaj w sposób przystępny, a jeśli już eksperymentuje w prozie, stosując takie zabiegi, jak retardacja, antecedencja, retrospekcja, to z pewnością nie jest to dogłębne poszukiwanie straconego czasu, które w swojej ekstremalnej postaci dziś byłoby traktowane jako atakujący awangardyzm sensu largo. Ale przekazanie jakichś doświadczeń w historii to jedna kwestia, jeszcze większą sztuką literacką niż snucie frapującej opowieści jest według mnie znalezienie odpowiedniej glosy do egzystencji, przewartościowującej losy fikcyjnych bohaterów. W moim przekonaniu Lajos Grendel jest pisarzem metafizycznym, jakkolwiek bowiem konotować ten przymiotnik, niejednokrotnie poprzez porte-parole dzieli się wątpliwościami co do możliwości uporządkowania świata w procesie poznania.

Jego druga powieść przetłumaczona na język polski, Życie w cztery tygodnie, zdecydowanie różni się od poprzedniej. Już sama dedykacja – „Pamięci Miklósa Mészölya” – wskazuje na silne oddziaływanie jednego z najważniejszych powojennych węgierskich pisarzy, prowadzących dialog z francuskim egzystencjalizmem. I w rzeczy samej, poruszane problemy są w tonacji poważnej, oscylują wokół śmierci, kresu istnienia, a sama historia nie jest aż tak zanurzona w konwencji buffo. Także oniryzm, ten charakterystyczny element dla prozy Grendela, nie znalazł w niej zastosowania. Bohater nie ucieka już jak wcześniej do świata marzeń sennych, bo nie może się dopasować, mimo że panuje w teraźniejszości chaos wartości, z wiekiem coraz bardziej odczuwany przez stojącego w smudze cienia Sanyiego Vargę. Opowiadaną przez Sanyiego Vargę autobiograficzną historię można potraktować jako formę „zabicia czasu”, końcowego odliczania mającego wypełnić pustkę w domu rodzinnym jego nieżyjącej ciotki Vilmy, miejsca, do którego wrócił po dwudziestu latach, choć był to powrót wymuszony przez okoliczności zewnętrzne. Nie mogąc uporządkować mieszkania, bo taka przeszywa go melancholia, próbuje chociaż odkurzyć zakamarki pamięci, pomimo że zdaje sobie sprawę, iż nie doprowadzi go to do teologicznego przełomu, nie odkryje radykalnie sensu życia przed siedemdziesiątymi urodzinami. Już pozostał właściwie sam, bez żony, która zmarła po ciężkiej chorobie, i z dala od dzieci. Opisuje więc, jakie elementy składają się na jego mentalne więzienie, to nikomu innemu niedostępne miejsce, gdzie żyje i będzie żył bez nikogo naprawdę bliskiego, bez emocjonalnej więzi pozwalającej, być może, łatwiej znosić starość i dojmujące poczucie samotności. Introspekcji sprzyja też niewątpliwie aura prowincji, w której nie ma już ludzi nadających charakter jego życiu, wypełniających dzieciństwo i dorosłość. Pozostając tymczasowo sam w domu kuzynów, snuje swoją prywatną opowieść, najpierw w formie monologu wewnętrznego, a z czasem konfesji coraz bardziej otwartej na dialog z obcym człowiekiem. Po pewnym czasie samotny Sanyi spotyka na swojej drodze towarzysza niedoli o imieniu Hugó, który okaże się byłym wojskowym, a obecnie bezrobotnym, ceniącym wolność, ale uzależnionym od siostry, lubiącym posłuchać i pogawędzić komentatorem małomiasteczkowej rzeczywistości widocznej zza stolika baru i z ulicy, miejsc będących jego drugim domem. Choć pozornie różni ich wszystko – wykształcenie, ambicje, filozofia życiowa, sytuacja materialna, doświadczenie zawodowe – będą w stanie znaleźć wspólną przestrzeń do wymiany myśli, która dla Sanyiego będzie stanowiła summę życia, próbę dokopania się do korzeni utrzymujących go jako człowieka jeszcze na powierzchni, emerytowanego nauczyciela matematyki nie chwalącego się jakimiś ogromnymi sukcesami zawodowymi ani obecnym szczęściem rodzinnym. Dla Hugona będzie to okazja do poznania tajemnic i prawd o życiu drugiego człowieka, pomędrkowania oraz wzbogacenia się o coś więcej niż doświadczenia, których nie zdobył i nie zdobędzie jako wagabunda z więzienną kartą w swojej młodzieńczej biografii, przypadającej na lata socjalizmu w Czechosłowacji. „Człowiekowi rzadko przydarza się coś, co mógłby uznać za ważne lub interesujące, bywa, że coś takiego nie przydarza się nigdy, zazwyczaj ludzie przeżywają życie, nie uświadamiając sobie, na czym im ono upływa, nie wiedzą, czego w zasadzie mieliby się po nim spodziewać” – taką tezę formułuje Sanyi i jego opowieść jest w moim odczuciu próbą segregacji i selekcji najważniejszych wspomnień, składających się na całokształt jego niepełnego istnienia. Znowu zacytuję sformułowanie, które wydaje mi się mądre i odważne, tak jak wiele w tej powieści, ale to akurat uderzyło mnie nawet bardziej, wyjaśnia bowiem, że los utracony staje się też odzyskanym, pod warunkiem że potrafi się dokonać wyboru z kapryśnej, nieprecyzyjnie odkształcającej pamięci. „Według mnie życie to suma wspomnień. Cztery tygodnie, nic więcej. Siedemdziesiąt lat mieści się w dwudziestu ośmiu dobach. Pozostałe dni, godziny i minut można wyrzucić do śmieci”. Grendel wypowiadając się w imieniu swojego bohatera, nadaje ciężar tej poranionej wewnętrznie egzystencji na miarę literatury. Ukazywane poprzez liczne epizody relacje małżeńskie Sanyiego i Kati, animatorki teatralnej o niespełnionych ambicjach, jego stosunku do już samodzielnie żyjących, rzadko widywanych dzieci – Krisztiny i Dani, których poglądy, decyzje życiowe i orientacja (seksualna) prowadzą go do refleksji o iluzyjnym wpływie na kształt bliskiej rzeczywistości, nawet takiej, jaką chciałby, żeby była. A my, czytelnicy, płyniemy w tej rzece czasu Sanyiego, w której wszelkie ruchy, realne zmiany ogranicza przeszłość, fizycznie zamknięty rozdział, ale w istocie sprawa otwarta, gdyż otacza go zewsząd, pozostawia nieusuwalne ślady w postaci refleksji, obrazów, anegdot, wizji. A co, jeśli sparafrazuję wcześniejszą tezę, że żadna inna czasoprzestrzeń, tylko przeszłość, nie daje schronienia? Albowiem dzięki niej może znaleźć się w tym innym świecie, gdzie żyje, a przynajmniej tak mocno tego pragnie, że jest w stanie w to uwierzyć, jego ciotka Klementina, osoba zdystansowana, moralny autorytet, która miała klucz do innego wymiaru w tej czechosłowackiej, siermiężnej rzeczywistości. I ta nadzieja pozwala mu poszukiwać końca drogi. Trudno jest bowiem trwać nadal z poczuciem niezakotwiczenia w miejscu będącym ostoją życia, w którym na tak wiele spraw nie ma się wpływu. Wspomina o tym w rozmowie z Hugonem: „Według mnie pustka i poczucie nicości nie są najgorsze, nie mają treści, więc można je znieść. Brak natomiast tętni wspomnieniem tego, czego brakuje, co było i zniknęło, zostawiając po sobie cień, który snuje się za człowiekiem, dzień i noc nie dając mu spokoju. Brak jest jak kwas solny, tylko że wyżera od środka”.

