12/2020

Michał Trusewicz

Życie, które być może

Kritonie Platon przedstawił Sokratesa jako „przychodzącego od strony snu”. Grecki filozof opuścił sferę swojego snu zmieniony, „widzący na dwoje oczu”, jakby właśnie doświadczył hipnotycznego snu w asklepiejonie. W kolejnych partiach Kritona Sokrates zawierza takim źródłom wiedzy, które były sceptycznie przyjmowane przez innych filozofów, oceniających wyobraźnię (poezję, sen) jako źródło uproszczonej demagogii ducha, obezwładniającej wewnętrzny daimonion człowieka. Senny Sokrates uznaje wyrok wyobraźni – poetyckiej, literackiej siły zamiany niczego w materialne „coś”. Sen okazuje się architektonicznym projektem budowy zmiennego i niespójnego świata, nierezygnującego z transindywidualnego charakteru kolektywnej wspólnoty. Wyobraźnia – jako źródło symbolicznej wiedzy – może przeszywać świadomości wielu ludzi. Sen zatem jest ekstrakcją jakiejś intensywności, podzielnej przez każdą wrażliwość i wyobraźnię śpiącego człowieka. Zakodowana ekstrakcja wymaga jednak deszyfracji – i właśnie o tajemniczym, domagającym się rozkodowania piśmie snu opowiada książka Miejsce na rzeczywistość Marty Zelwan, wcześniej piszącej jako Krystyna Sakowicz.

Trudno nazwać jej utwór klasyczną powieścią – jest to na poły eseistyczno-fabularny tekst-tkanina, utkany z różnych kontekstów, kryptocytatów, wystrzępionych luk sennej niewiedzy. Miejsce na rzeczywistość już w samej kompozycji i strukturze nawiązuje do przypuszczalnej materii śnienia – hipnotycznego rejestru dziur, mnogości, zerwań, szans, wyboistości, nieregularności i intensywności wykraczającej poza jednostkową świadomość czytającego i piszącego (śniącego).

Narracja książki Zelwan jest opowieścią złożoną z błysków incognito. Bohaterka Miejsca na rzeczywistość sama akcentuje istotność tego, co „nierozpoznane, niewidoczne, nieznane” – Incognito właśnie. Książka rozpoczyna się bardzo znacząco: „Latem, w czasie pewnego razu, nocami oglądałam w internecie czarne dziury. Otworzyła się przede mną kraina czarnych dziur”. Czarnodziurość – chyba wiodący lejtmotyw powieści Zelwan – jest pewną metaforą snu i śnienia. Takie doświadczenie akcentuje nieznajomość rozmytego czasu („w czasie pewnego razu”). Sam sen ma nie tylko własną czasowość i przestrzenność, lecz także osobne pismo: „Kosmos. Życie na planetach. Opisane w mowie ciemnej, w czasie szyfrowanym”. W tym deklaratywnym wstępie Zelwan wykracza poza naiwną i prostoduszną fantazję o mimetyczności literatury, odrzucając jednocześnie neurotyczne obsesje o chirurgicznej precyzji wyrażania i nazywania. Proza pisarki porusza się w kategoriach abstrakcyjnych, celowo rozciągniętych i niekonkretnych, jakby właśnie gramatyka regularnej rzeczywistości była jedynie naciągniętym sensem na zmęczonych ścięgnach tradycyjnej semantyki. Nieprecyzyjność narracji nie wyrasta z rozbicia, nie wyraża jakiegoś pozoru – to świadoma technika opisywania nietypowej struktury śnienia. Rozmycie kategorii czasu i przestrzeni oraz samej tekstowej kompozycji jest w pełni operatywne literacko.

Można się zastanawiać, czy napisanie książki o snach nie jest jakimś gestem znaczącej anachroniczności. Literatura współczesna, ukazująca raczej moc Realnego, uderzającego w materialność mówiących i odczuwających ciał, dość szybko i łatwo rezygnuje z Symbolicznego (a tym właśnie jest siatka sennej wyobraźni), pośrednika w wyrażaniu i istnieniu. Czy pisanie o mistyce Swedenborga jest czymś więcej niż opóźnioną niby barokową sztukaterią ornamentów kontekstowych? Dość łatwo można skrytykować powieść Zelwan, upraszczając sprawę do następującej sytuacji: bohaterka nachyla się w narcystycznym geście nad kręgami na wodzie, udaje, że we śnie przychodzi dusza, która rozmawia z nami jakimś ezoterycznym – przypominającym spirytystyczne fenomeny Heleny Bławatskiej – idiolektem romantyczności czy modernizmu spod znaku Man-Moth Elizabeth Bishop bądź Fal Virginii Woolf. Jednak takie uproszczenia – redukowanie Miejsca na rzeczywistość do kondycji anachronicznych peryferii literatury współczesnej – są szalenie krzywdzące dla sensów tkwiących w tej książce. Wyjątkowość prozy Zelwan polega na tym, że autorka w dość subtelny sposób opowiada o nowoczesnej wspólnocie, inkluzywnej, mnogiej, kłączowej. Samo śnienie jest konfrontacją z obcością tkwiącą również w nas – próbą egzegezy kodu onirycznych wydarzeń bez popadania w pułapkę translacji w hegemoniczny język docelowy.

