11/2025

Paweł Sołtys

Podziemia

Najśmieszniejsi są ci, co mają rację.

Julian Stryjkowski


Mała książeczka, kilkadziesiąt stron wyblakłego druku. Gdy ją czytałem pierwszy raz, w jednej z kawiarni kradnących czas i błędnik, siedziała wtedy naprzeciw mnie najszczuplejsza kobieta w województwie mazowieckim. Elegancka, o urodzie stonowanej aż po koniec niewiarygodnych policzkowych kości. Kości, którym brakowało nanometra, by przebić skórę i pokazać wszystkim, co nas czeka. Kobieta była piękna, tak jak piękne bywają łuki starych kościołów. Jak czasem święte w najwyższych partiach fresku. Gdyby modelki Modiglianiego miały dostęp do polskiej amfetaminy z lat dziewięćdziesiątych, wyglądałyby jak jej prototypy, nieudane szkice. Znaliśmy się przelotnie. Przerozmownie, przeuśmiesznie, więc spoglądała na mnie czasem bez strachu i wstydu, w uśmiechu właśnie, podnosząc kreskę ust ku ostrym rysom policzków jak napiętą czerwoną nitkę.

Później każde otwarcie tej książki ściągało jej obraz. Zespoliła się. Uwiązała do wstępu i spisu treści. Ponieważ nie wiem, czy żyje, nie mam pewności, skąd ją przyzywam kolejny raz, przewracając dobrze znane strony.

Nazywałem ją pretensjonalnie Kinnaru. W Ugarit to była boska personifikacja liry. Jelitowe struny, brzuch twardy jak skorupa żółwia, poezja nad nią śpiewana musiała oddychać jej płucami, szklić się jej spojrzeniem, rytmizować uderzeniem dźwięku o żebra. Znowu wróciła do mnie, bo czytałem książkę w 525, trzęsło, rozmywała się przy każdym szarpnięciu hamulców, aż w końcu szczęśliwie się rozwiała. Zamknąłem okładki, klasnęło papierowo. Autobus był niemal pusty. Kilka siedzeń dalej, przodem do mnie, jechała kobieta. Fizyczne przeciwieństwo tamtej powracającej. Szeroka, z kośćmi ukrytymi pod obfitością ciała, czarne włosy, spięte z tyłu, połyskiwały srebrnymi nitkami. Zgięta w jakimś nienaturalnym przechyle, który początkowo wydawał mi się niepotrzebny. Po chwili zrozumiałem. Na siedzeniu obok wyładowana torba przedrzeźniała ją w rozmiarze i nieforemności. To ku niej była skłoniona, jakby z nią prowadziła rozmowę. Co kilka chwil sięgała do niej, przechylała się jeszcze bardziej i brała łyka z puszki piwa Królewskie. Jakby piła wielką tajemnicę. Robiła to chyba po to, by nie uchwyciły jej kamery zamontowane w pojeździe. Tusza i niewygodna pozycja właściwie skazywały te próby ukrycia się na porażkę. Byliśmy sami, więc nikt prócz mnie nie mógł wiedzieć, że to rabbi Abraham Abulafia w przebraniu kobiety jedzie ze mną 525 w kierunku centrum, czyli do istoty, do gorejącego środka, który rozpoznać można, tylko permutując święte litery niemal w nieskończoność. Wyraźnie było widać, że jest w drugim etapie Chochmat ha‑ceruf, czyli „mądrości kombinowania”, praktyki mistycznej, którą rabbi Abulafia odnalazł, uprawiał i zalecał nielicznym uczniom. Ten drugi etap zwie się Miyta, „wypowiedzenie”, i jak pisze niezrównany Mikołaj Arje Krawczyk, tłumacz i badacz rabbiego: „Towarzyszą temu działaniu ruchy głowy skojarzone z daną formą samogłoskową, oraz – alternatywnie – określona pozycja (głowa umieszczona między nogami, ciało skulone na podobieństwo ułożenia embrionalnego). Założeniem praktyki nie jest doprowadzenie do stanu relaksacji, lecz poprzez czynnik hiperwentylacji i koncentracji przenoszonej na coraz to nowe, choć podobne i rytmicznie transowe bodźce, dochodzi do hiperaktywności umysłowej – skutkiem ubocznym jest drżenie ciała i doznawanie uczucia namaszczenia”. I kobieta drżała.