Można by wysnuć wniosek, że ta powieść Lajosa Grendela, wydana kilka lat przed śmiercią autora (zmarł w grudniu 2018 roku), jest depresyjna i melancholijna, ale nie odbieram jej w taki sposób. Sanyi podejmuje ostateczną próbę, która ma przybliżyć go do danej mu, innej czasoprzestrzeni. Bo jak pisał Arthur Rimbaud: „życie jest gdzie indziej”. Ale gdzie dokładnie, to już problem do rozważania niemal eschatologicznego. Jako osoba, która wierzy, że celem literatury pięknej jest raczej formułować stosowne pytanie niż, jak w teologii, dawać odpowiedzi, wolę czytać pozostawiającego mnie w niepewności Grendela. Pisarza na tyle istotnego, że można chyba nieraz złamać regułę gramatyczną i pisać o nim po śmierci w czasie teraźniejszym. Którego proza, nie mam wątpliwości, spełnia pięć postulatów Italo Calvino: Lekkość, Dokładność, Szybkość, Przejrzystość, Wielorakość. I mój szósty, który skromnie dodam: po prostu Mądrość.

Lajos Grendel: Poświęcenie hetmana.
przeł. Miłosz Waligórski.
Biuro Literackie,
Wrocław 2014, s. 160.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.