07-08/2021

Jędrzej Pawlicki

Niemcy

Życie erotyczne zrujnowali mi Niemcy. Porażki późnej młodości przeżyłem w germańskim cieniu – jakbym zabłądził w Lesie Teutoburskim. Heidegger, Piękny Helmut i Kuzynka z Nadrenii-Westfalii przygnali ciemny obłok znad Łaby i Renu. Byli nie tylko świadkami udręk; złowróżbny ich akcent wybijał rytm niepowodzeń, budził starodawne atawizmy, pętał wolę. Bycie i czas u progu czwartej dekady życia ugrzęzły w chaosie pod krzyżackim naporem. Powtórka z Drang nach Osten: trwoga przyszła z RFN.

Jako przedstawiciel młodej kadry nauki z umową na czas nieokreślony podejmowałem decyzje na podstawie fałszywych kalkulacji.

– Nauka o literaturze nie jest nauką w takim znaczeniu, jak są nią matematyka czy fizyka – zaczynałem zajęcia z pierwszym rokiem. – A szkoda – mógłbym dodać wyczerpany udręką młodego adiunkta.

Pierwszą przyczyną poznawczego skrzywienia była Doktor Mania. Mania z ciemną karnacją i rzędem białych, równych zębów, które odsłaniała w szyderczym grymasie. Zmurszałe, choć według pradawnych podań z azbestu wykonane, ściany Wydziału Nauk o Literaturze drżały od śmiechu Mani, a profesorowie zwyczajni padali w szarżach.

– Ależ emanuje pani aurą – zwykł powtarzać znawca barokowej poezji portugalskiej.

Emanacje Mani sączyły się po korytarzach. W nieszczęsnych czasach dzieliłem z nią pokój na trzecim piętrze. Fatalny semestr w atmosferze nabrzmiałej uczuciem przesiedziałem przy biurku Mani, nim przedwczesna śmierć byłego promotora nie przeniosła mnie do profesorskiego gabinetu. Pobyt z Doktor Manią nie obfitował w odkrycia obszarów badawczych, był epoką stagnacji z opcją przedłużenia na kolejne semestry.

Przelotne sukcesy nie zmieniły obrazu marnej całości. Ani pojedynki w piłkarzyki w czasie sesji naukowych o literaturach mniejszych romańskiego obszaru językowego nie były namiętne, ani libacje do rana w barze karaoke nie były romantyczne – rychło wylądowałem w przedsionku piekła. You enter a friendzone: żegnaj się z nadzieją. Czy wydział wiedział o okienku w jej życiu uczuciowym otwartym po zerwaniu z Pedro, którego do Polski przygnały Erasmus i bezrobocie w Hiszpanii? Wiedział i śledził zmagania.

Desperacja prowadzi do katastrof. Miłosna desperacja w miejscu świadczenia pracy prowadzi do katastrof pamiętnych. Ofensywa naukowo‑romantyczna, która miała zjednać Doktor Manię, przyciągnęła uwagę słuchaczy wykładu o arcydziełach literatury iberyjskiej. Czy miałem pojęcie o literaturze iberyjskiej? Nie. Ale czyż praca naukowa nie polega na mówieniu o książkach, których się nie czytało? Czy miałem pojęcie o Heideggerze, którego wplotłem w pytanie zadane prelegentce z referatem o hiszpańskiej prozie rewolucyjnej? Nie – a powinienem. Powinienem był trzymać się schematu i w ogóle nie zadawać pytań! Obrać taktykę sprawdzoną w boju – stulić dziób i nie wychylać się w turze od zarania akademii zarezerwowanej dla amatorów intelektualnej miłości własnej.

Zdarzają się – oczywiście – autorzy uwag błyskotliwych a wyważonych, które – w zasadzie – przyjmują formę koreferatów. I ja nieraz mierzyłem się z wielopiętrowymi konstrukcjami myślowymi samodzielnych pracowników nauki. Odpowiadałem strategicznie i skromnie: „Dziękuję za ten miniesej, a jakie było pytanie?”. Czy ktoś słyszał głos rozsądku, gdy audytorium oddawało się igrzyskom? Zakład Badań srożył się na Pracownię Odkryć.

Feralna runda nadeszła. Nadeszła chwila olśnienia Doktor Mani. Teraz albo nigdy – powtarzałem w duchu – sforsuję okienko. Profesorowie belwederscy łypali z bloków startowych, gotowi rzucić się na pożarcie dyskutantów; w ostatnim rzędzie doktoranci rwali się do retorycznej bójki; rozsiani po sali zagraniczni lektorzy nie chcieli składać broni; nagle rzutnik zgasł.

– Czy w tej pesymistycznej ontologii powieściowego korpusu nie ma miejsca na przebłysk, jeśli nie nadziei, to choćby bladego światła, na – jak powiedzielibyśmy za Heideggerem – nieuchwytną obecność człowieka w warsztacie Historii siejącej śmierć i zniszczenie? – Sam nie wierzyłem, że mówię to, co powiedziałem.

Sala zamarła, prelegentka przekrzywiła głowę:

– Nie wiem, nigdy nie czytałam Heideggera.

Doktor Mania przejrzała intencje. Odwróciła się, a w spojrzeniu brązowych oczu litość walczyła z rozbawieniem.

– Po chuj ci ten Heidegger?

Drzewa za oknami traciły liście. Mgła wdzierała się na wydziałowy korytarz. Automaty do kawy pracowały bez wytchnienia. Lampa rzutnika rozbłysła ponurym światłem.


[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2022 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.