Gdyby chałupa stała wyżej, na grzbiecie wzniesienia, to słońce, ledwie rozbłysłoby nad niedalekim staromiejskim wzgórzem, od razu by ją chwytało i nim przetoczyłoby się nad dachami kamienic, synagogi, ratusza, nad iglicą katedry, nad odrapaną wieżą zamku od przeszło stu lat mieszczącego więzienie, nad dzwonnicami kościołów świętego Jakuba i świętego Pawła, a potem skryło się za wzgórzami od strony Kobiernik, aż do zmierzchu stałaby w jego blasku. Siedziała jednak niżej, na kusiołeczku gruntu na poły tylko wydartym gliniastemu zboczu, z obejściem stłoczonym w ciasny półkrąg, ze stodołą zwróconą ku wnętrzu wąwozu, z wyżłobioną w glinie głęboką policą służącą jako spiżarnia, a jesienią jako smażalnia powideł z rosnącej za płotem fioletowej damachy, i z obórką tuż przy ścieżce, którą w dół chadzało się nad strumień po wodę, a w górę na stary kierkut służący miejscowym za półlegalne pastwisko. Siedziała skrycie, od przodu przysłonięta dodatkowo czuprynami wierzb.
Noce były tam ciemniejsze i chłodniejsze niż w wyższych miejscach, i te zimowe, gdy po zdmuchnięciu przez matkę naftowego żydka Pietrzyk z Michałem wdrapywali się na nalepę, a potem, gdy cyganek wystygł i do ogrzania zostawało im już tylko wzajemne ciepło, pod kożuchem zastępującym kołdrę splatali się w czteronożny i czteroręczny kłąb, i letnie, gdy pędzili boso po rosie do stodoły, włazili na zapole, jak myszy wgrzebywali się w siano pachnące podmokłą łąką i spali w taki sposób, by stale dotykać się choćby łokciem, piętą lub skronią. W czerwcowe ranki prócz świergotu ptaków budziło ich krzątanie matki przy obrządku lub wołanie babki: Wstawać, palusy, do roboty! Kocirbę prowadzić na wygon! Wstawać, gramuły! Z oczyma pełnymi snu nie wchodzili nawet do chałupy, tylko zatrzymani przed progiem babczyną ręką brali z niej gliniany dwojaczek z rozcieńczonym mlekiem i po kromce czerstwego chleba z twarogiem, po czym Pietrzyk odwiązywał Kocirbę, wydojoną już i popędzającą ich marudnym muczeniem, a Michał wiklinową chabinką wypędzał gęsi z zagródki i we dwóch pędzili tę rozkolebaną gromadę na pastwisko. Tam przysiadali na pniaku lub jednym z płaskich kamieni, na poły wrośniętych w ziemię, których na kierkucie nie brakowało, a gdy spojrzeli po sobie, było tak, jakby każdy z nich widział własne odbicie w gładkiej tafli stawu. W tej przymiejskiej okolicy gospodarstwa były skromne, ale na półmorgowych płóskach schodzących w głąb wąwozu Piszczele, w garbatych chałupkach stojących, zdawało się, od czasu najazdów tatarskich, mieszkała garstka podobnych pędrusów, za małych jeszcze, by pójść do szkoły lub utrzymać w ręku motykę, kosisko, dzierżak cepa, uzdę konia czy cepigi pługa i rozpocząć prawdziwą robotę, Pietrzyk i Michał żyli więc wśród takich jak oni, bosonogich i brudnorękich, w łatanych chabach i wystrzępionych kaszkietach. Na pastwisko przychodziły też starsze niedorostki, zwykle na chwilę, by zaraz odejść do innej roboty, czasem jednak zostawały dłużej, by podzielić się chudym podśniadkiem lub wycyganić go od innych, podzielić się wieścią z domu czy miasta i ogrzać się przy ognisku rozpalonym na krowim nawozie. W pastwiskowym kręgu grano w noże, toczono kłótnie i bójki, wyrównywano porachunki między ojcami, przechwalano się, kto ostatnio zauważył samolot na lotnisku po wschodniej stronie miasta lub złapał szczupaka w starorzeczu. Staszek Dereń, stryjeczny wnuk kowala z Rokitka, podwędził kiedyś sześć haceli z dziadkowej kuźni i potem grano nimi zawzięcie, hacele były cięższe niż kamyki i pewniej chwytało się je w zgrabiałe ręce. Ukrainiec Ostap uczył polskich pędrusów przyśpiewek w swoim języku, zaśmiewał się, gdy powtarzali dyktowane im strofki, dąsał się, gdy śpiewali, jak twierdził, zbyt rosyjsko, ja jebałby ich maty!, odgrażał się, niby Rosjanom, choć potem dodawał niekiedy: i waszy też. Spierano się także o sprawy mroczniejsze, na przykład czy ciało młodej dziewczyny Izabeli Morsztynówny, spoczywające w krypcie kościoła świętego Józefa, naprawdę od trzystu lat pozostaje nietknięte rozkładem. Wanda Bryłówna, córka mleczarza, twierdziła, że widziała je na własne oczy i tak właśnie jest, dziewczyna leży jak żywa, co więcej, jej ułożenie w szklanej trumience ponoć co jakiś czas się zmienia, próbowała straszyć tym chłopców, ale oni, zwłaszcza starsi, choć nie tylko, Pietrzyk także, nie bali się wcale, za to lubili jej słuchać, cokolwiek mówiła, bo jej ćwierkliwy głos, wężowate ruchy warkoczy wystających spod czapki oraz uda rysujące się pod sukienką przyprawiały o milszy dreszcz niż gawędy o zasuszonych trupkach.
