Najśmieszniejsi są ci, co mają rację.
Julian Stryjkowski
Później każde otwarcie tej książki ściągało jej obraz. Zespoliła się. Uwiązała do wstępu i spisu treści. Ponieważ nie wiem, czy żyje, nie mam pewności, skąd ją przyzywam kolejny raz, przewracając dobrze znane strony.
Wiedziałem oczywiście, że nie jest trzynastowiecznym kabalistą, ale wiedziałem też, że nie mogę mieć pewności, że wszystko ma znaczenie, że permutacje mogą pokazać nam świat ukryty przed wzrokiem, że 525 jedzie przez Rozbrat i Rozdroże, że mija nieistniejącą lejbgwardyjską cerkiew Michała Archanioła niewzruszoną czernią przegubu, że kobieta łyka łzy i od pewnego już czasu patrzy mi w oczy, właściwie więzi mój wzrok w swoim, że rabbi Abulafia w 1279 otrzymał wizyjne wezwanie, by udać się do papieża Mikołaja Trzeciego i ostrzem swojego słowa wyzwolić lud Izraela z wygnania, że papież, zwyczajem sobie współczesnych, na wieść o jego podróży rozkazał przygotować przytulny stos, że kobieta wygląda, jakby jechała ku podobnemu przeznaczeniu, że w wigilię przyjazdu rabbiego papieża trafił zwykły katolicki szlag, apopleksja, a rabbi wziął ten fakt za swoje zwycięstwo, ale że potem był coraz bardziej osamotniony, opuszczali go uczniowie, a wielki autorytet owych czasów Szlomo Ben Adreta, zwany później pewnym momencie jakbym nagle zaczął pojmować język, którego wcześniej nie znałem: „…i przeszłam już swoje kroki. Za chwilę przestanę zostawiać ślady. Wszystko zależy od tego, którędy pan idzie do świata. I do tego, i do tamtego. Nie zawsze da się wybrać drogę, ale najczęściej tak. Można zawrócić, można czasem przespać się w rowie, w bezmyślunku, to czasem pomaga. Ale przede wszystkim trzeba wybierać, wybierać, wybierać. Można iść przez książki, przez filmy, poboczami rozmów, przyjaźni, rozglądając się po ołtarzach, cmentarzach, przez psałterze, hagady i hadisy, gubić i siebie, i cel, można też iść w tłumie, uczepiwszy się drogocennego rękawa, można nawet iść po trupach, można iść po swoim trupie, kościanym chodem, miażdżąc siebie. Niemal zawsze jest wybór”. Tu już musiałem wysiąść. Za blisko serca kłuły słowa rabbiego Abulafii w przebraniu kobiety, za bardzo to był mój przystanek, za bardzo to były moje słowa przeinaczone techniką mistyczną. I wysiadłem. Równocześnie na Saskiej i, w głowie, do wczoraj. Do wczoraj, bo dzień wcześniej był Dzień Matki. A to od trzech lat jest dzień czarny i wdowi. W taki dzień mówi się do nagrobków, w taki dzień widać, kto w tramwaju ma do kogo jechać, bo w prawicy trzyma wiecheć, a kto już tylko patrzy na kwiaty. Z zazdrością. W taki dzień czyta się starocerkiewne litery na stuletnich z okładem nagrobkach i sylabizuje się niewyraźne, zatarte słowa i tłumaczy się je niezgrabnie: tu pokoi się proch, czy raczej, tu pokój znalazł proch Aleksandry Siemienowej. Zmarłej w 1867 roku, dziewiątego lipca, w czterdziestym drugim roku życia. Pamięci dobrej naniuszki. I tu zapada w głowie cisza, bo chyba nie ma zdrobnienia w polszczyźnie od niani. Tu języki spoglądają w stronę wieży. W taki dzień, już później, odbiera się córkę ze szkoły tańca. I córka płacze. Na całe swoje dziesięć lat, na ukradkowe przytulenie, bo akurat wstyd mniej waży niż rozpacz. Wszystko poszło źle, przez kontuzję, przez przerwę w treningu, i pokusa, by zlekceważyć to pustym słowem i machnięciem ręki, jest blisko, ale pamięta się siebie dziesięcioletniego i rozmiar smutku, który tylko z góry, z wysokości wieku, jest mikry. Pamięta się mamę, nieulegającą takim pokusom. W tej samej chwili przychodzi esemes od taty: „Byłem dzisiaj w Józefowie. Odwiedziłem siostrę, która nie wiadomo, czy jest. Nie daje oznak, że wie, co się z nią dzieje. Jej córki mówią, że ona wie, kto z nią rozmawia, kto ją odwiedza. Wiele jest w tym ich miłości dla niej. Nie wiem natomiast, ile jest w tym odzwierciedlenia rzeczywistości. Mnie też się wydawało, że ona śledzi oczami za mną. Tylko nie wyciągałbym z tego daleko idących wniosków. Oczywiście o żadnej rozmowie mowy nie ma”. Tu mowa jest o cioci Basi, bliskiej dziewięćdziesiątki, najstarszej z żyjących kobiet w rodzinie. I nagle jestem przekaźnikiem, połączeniem, spojrzeniem. Między nieporównywalnymi (czy na pewno?) smutkami kobiet. Dziesięcioletniej i niemal wiekowej. Tylko jednej z nich mogę spróbować ulżyć.
Jeżeli [kobieta] ‛u’ [rodzi…] kra[j]
‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑
Jeżeli [kobieta] ‛uro’[dzi…] potężniejszy
ni‛ż’[…]
‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑
Jeżeli ‛ko’[bieta] urodzi […] kraj wroga
będzie ‛wy’[niszczony…]
Jeżeli ko[bieta] urodzi […] pomoc
nadej[dzie…]
‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑
Jeżeli ‛ko’[bieta] urodzi […] włócz˹nie˺
[królewskie…król] nie będzie mi[ał po-
tomstwa…]
‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑
(Jeżeli) w nim […] będzie […]
‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑
‛ Jeżeli’ [kobieta urodzi …]
…