Wiedziałem oczywiście, że nie jest trzynastowiecznym kabalistą, ale wiedziałem też, że nie mogę mieć pewności, że wszystko ma znaczenie, że permutacje mogą pokazać nam świat ukryty przed wzrokiem, że 525 jedzie przez Rozbrat i Rozdroże, że mija nieistniejącą lejbgwardyjską cerkiew Michała Archanioła niewzruszoną czernią przegubu, że kobieta łyka łzy i od pewnego już czasu patrzy mi w oczy, właściwie więzi mój wzrok w swoim, że rabbi Abulafia w 1279 otrzymał wizyjne wezwanie, by udać się do papieża Mikołaja Trzeciego i ostrzem swojego słowa wyzwolić lud Izraela z wygnania, że papież, zwyczajem sobie współczesnych, na wieść o jego podróży rozkazał przygotować przytulny stos, że kobieta wygląda, jakby jechała ku podobnemu przeznaczeniu, że w wigilię przyjazdu rabbiego papieża trafił zwykły katolicki szlag, apopleksja, a rabbi wziął ten fakt za swoje zwycięstwo, ale że potem był coraz bardziej osamotniony, opuszczali go uczniowie, a wielki autorytet owych czasów Szlomo Ben Adreta, zwany później Raszba, potępił go na piśmie, pewnie by chronić współwyznawców we wszystkich śródziemnomorskich gminach. Rabbi Abulafia przez Sycylię i Maltę, przez ostracyzm i drwinę trafił w końcu na bezludną wyspę Comino, tak jak ta kobieta z sobowtórzą torbą do pustego, ostatniego 525. Pod moje spojrzenie. Które już właściwie złowiła na błystkę łez i nie musiała nic mówić, a słyszałem jej głos. Równie prawdziwie jak wizg mijających nas aut, jak zgrzyt umęczonych wożeniem przez cały dzień ludzi osi i kół, jak matowy ton z taśmy: następny przystanek Czatów, Odrodzenia, Trawiasta. Zacząłem ją rozumieć, przez permutacje lektur, smutków i olśnień, w pewnym momencie jakbym nagle zaczął pojmować język, którego wcześniej nie znałem: „…i przeszłam już swoje kroki. Za chwilę przestanę zostawiać ślady. Wszystko zależy od tego, którędy pan idzie do świata. I do tego, i do tamtego. Nie zawsze da się wybrać drogę, ale najczęściej tak. Można zawrócić, można czasem przespać się w rowie, w bezmyślunku, to czasem pomaga. Ale przede wszystkim trzeba wybierać, wybierać, wybierać. Można iść przez książki, przez filmy, poboczami rozmów, przyjaźni, rozglądając się po ołtarzach, cmentarzach, przez psałterze, hagady i hadisy, gubić i siebie, i cel, można też iść w tłumie, uczepiwszy się drogocennego rękawa, można nawet iść po trupach, można iść po swoim trupie, kościanym chodem, miażdżąc siebie. Niemal zawsze jest wybór”. Tu już musiałem wysiąść. Za blisko serca kłuły słowa rabbiego Abulafii w przebraniu kobiety, za bardzo to był mój przystanek, za bardzo to były moje słowa przeinaczone techniką mistyczną. I wysiadłem. Równocześnie na Saskiej i, w głowie, do wczoraj. Do wczoraj, bo dzień wcześniej był Dzień Matki. A to od trzech lat jest dzień czarny i wdowi. W taki dzień mówi się do nagrobków, w taki dzień widać, kto w tramwaju ma do kogo jechać, bo w prawicy trzyma wiecheć, a kto już tylko patrzy na kwiaty. Z zazdrością. W taki dzień czyta się starocerkiewne litery na stuletnich z okładem nagrobkach i sylabizuje się niewyraźne, zatarte słowa i tłumaczy się je niezgrabnie: tu pokoi się proch, czy raczej, tu pokój znalazł proch Aleksandry Siemienowej. Zmarłej w 1867 roku, dziewiątego lipca, w czterdziestym drugim roku życia. Pamięci dobrej naniuszki. I tu zapada w głowie cisza, bo chyba nie ma zdrobnienia w polszczyźnie od niani. Tu języki spoglądają w stronę wieży. W taki dzień, już później, odbiera się córkę ze szkoły tańca. I córka płacze. Na całe swoje dziesięć lat, na ukradkowe przytulenie, bo akurat wstyd mniej waży niż rozpacz. Wszystko poszło źle, przez kontuzję, przez przerwę w treningu, i pokusa, by zlekceważyć to pustym słowem i machnięciem ręki, jest blisko, ale pamięta się siebie dziesięcioletniego i rozmiar smutku, który tylko z góry, z wysokości wieku, jest mikry. Pamięta się mamę, nieulegającą takim pokusom. W tej samej chwili przychodzi esemes od taty: „Byłem dzisiaj w Józefowie. Odwiedziłem siostrę, która nie wiadomo, czy jest. Nie daje oznak, że wie, co się z nią dzieje. Jej córki mówią, że ona wie, kto z nią rozmawia, kto ją odwiedza. Wiele jest w tym ich miłości dla niej. Nie wiem natomiast, ile jest w tym odzwierciedlenia rzeczywistości. Mnie też się wydawało, że ona śledzi oczami za mną. Tylko nie wyciągałbym z tego daleko idących wniosków. Oczywiście o żadnej rozmowie mowy nie ma”. Tu mowa jest o cioci Basi, bliskiej dziewięćdziesiątki, najstarszej z żyjących kobiet w rodzinie. I nagle jestem przekaźnikiem, połączeniem, spojrzeniem. Między nieporównywalnymi (czy na pewno?) smutkami kobiet. Dziesięcioletniej i niemal wiekowej. Tylko jednej z nich mogę spróbować ulżyć.