Czasami Pietrzyk i Michał sypiali nie w stodole, a w obórce, nie tylko latem, także jesienią i zimą, bo mury obórki były porządnie ogacone ściółką, gałęziami i mchem, a do tego mieszkająca tam żywina, czyli Kocirba leżąca wzdłuż ściany, trzy kozy i świnia stłoczone obok oraz gęsi w kojcu i kury śpiące trójszeregiem na grzędzie, wytwarzała gnojny zaduch, który odpierał chłód. Ale w obórce nie spali dla przytulności ani z własnej woli. Posyłała ich tam babka, ilekroć z sandomierskiego jarmarku lub z niedzielnych wizyt u kumów czy krewnych, na Rokitku, Krakówce, Rybitwach czy Krukowie przyniosła wieść, że po gospodarstwach znów kradną, na przykład Stecom, Kiliańskim czy Podlesińskim zabrano kokoszkę czy gęś albo Rysiakom rozwalono łomem kłódkę na drzwiczkach od chlewa, wyciągnięto maciorę, popędzono ją między wzgórza i przy świetle naftówki, a może tylko przy blasku księżyca, odprawiono szkaradne świniobicie. Babka uważała, że to na pewno beszycaki lub żupawiaki, mieszkańcy wiosek, gdzie złodziejstwo było fachem na równi z uprawą ziemi, matka jednak twierdziła, że ani z Beszyc, ani tym bardziej z galicyjskiej Żupawy nikt by się do Sandomierza na nocne złodziejstwo nie przyćwalantał, beszycaki i żupawiaki kradną głównie na straganach. To nawet nie Cyganie, twierdziła, choćby nawet akurat stali rozbici taborem na błoniach, bo Cyganie kradną w biały dzień, to na pewno miejscowi, po zagrodach rabują przecież ci, co te zagrody znają. Kto‑niekto, przerywała jej babka, żywinę trza chronić. Ich pies Duduń nie nadawał się do tego, szczekał rzadko i lękał się obcych. Gdy po raz pierwszy babka wysyłała Pietrzyka i Michała na nocną stróżę w obórce, oznajmiła, że nocni złodzieje nie chodzą z gołymi rękoma, lecz noszą kije nabite mutrami, noże, a nawet brauningi, nieraz już zdarzyło się, że postrzelili kogoś lub poharatali przy próbie włamania, niejeden taki mimowolny bandyta siedział w zamkowej celi. Dlatego sięgnęła po kluczyk od kufra, gdzie trzymała rzeczy cenne, na przykład pościel na zmianę czy odświętne spódnice i rańtuchy, jedną rzecz w chłopskiej rodzinie najcenniejszą, czyli dokumenty własności i dzierżawy gruntów, a także parę rzeczy tajemnych i zakazanych, i oznajmiła Pietrzykowi i Michałowi, że dostaną do obrony nagan. Nagan!, matka aż trzasnęła drewnianą łyżką w glinianą dunicę, z której we czworo, nabierając na przemian, jedli na kolację żur z ziemniakami. Na głowie wam rozwalę ten nagan! Wojna skończyła się siedemnaście lat temu, nikt przy mnie broni nosić nie będzie. Piętnaście, poprawiła ją babka, dla nas piętnaście. Ile nie ile, dla was nigdy się nie skończy, burknęła matka i w jednym oku błysnęła jej łza niczym paciorek zgubiony z nie wiedzieć czyjego różańca. Pokłóciły się, jak to miały w zwyczaju, tym razem o to, czy zdrowie gospodarza waży tyle samo co jego dobytek, a jego życie tyle co życie złoczyńcy. Matkę trwożyło nie to, że małym chłopcom można powierzyć potężny rewolwer, lecz że w ogóle mógłby z niego paść strzał, że kula mogłaby trafić kogokolwiek, choćby bandytę. Złodziejstwo, mówiła, bierze się z nieszczęścia, czyli z biedy. Gorszej jeszcze niż nasza. Ludzie kradną, bo nie mają co jeść. Parszywy chłopski los. Cicho ty!, tym razem babka trzasnęła łyżką w skraj miski. Na chłopski los nie labidź, bo nie wolno. A wy, pokazała Pietrzykowi i Michałowi drzwi, nie dulczyć mi już przy stole, tylko spać.