Sny mają tutaj kosmiczną heraldykę. Same przypominają literacką metonimię języka jako przestrzeni zerwań: „Były luki w tekście, szczeliny, wielkie rozpadliny. Pismo urywało się czasem, jakby oddarte jednym ruchem, albo w ostatniej chwili ostrzegało; zanik tekstu, pardon”. Zresztą sama bohaterka swój akt lektury opisuje w kategoriach śnienia: „Potem śniłam księgę. Kto śni księgi, ten wie, że to czynność w pełnym tego słowa znaczeniu i nie ma odpoczynku. Nie ma biernej obserwacji. Jest ciężka praca przy odsłonach tajemnic spoza formalnych granic bytu”. Choć „tajemnice spoza formalnych granic bytu” brzmią, jakby były zaczerpnięte z żargonu transcendentalnej filozofii, to już ten krótki fragment precyzyjnie porusza się na płaszczyźnie metaliterackiej, której współrzędne zdradzają zaprojektowaną, odpowiednią i optymalną praktykę lekturową odbiorcy książki Zelwan. Sen nie dotyka śniącego midasową ręką – tymczasowość wciąż obecna: „Żyje w ciągłej tymczasowości, na walizkach coraz mniejszych”. Mniejsze walizki proporcjonalnie idą w parze z poszerzeniem spektrum wyobraźni, która pozwala emigrantom przemierzać – często w poprzek czasowości – różne rzeczywistości i tożsamości. W tym objawia się potencjał wspólnotowej formy śnienia: „Tym razem jednak pomyślałam o przybyszach z innych krain, o cudzoziemcach, emigrantach, wszystkich obcych, jacy są. O poetach, śmieciarzach, pijakach, wariatach, świętych, kosmitach, ludziach bezdomnych i nieprzytomnych, żyjących w odmiennych światach świadomości”. Śnienie – poszerzanie wyobraźni – to ćwiczenie z empatii i wrażliwości. To także jedna z dostępnych – choć szalenie zaszyfrowanych – form wiedzy, pewnej duchowej gnozy.

Język prozy Zelwan jest dość symbiotyczny – swobodnie tutaj przenika poetycka egzaltacja, filozoficzna regularność traktatu (jakby wprost wyjęta z uporządkowań Ludwika Wittgensteina), rwana i mglista impresja z pobytu w nienazywalnym topoi, jakim jest tytułowe miejsce na rzeczywistość. Raffaele La Capria, włoski pisarz i scenarzysta, opowiadał o Wenecji – widmowym i sennym mieście – jako przestrzeni, gdzie „rzeczywistość została zastąpiona reprezentacją”. Marta Zelwan w śnieniu upatruje procesu ratunkowego dla tej tendencji. Rdzeń snu jest semantycznym punktem odniesienia dla potencjalnej i możliwej rzeczywistości, która dopiero będzie „zaludniana” przez osoby, zdarzenia i doświadczenia. W ten tajemniczy sposób zmienia się zupełnie jakość literackiego postrzegania procesu tworzenia – najpierw jest odzyskane (dzięki śnieniu) doświadczenie, potem dopiero jego nieusystematyzowana językowa reprezentacja. Czarne dziury już nie rażą swoim niebytem – są operatywnymi metaforami luk, dzięki którym do naszej świadomości przedostają się mnogie formy życia nie-naszego. Sen wpływa także na samą formę istnienia bohaterki książki: „W zapiskach śnikowych jest to tłumaczone raz, raz inaczej, że istnieje: śnik jako dysk twardy («ja» aktualne jest momentem śnika)”. Sen zatem jest nie tylko literacką halucynacją, lecz aktualizacją jakiejś potencjalności „ja” – oznacza to, że śnimy zawsze jako „my”, czyli konglomerat – niczym monad Leibniza – przesuwających się mikromożliwości własnych tożsamości. Żywioł snu różni się zatem w konceptualizacji Zelwan od chociażby żywiołu kamiennego (pojawiającego się choćby u Mircei Eliadego, Zbigniewa Herberta, Paula Celana), który ma być reprezentacją pozornej wiecznotrwałości i ciągłości zarośniętej gadaniny świata rzeczywistego.