Potrząsam głową, otrząsam się z wczoraj, z Dnia Matki, z permutacji. Wracam powoli do domu i już pod ciepłą lampą szukam na półkach książki. Teksty z Ugarit, tłumaczone i opracowane przez Macieja Munnicha, Marcina Majewskiego, Andrzeja Mrożka i Mariusza Szmajdzińskiego. Jest tom trzeci: rytuały. W nim czwarty rozdział: teksty związane z wróżbiarstwem. I w nich zbiór omenów teratomantycznych. Teratologia zajmuje się badaniem potworności. Tabliczkę znaleziono w tzw. Domu kapłana huryckiego. Większość tekstu uległa zniszczeniu, właściwie ostał się lewy dolny róg. I tak czas, śmierć, piasek i zapomnienie z wróżby uczyniły współczesny wiersz. Napisały go pustką, lakunami, lukami:


Jeżeli [kobieta] ‛u’ [rodzi…] kra[j]

‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑

Jeżeli [kobieta] ‛uro’[dzi…] potężniejszy

ni‛ż’[…]

‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑

Jeżeli ‛ko’[bieta] urodzi […] kraj wroga

będzie ‛wy’[niszczony…]

Jeżeli ko[bieta] urodzi […] pomoc

nadej[dzie…]

‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑

Jeżeli ‛ko’[bieta] urodzi […] włócz˹nie˺

[królewskie…król] nie będzie mi[ał po-

tomstwa…]

‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑

(Jeżeli) w nim […] będzie […]

‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑‑

‛ Jeżeli’ [kobieta urodzi …]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.