Chłopcy wiedzieli, że babka nie zmyśla, bo nie tylko ona przynosiła te ponure nowiny. Złodziejstwo krążyło dokoła jako ukryty, ale nieunikniony kołowrót wiejskiego życia. Kradziono z chlewów wieprzki smakowicie odpasione gramotką i pomyjami, gotowe, by popędzić je na targ lub świniobicie, podbierano z kojców gęsi i kury, a z szop kosy, motyki i pługi, wyprowadzano ze stajni konie, okręciwszy im kopyta i głowę szmatami, wynoszono z komór garnki powideł, z kopców wydźwigano w opałkach ziemniaki, z drewutni wywożono uskładane na zimę sągi karpiny, a z jabłoni, uprawianych głównie przez młodszych i obrotniejszych gospodarzy, strząsano owoce i unoszono je w skrzyniach lub workach. Wyłamywano deski ze ścian, robiono podkopy, rozgarniano strzechy i włażono do chałup przez strych, by zabrać nawet nie pieniądze, pieniędzy nikt nie miał, ale lada pierzynę lub kożuch. Złodzieje nie bali się ani ujadania psów, bo na to wystarczył kamień lub kij, ani właścicieli, którzy mogli stanąć im naprzeciw i pyrgnąć siekierą przez grzbiet lub rozciepieżyć im tyłek grubym śrutem z dubeltówki, albo, jak ponoć kiedyś zrobił to dziadek Pietrzyka i Michała, spokojnie odbezpieczyć nagan, wojenny dar od carskiego dezertera, i strzelić bynajmniej nie na postrach, lecz tak, żeby trafić. Była to pamiętna historia. Złodziej przyszedł koło północy, ugłaskał lub zastraszył Dudunia, rozwalił rygiel w drzwiach obórki i wyniósł najtłustszą kurę. Babka z dumą opowiadała, jak dziadek, który akurat nie mógł zasnąć, przypadkiem zauważył to wszystko przez ciemne okno, wyśliznął się na bosaka z chałupy, zabiegł złodziejowi drogę na kartoflisku, odczekał, aż światło księżyca wyłuska go z mroku, i wypalił mu prosto w plecy. Gdy podszedł do postrzelonego, tamten wykrztuszał już w zaorane redlonki ostatki życia z płuc, a palce miał czarne i lepkie od własnej krwi. Dziadek przyjrzał się dokładnie, czy aby go nie zna, ale nie, nie znał, bez zbędnego certolenia chwycił więc trupa pod pachy, zaciągnął do wąwozu Piszczele i porzucił przy wylocie ulicy świętego Jakuba, gdzie wśród ciemnych kamienic i chałup łatwo było oberwać cegłą w głowę czy nożem pod żebro, a nawet dostać kulkę. Nagana ukrył w policy, potem popędził na Rokitek i wprosił się do Królów na wódkę, by w razie czego móc się wytłumaczyć, że noc spędził u nich. Złodzieje słyszeli o takich zajściach i brali je w rachubę, ale bali się mało, bo głód jest silniejszy niż strach, a kto przychodzi z mroku, ma pewniejszą rękę i zimniejsze serce niż ten, kto staje w świetle bronionego domu.