Wydaje się, że Marta Zelwan chce opowiedzieć o tym, że każda forma życia jest przede wszystkim semiotyczna. Zatem również sny muszą charakteryzować się jakąś odpowiednią znakowością, często nieodgadnioną dla człowieka. Nie tylko „ja” wytwarza znak, wytwarza i odczytuje go także „ja możliwe” i „ja potencjalne” – to właśnie we śnie następuje przenik tych dwóch rzeczywistości. Dwóch, ale też niekiedy trzech, czterech, pięciu. Dlatego mowa o „miejscu na rzeczywistość” – rzeczywistość jedną z wielu tkwiących w głębokiej podświadomości bohaterki czytającej o czarnych dziurach. Spektakularna senność prozy Zelwan polega na tym, że znaczące są również przemilczenia, elipsy i kruche ślady po obecności ścieralnych słów i znaków: „Po wiadomości o ptakach nie zaglądałam do poczty przez jakiś czas. Przejście z języka milczenia na język zewnętrzny jest czasami trudne”. Semiotyka snu jest kolejną cechą wspólnoty śniących, której obecność w książce Zelwan sygnalizowałem wyżej. Odmetaforyzowana narracja nie wyklucza pewnej ekstatyczności – pojawiającej się najczęściej jako charakter spotkania różnych możliwości i potencjalności, które tkwiły w podmiotach życia od zawsze, od początku kosmicznego big bangu:

Mogłam mu opowiadać, że też widziałam dużo śnienia, które nie było snem w potocznym rozumieniu tego słowa. Nagrywałam na dyktafon relacje ze snów na gorąco, w czasie śnionym. Przestrzeń tego czasu wypełniona była obecnością tak intensywną, że raz poznana, nie dawała się zapomnieć. Nie była to obecność prywatna. Nie pochodziła z indywidualnych snów. W ogóle nie pochodziła skądś. Była czymś, co jest zawsze i nie należy do żadnego czasu […]. Człowiek wymyśla sobie wszystko na swoją rzecz, a to po prostu jest. Śnione światy są przejawami natury. Sen rośnie jak trawa, skacze jak tygrys, płynie jak woda, dąży tam, gdzie znajduje dla siebie miejsce.


Oczywiście można stwierdzić, że Zelwan wykazuje dość mocne inspiracje głębinowymi teoriami Junga i jego pamięcią kolektywnej symboliki. Wydaje mi się, że zacytowany fragment można korzystniej odczytać w innym kontekście. Skoro istnieje jakaś przedludzka immanencja życia, które umożliwia wielu podmiotom i bytom zaistnienie, to należy potraktować owo „miejsce na rzeczywistość” jako wspólny dom wielu śniących, niezależnie od różnic kulturowych i emocjonalnych. Śniące wspólnoty opierają się na jednej znakowości – semiotyka wyobraźni pozwala choć na chwilę przekroczyć życie, zobaczyć siebie już nie jako samotnika w mechanicznym świecie, lecz jako ogniwo w politycznej wspólnocie sennych obrazów – przecinających świadomość pod wieloma kątami.

Skoro współżyjemy z wieloma tożsamościami, nie powinniśmy narzucać sobie jednej identyfikacji – bohaterka z czasem przekonuje się, korespondując ze swoim towarzyszem, że sen umożliwia nam przeplatanie energii cząsteczki „ja” w rozmaitych polimerach tożsamościowych. Ich wspólny głos to chór wyobraźni, zwieńczony przez gmach krypty snu i jego szyfru pieśni. Rozbite cząstki osobowości – negowane choćby przez czasoprzestrzeń reżimu politycznej uniwersalizacji – mogą zostać zintegrowane właśnie podczas snu. Pod koniec Miejsca na rzeczywistość czytamy:

Baydała, Mieszko, Pstrąg, Kukura, a przecież istniało też w rzeczywistości ogólniej wielu innych. Fernando Pessoa, który żył życiem około siedemdziesięciu postaci o odrębnych biografiach, osobowościach, poglądach, historiach, w wielkim eksperymencie rozstawania się ze sobą od czasu do czasu znikał wśród dowolnie wybranych fikcyjnych tożsamości […]. Może stworzyła je sama nieprzewidywalna mądrość natury, która jak sen włącza w siebie wszystko i każdego.


Wybór Pessoi na nieformalnego patrona książki nie jest przypadkowy. To właśnie ten poeta, słynący z multiplikacji biografii, nie chciał poszerzać swojego życia, ale właśnie stworzyć miejsce na rzeczywistość innych ludzi, tych, którzy być może kiedyś istnieli, ale ich obecność nie została skodyfikowana w kronikach ludzkiego doświadczenia. Sen – miejsce na spotkanie z innością – dzięki czarnym dziurom pisma i ksiąg śnienia staje się osobną wspólnotą, gdzie mogą współistnieć embrionalne tożsamości, pojawiające się w okamgnieniu i ulatniające się niczym błyski incognito. Sen – w świetle powieści Marty Zelwan – staje się zatem wspólnym domem dla tych bezdomnych podmiotów, których teraźniejszość skazała na wieczną tułaczkę pod zakamarkach i szczelinach tymczasowości, emigracji i politycznej niewidzialności. W tym można upatrywać nowoczesności i aktualności powieści Miejsce na rzeczywistość Marty Zelwan – książki, której wybitnie nie posłuży krzywdząca łatka naiwnej i epigońskiej „swedenborgszczyzny”.

Marta Zelwan: Miejsce na rzeczywistość.
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2020, s. 142.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.