Gdy Pietrzyk i Michał spali w stodole czy oborze, noc rzeczywiście wypełniała się czasem szmerami i szeptami, czyimiś krokami człapiącymi wśród jesiennej mokwy, i mocniej splatały się wtedy ich dłonie, oddechy i włosy. Niekiedy w ciemności wściekle rozszczekiwały się psy, co ponoć, mówili przesądni, mogło znaczyć, że zwęszyły nie złodzieja, ale kostuchę szukającą wyznaczonej chałupy. Babka pokpiwała jednak, że żadna z okolicznych dróg ani dróżka biegnąca wzdłuż strumienia po dnie Piszczeli, ani brukowana droga wzdłuż świętojakubskiego kościoła, ani ścieżka, która wiodła od kierkutu wzdłuż muru dawnego klasztoru reformatów aż do parku i ulic nowego miasta, zabudowywanych pomału domami, nie jest godnym szlakiem dla kostuchy. Kostucha brnąca przez piszczelskie błoto przypominałaby niegroźnego ciaracha, nieudacznie przebranego kolędnika, nie byłaby straszniejsza niż truchełko w kościelnej krypcie. Pietrzyk i Michał wiedzieli zresztą, że prawdziwa śmierć wygląda po prostu jak człowiek, ma ludzkie ręce i twarz, ludzkie serce, i inaczej niż w starych bajędach, przychodzi, kiedy zechce, dzień czy noc, świątek czy piątek, błoto nie błoto. Pełno jej było wokoło. Ludzie starzy i młodzi umierali na suchoty lub tyfus, synowie i bracia rozstrzygali siekierą czy nożem spory o półtorej morgi ziemi, w grobkach spiesznie wydrążonych pod miedzami znajdowano noworodki zaduszone przez młodziutkie panny, które wolały zostać zabójczyniami, żeby tylko w oczach gromady nie okryć się hańbą jako jeździochy i żeby ojcowie nie wygnali ich na zbitą twarz z domu. Pastwiskowe pędrusy znały te historie i szczegółowo je omawiały, zresztą gdzie lepiej miałyby to robić, skoro kierkut, na którym paśli krowy, był, jak doskonale wiedzieli, dawnym żydowskim cmentarzem, a wystające spod trawy płaskie kamienie pokryte misterną rylcową dłubaniną były nagrobkami. Żydzi już nie chowali tam zmarłych, od parudziesięciu lat mieli nowszy kierkut na Gołębicach, obok wiatraka i budowanego od niedawna gmachu gimnazjum, ale wcześniej, od kiedy tylko mieszkali w Sandomierzu, czyli przez sześć, może siedem wieków, kto by to zliczył, korzystali właśnie z kierkutu koło Podwala. Gdy się zapełniał, bo przez paręset lat musiał zapełnić się wielokrotnie, zasypywali groby grubą warstwą ziemi, przez co teren rozrósł się i wybrzuszył do rozmiarów rozległego wzgórza. Teraz był to grunt miejski, dzierżawili go zawsze którzyś miejscowi, a to Jastrzębski, a to Grudzień, Radulski czy Bryła, i uprawiali tam siano. Żywinę wypasano tylko na najdalszym skraju, gdzie brakowało płotu, bo nie było to pastwisko gromadzkie, jak w prawdziwej wsi, tylko łączka, która stała się wspólna nie dzięki zapisowi w księgach wieczystych, a mocą utartego zwyczaju. Byli zresztą tacy, którym pasienie na cmentarzu się nie podobało. Gdy Pietrzyk i Michał odrośli od ziemi na tyle, by pasać samemu, babka wolała posyłać ich na Rokitek, gdzie pasała ona, matka jednak zaperzyła się, że nie puści małych skwirków tak daleko. Kierkut to nie miejsce na wygon, kręciła głową babka. Żydki nie Żydki, miejsce święte. O żywych się troszczcie, ucięła matka, zmarłymi niech Pan Bóg się zajmie. Miejsce zmarłych wróciło do życia i nie myśmy to sprawili, więc nie myśmy winni. Babka burczała, że starych porządków lepiej nie zmieniać, ale w końcu machnęła ręką, sprawy żydowskiej zbyt długo bronić nie myślała, choć, jak zastrzegała, miejsce święte się nie starzeje, świętość nie ulatuje z niego jak ranna rosa z trawy, czy się to żywym podoba, czy nie. Koniec końców Pietrzyk i Michał chadzali jednak na kierkut. Niekiedy próbowali wyobrazić sobie tkwiące pod nimi zastępy zmarłych z sześciu czy siedmiu przeszłych wieków, chowanych, mówiono, na siedząco, by w dniu Sądu Ostatecznego mogli wstać prędzej niż chrześcijanie i pierwsi stanąć u bram nieba. Czasem nasłuchiwali, czy nie gadają tam między sobą, choć gdyby nawet, nie zrozumieliby ani słowa z obcej mowy, suwali też palcami po zatartych znakach żydowskiego języka na kamiennych płytach, niczego jednak nie usłyszeli i bali się tylko odrobinę.
[…]
[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]
